IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dover [Anglia]

Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Dover [Anglia]   Czw Lis 15, 2012 12:57 pm

Witamy w Dover, angielskim mieście portowym położonym tak blisko Francji, że prawdopodobnie powinno być poddane stałej kwarantannie. Znajdują się tu słynne białe klify którym Anglia prawdopodobnie zawdzięcza swą starą poetycką nazwą - Albion. W jasne i czyste dni z klifów można zobaczyć majaczącą się w oddali Francję. Jakby nie patrzeć, to jeden z niewielu przypadków, w których Anglicy rzeczywiście cieszą się, że taka pogoda nie zdarza się zbyt często.
W porcie Dover regularnie pojawiają się statki z Calais i Dunkierki, dlatego nic dziwnego, że, jeśli jakiś Francuz bardzo musi odwiedzić wyspy, wybierze właśnie drogę morską przez Dover. Poza tym, jak większość angielskich miast, jest stare jak świat i posiada trochę wartościowych stert kamieni; historycznych zamków i fortyfikacji. Nawiedzone hotele też się znajdą, na wypadek, gdyby, pomimo tych wszystkich rzeczy, jakiś snob nadal próbował uważać Dover za miasto choć odrobinę francuskie.



Anglia wdepnął w błoto.

Zastygł w bezruchu na ułamek sekundy, a potem westchnął i głośno zaklął. A w każdym razie zakląłby, gdyby nie to, że był w towarzystwie osoby, której życiowym celem było trucie mu dupy przy każdej okazji. Dlatego też Arthur bardzo starannie udał, że jednak w błoto nie wdepnął i wytarł czubek buta o gęstą, wilgotną trawę.
- Przy tej psiej pogodzie nie zobaczymy niczego - oświadczył, ostrożnie wychodząc z samochodu i zamykając za sobą drzwi. Po prawej stronie, w miejscu pasażera był Francja, który przynajmniej nie musiał omijać kałuży błota, by wysiąść.
W okół nich roztaczała się mgła w kolorze papierosowego dymu, tak gęsta, że ograniczała widoczność do dwóch jardów. Póki co nie była prawdziwym problemem, bo jedyne, co mogli zobaczyć, to polna droga prowadząca w górą, zieloną trawę i trochę krzaków. Dopiero wyżej czekał na nich widok z kredowych klifów, najbardziej angielskiej rzeczy, jaka istniała z wyjątkiem samego Anglii. Trochę wstyd, że ta angielska rzecz była narażona na wieczną bliskość Francji, ale jakby nie patrzeć... Tak właśnie było. Teraz tylko mgła i ocean odcinała ich od siebie, a ocean przynajmniej nigdzie się nie wybierał. Anglia zawsze powtarzał sobie, że i tak ma duże szczęście jako wyspa. Mając taki kraj jak Hiszpania czy Niemcy byłby z Francją zupełnie nierozerwalny.
Teraz też był, ale mógł udawać, że wcale nie.
- Jest jeszcze wcześnie - dodał, gdy i Francja wysiadł z samochodu. - Pewnie się rozrzedzi, ale i tak nie zobaczysz swojego cholernego kraju, dopóki nie wrócisz. Póki co kontynent jest ode mnie odcięty - uśmiechnął się pod nosem i pewnym krokiem podążył w górę, w stronę klifów.
Wziął tu Francję, bo był miły... Dobra, zacznijmy jeszcze raz. Wziął tu Francję, bo nie miał innego pomysłu. W tym miejscu mogli porozmawiać spokojnie jakoś, a zrzucenie go z klifów zawsze pozostawało pewną przyjemną opcją. Lepsze to niż spędzenie poranka w jakiejś podrzędnej kafejce, gdzie musiałby wysłuchać przemówienia Francji o tym, jak skrajnie beznadziejne jest serwowane tam śniadanie. Do Londynu też wolał nie wracać. Dlatego, gdy odebrał Francję w porcie, wpakował go do samochodu i przywiózł tu. Może miał nadzieję, że widząc swój kraj na krańcu horyzontu żabojad przestanie być aż takim żabojadem i będzie dało się z nim porozmawiać. Ot, cała logika.
Pech tylko, że Arthur zapomniał chyba o swojej ukochanej pogodzie. To znaczy, o mgle, chłodzie i trawie przemokłej od niedawnego deszczu. Przynajmniej wiatru nie było.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pią Lis 16, 2012 8:01 pm

Istniało kilka powodów przez które Francuz za Anglią nie przepadał. Pomijając aspekty historyczne, ideologiczne, charakterologiczne, geologiczne, kompletnie odmienne piramidy wartości... nie lubił ponurej, wyspiarskiej pogody. Oczywiście wszystko miało swoje logiczne wyjaśnienie - ciągłe zachmurzenie nie sprzyjało przyjaznemu usposobieniu, dlatego Arthur chadzał wiecznie niezadowolony z życia. Chyba, że akurat nucił Le "Rule Britannia" albo też inne, równie oryginalne co pompatyczne hymnopodobne "cudo". Francis po prostu nie lubił tego ciągłego zamglenia, nieprzyjemnego chłodu i deszczu na każdym kroku. Na jego wyczucie ładu i elegancji wszystkiego te czynniki działały jak płachta na byka.
Ale nie pokaże swojego niesmaku aż tak jawnie. To tylko podniosłoby brytyjskie samopoczucie. Bonnefoy źle znosi podróż, a Kirkland skacze z tego powodu z radości. Albo z tych swoich klifów. Francuz skłaniał się ku drugiej opcji.
Gdy samochód przystanął, Francis uraczył widok za oknem przelotnym spojrzeniem. Jasne oczy błądziły wokół sporadycznych krzaków, kęp trawy i wszędobylskiej mgły. Mrużył powieki, ale mimo to nie potrafił znaleźć żadnego punktu orientacyjnego. Tylko zielsko koloru błota, pojedyncze badyle wystające z ziemi i powszechna ponurość. Przez słup szarawej mgły nie dopatrzył się żadnego promyka słońca. Dommage.
W ślad za Arthurem wyszedł z samochodu. Uczynił to jednak zupełnie inaczej - z gracją jakiej brakło niejednemu i nonszalancją godnej stałego bywalca. Na wielkie szczęście dla francuskiego zmysłu estetycznego, nie postąpił w błoto. Jego buty pozostały nieskazitelnie czyste, lśniące, świeżo wyglansowane. Na długo przed wyjazdem stwierdził, że Arthur nie jest wart wymyślnych strojów. Acz dawna rywalizacja pod kwestią mody wzięła nad nim górę, a i głos arystokraty nie oszczędził swojego komentarza. Niech władcom Francji będą dzięki, aksamitny żabot zostawił w Paryżu.
Odetchnął powietrzem. Równie okropne co i sam Arthur. Ciężkie, duszne i ogólnie niegodne Francisa.
- Pogoda to nasze najmniejsze zmartwienie, cheri. - mruknął od niechcenia, przypominając sobie, że w każdym momencie może runąć deszcz. A to oznaczałoby, że jego włosy poniosłyby niewymowną stratę. - Czyżbyś miał... sentyment do tego miejsca? O ile mnie pamięć nie myli.. - tutaj uniósł dłoń i teatralnie przyłożył ją do swojego czoła, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Albo grać na zwłokę, dając Arthurowi czas do własnych konkluzji. - Bodajby 26 maj, 1670, oui? Traktat kończący naszą "wrogość". - były to wielkie słowa. Karol II podpisał tajną umowę, na mocy której kończył nieprzyjaźń między nim a Ludwigiem XIV. - Doprawy, uroczy gest. Nie posiedziałem się po tobie takiego grama przywiązania, mon amour~
Złośliwy komentarz odnośnie wypatrywania na horyzoncie swojej ukochanej ojczyzny puścił mimo uszu... prawie. Niewiele by brakowało, a na jego usta nie wdarłby się sugestywny uśmiech. Naprawdę, usiłował walczyć ze swoją naturą. Chociaż, nie. To kłamstwo. Nie śmiałby stracić takiej okazji.
- Dzieli nas tylko 34 kilometry. Piękne, nie uważasz? - głos niezwykle melodyjny, aksamitny, a wzrok tak znaczący, że nawet cnotliwy franciszkanin odkryłby ukrytą aluzję. Acz Francis nie byłby sobą, gdyby poskąpił Arthurowi niesubtelnych niedomówień. - Wszystko byłoby doskonale... gdybyśmy się spotkali w Paryżu.


Ostatnio zmieniony przez Francja dnia Sob Gru 01, 2012 6:35 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pią Lis 16, 2012 9:17 pm

- Nie powiedziałbym - mruknął pod nosem, choć wystarczająco głośno, by Francja go usłyszał. Kiedy Anglia mówił niskim głosem jego akcent stawał się, jakimś magicznym sposobem, jeszcze wyraźniejszy. I na dodatek brzmiał jak człowiek, który pewnego razu obudził się na kacu i postanowił spalić wszystkie fabryki alkoholu w promieniu stu mil. Niezbyt szczęśliwie. Ale w końcu był kim był i to w towarzystwie osoby, która też była kim była. Udało mu się jednak odwrócić twarz i posłać Francji krótki, ironiczny uśmiech. - Spójrz. Jest tak wilgotno, że twoje włosy zaraz zrobią się puszyste i kompletnie rozwalone. Czy to nie jest odpowiedni powód, by skoczyć z klifu? - zasugerował delikatnie. Nadzieja umiera ostatnia, prawda? Potem jednak przyśpieszył kroku idąc w górę łagodnego wzgórza. Nie oglądał się za siebie, ponieważ szczerze wątpił, by Bonnefoy chciał zostać sam na kompletnym angielskim odludziu. Zresztą, nie pomylił się zbytnio, bo wyczuł za sobą obecność Francji. W większości wypadków uznałby to za dość niepokojące zjawisko. Jednak tym razem usłyszał jego głos i spiął się na moment, prawie niezauważalnie. Zupełnie, jakby wspomnienie o posiadaniu sentymentu było w tym wypadku obraźliwe. A skoro Francja już napomknął o tamtym drobnym sojuszu, to obrazą zapewne było.
- Tajne porozumienie - zaznaczył stanowczo, jakby to miało znaczenie i od razu dodał kąśliwie. - Ha, Francjo, nie spodziewałem się, że zapamiętasz taką drobnostkę. I kto tu ma sentyment?
Po drodze zgubił się gdzieś kolejny argument o tym, że wybrał to miejsce, bo było blisko i nie musiał zabierać Francji do Londynu. Poza tym... Naprawdę miał pewien rodzaj sentymentu. Nie ze względu na ich wspólną historię, a na same klify i fakt, że mógł stanąć na samej granicy swojej wyspy i wypatrywać Europy, która zawsze wtedy wyglądała jak inny świat. Ona i jej problemy, które nie musiały go dotyczyć, dopóki sam tego nie zechciał.
Oczywiście, to było w czasach, zanim wymyślono samoloty.
W tym czasie udało im się wspiąć wyżej, a szum morza, odgłos fal rozbijających się o klify przez całą wieczność, stał się jeszcze wyraźniejszy. Powietrze było ciężkie i słone, ale to nigdy się nie zmieniało. W końcu ukazał im się widok, cóż... Mgły. Ale oprócz tego był też rozległy połać intensywnie zielonej ziemi, bo ludzie mogli mówić o angielskiej pogodzie wszystko, ale nie wspominali, jak dobrze działała na naturę.
- Ja uważam, że to tragiczne - odparł kwaśno na wspomnienie cholernych trzydziestu czterech kilometrów. Ton głosu Francisa zignorował, bo trudno byłoby zwracać na to uwagę po tysiącu lat. - Przynajmniej jest jeszcze kanał i moja flota.
Bo każda rzecz, która oddzielała ich od siebie była rzeczą dobrą. Pewnie tak właśnie myślał Bóg, kiedy stwarzał Europę. Anglia pozwolił tej przelotnej myśli popłynąć dalej i sam powolnymi krokami zbliżył się do klifów. Tutaj się kończył, on, jego ziemia i jego bezpieczeństwo. Było w tym coś symbolicznego.
- Ale się nie spotkaliśmy. Ciekawe, jak ty to zniesiesz - mruknął, zatrzymując się i rzucając towarzyszowi kolejne przelotne spojrzenie. - Ciesz się, że nie wciągnąłem cię głębiej w mój kraj. Nawet bym tego nie chciał - urwał na moment, jakby planował coś jeszcze dodać, ale w końcu zrezygnował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pią Lis 16, 2012 10:12 pm

Nawet jakby chciał – a należy zacząć od tego, że było mu to więcej niż obojętne – nie potrafiłby rozszyfrować słów Arthura. Gdy niespodziewanie zaczynał pleść ze swoim brytyjskim akcentem, sposób ich wzajemnego porozumienia spadał do wartości ujemnych. Francis bywał mściwy, chociaż w przypadku Kirklanda odpowiedź nieskazitelnym francuskim rodem z centrum Paryża, nie spotkałaby się z wyczekiwaną reakcją dezorientacji. Większość obywateli Anglii biegle władała jego językiem – a przynajmniej żyła w takiej świadomości. Sam Arthur chyba prędzej odgryzłby sobie rękę niż przemówił płynnie po francusku. Bonnefoy działał na identycznej zasadzie z angielskim. Rozumieli się obaj na płaszczyznach wymaganych przez historię, reszta miała zostać wiecznie ukrytą tajemnicą. W końcu Francja nigdy nie zhańbi się brytyjskim, w życiu! Jeśli już miałby posunąć się do używania paskudnej mowy Arthura, każde słowo przyoblekłby w swój nienaganny francuski akcent.
- Mais non, cheri~ Moje włosy są idealne. Lecz jeśli ty masz ochotę paść z zachwytu na mój widok, to nie krępuj się. Nie poczuję się urażony. – wzrok na ułamek sekundy zmienił swoją przyjacielską barwę na podirytowanie, lekkie, niemal niezauważalne. Metamorfoza w zwyczajową pobłażliwość w obecności Arthura zaraz się objawiła. – Klify czy też nie, gdybym się rzucił w morskie objęcia twoje serce już na zawsze zginęłoby razem ze mną. – oświadczył śpiewnym głosem, wspaniałomyślnie ignorując reakcję Arthura. Wszak Francis wiedział swoje i nawet jeśli zakopał wszystko już wieki temu, wielokrotnie podpalił i dziurawił strzałami, uczucia jak marzanna wypływały wciąż na powierzchnie. Było to niezmiernie frapujące, a w dodatku rodziło tysiące pytań na paryskich salonach. Wieczyste zapytania „dlaczego” gościły zarówno na ustach francuskich władców jak i zwykłych mieszczan, przeciętnych dworzan. Co się kryło za ciągłymi walkami z Anglią? Nienawiść, podsuwał elokwentny głos ludu. Dziwnym trafem szepczące rady serca umilkły w jednym momencie. A zagadka pozostała niewyjaśniona i chyba nawet lepiej egzystować spokojnie w słodkiej niewiedzy.
Anglia ruszył przodem, a Francja chociażby był zwolennikiem opuszczenia wyspy w trybie natychmiastowym, z grzeczności i wzorowego wychowania szedł za nim. Była w tym swego rodzaju rutyna – Arthur mówił, Francis udawał, że słuchał. W gruncie rzeczy absorbował go stan jego butów i wszędobylskie błoto, klejące się do podeszw z uporem Polaczka. Jasne oczy spoczęły na plecach Brytyjczyka na wspomnienie o sentymentach. On zwykle miewał drobne słabości, nieznane światu fetysze, ulubione miejsce i często wiążące mu dłonie wspomnienia. Acz niestałe francuskie serce nie słynęło ze wspomnianych sentymentów. Ono jedynie poddawało się chwili, zabraniało rozsądkowi działać w kluczowych momentach. Choć „drobnostka” faktycznie zapadła mu wyraźniej w pamięć.
- Ah, tajne. Rzeczywiście. Przecież nasza miłość zawsze musiała być ukrywana. – mimo beztroskiego tonu i przyjacielskiej postawy, w jego słowach kryły się dziwne sztylety. Małe, o ostrzach cienkich, które teraz wbijały się w błotnistą ziemię, wwiercając się głębiej. – Cóż, miło pamiętać, że sam wyszedłeś z propozycją przyjaźni. To było niebotycznie… urocze.
Gdy w końcu dotarli na szczyt, Francja nie bez żalu w oczach spojrzał na swoje buty. Dałby sobie ściąć swoje miękkie pasma włosów, że to wszystko było tylko ukartowaną przez Arthura zemstą. Dziwnym odwetem, mającym na celu zniszczyć nowe obuwie Francuza. Oui, to z pewnością vendetta.
- Odległość nigdy nie miała znaczenia. – sam był zdania, że ktoś się bardzo pomylił. Kanał La Manche powinien się poszerzyć, a Anglia winien zniknąć. Albo przynajmniej wcielić się w Bretonie. Taki stan rzeczy byłby zadowalający. – Miły, cokolwiek będzie nas dzielić, zawsze będę na ciebie skazany. Wada mojej wielkości.
I położenia, ale to zupełnie inna sprawa, niegodna omawiania.
Przez chwilę, rozkosznie długa i przyjemnie wizjonerską, chciał zepchnąć Arthura z klifu. Pomachać białą chusteczką jak już zniknie w morskich odmętach – spotkałby Kirklanda zaszczyt, ale on i tak by go nie docenił. Imaginacja była tak hojna, że podsunęła nawet rozdzierający krzyk i wielkie, przerażone oczy. A wszystko to pośród cherubinków, płatków róż i Marsylinaki.
Niestety, marzenia nie wypadało spełniać. Nie gdy Arthur stał tak zamyślony, miał kluczyki do auta w marynarce, a i wiedział jak najszybciej się stąd wydostać.
- Ja wiem, że nie pragnąłbyś niczego innego jak głębszego wejścia w twoje państwo, ale dziś nie zamierzam poświęcić ci aż tyle uwagi. – westchnął, wydobywając z rękawa zabłąkaną, krwistą różę. Jej aromat działał kojąco na zszargane, francuskie nerwy. Wzrok skierował ponad ramię Arthura, usiłując wypatrzeć granice swego państwa. Mgła jednak mamiła, kryła horyzont w swoim kłębowisku. Szkoda. – Następne Randez-Vous urządzimy w Paryżu, cheri. Nawet pozwolę ci zostać u mnie na noc, byś czuł się bezpieczniej.


Ostatnio zmieniony przez Francja dnia Sob Gru 01, 2012 6:39 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pon Lis 19, 2012 12:06 pm

Podobno niektórzy ludzie lubili Francję. Podobno nie wiedzieli też, dlaczego razem z Anglią tak bardzo się nienawidzą. Podobno nazywali się Włochy Północne i mieli mózgi wielkości orzeszka ziemnego. Bo naprawdę... Jak można było na poważnie lubić kogoś takiego jak Francja? Zarozumiały, snobistyczny drań, który nie potrafi przeżyć godziny bez zniszczenia komuś humoru. Wszystko w nim było nie tak, począwszy od śmiesznego akcentu na aktualnie używanych perfumach wcale nie kończąc. Wystarczyło, że Bonnefoy się odezwał, a Arthur już zaczynał mieć niepowstrzymaną chęć, by zebrać jego słowa i wcisnąć mu z powrotem głęboko do gardła. Nie zauważył tego na głos tylko dlatego, bo wiedział, że Francja miał już gotowe teorie na temat wciskania różnych rzeczy do cudzych gardeł.
- Wmawiaj sobie dalej – rzucił odruchowo odnośnie włosów, z zamiarem podjęcia tematu i dodania kilku uwag odnośnie tego, jak straszna jest w rzeczywistości fryzura Francji. Coś by wymyślił, był w tym dobry, chociaż nieodmiennie irytowało go, że Francja był... Cóż, nieskazitelny. Żadnej cholernej wady w wyglądzie, której mógłby się uczepić Anglia. Tylko zarost.
Dlatego to nawet dobrze, że Francis od razu zaczął mówić coś o klifach. Arthur nie do końca zrozumiał, co Francja miał na myśli, więc założył z góry, że było to coś obraźliwego.
- ...eh? Wybacz, Francjo, nie mam pojęcia, o czym właśnie bredzisz. Brzmi, jakby francuskość znowu rzuciła ci się na mózg – stwierdził, jakby owa francuskość była jakimś rodzajem groźnej choroby, prawdopodobnie przenoszonej drogą płciową. Przy okazji w jego głosie pobrzmiewała duma z faktu, że zachował swoją ignorancję, więc jest zupełnie zdrowy. Był dobry w słowach, dopóki te miały jakikolwiek sens. Typowo francuskie uwagi, które zawierały dużo określeń takich jak głos serca, mroczna otchłań czy przeznaczenie były przez niego odruchowo katalogowane jako zwyczajny bullshit.
Anglia porzucił te rozmyślania na rzecz płowego widoku, który się przed nim rozciągał. Nawet w taką pogodę to miejsce było niezwykłe, więc rozpierała go duma. A błoto było tutaj najmniejszym zmartwieniem, żaden problem wyczyścić buty po powrocie. Nie było na co narzekać, atmosfera nawet na to nie pozwalała. Z drugiej strony w grze papier kamień nożyce, atmosfera była nożyczkami przeciwko twardej skale jaką stanowiły relacje angielsko-francuskie. Musieli zacząć się kłócić albo przynajmniej przekomarzać. Inaczej byłoby... Kłopotliwie.
- Nasza miłość? – prychnął, wpadając mu w słowo i wybuchając krótkim, ironicznym śmiechem. Cofnął się o krok. Jeśli ktoś dobrze znał te subtelne zmiany w głosie Francji, to właśnie on, co nie znaczyło, że jakoś specjalnie go obchodziły. – Och, proszę cię... To brzmi prawie tak samo głupio jak przyjaźń i bycie... Uroczym, tak? – skrzywił się przelotnie. - To jest to o czym marzysz po nocach?
Odwrócił się na pięcie tylko po to, żeby rzucić mu kpiące, zacięte spojrzenie i udowodnić, że żadne z tych słów nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Czasami Anglia potrafił stworzyć naprawdę dobrą maskę, ale teraz ślady rosnącego zakłopotania pojawiały się na jego policzku. Ale być może to tylko wina porannego chłodu.
- Idiota – podsumował prosto, przywołując na twarz poważniejszy wyraz twarzy. – Zresztą wiesz, że wtedy zrobiłem to dla własnych interesów. Przypomnij sobie lepiej, jak cztery lata później wystawiłem cię do wiatru. Albo wojna palatynacka – zauważył z bezkresnym zadowoleniem. Kiedy dochodziło do utarczek o historię i wyliczanie wygranych wojen i bitew, Anglia nagle zyskiwał od groma więcej argumentów niż podczas tych trywialnych kłótni o wygląd. – Zniszczyłem wtedy twoją flotę... Jak zwykle zresztą.
Po raz kolejny parsknął, teraz już nie z oburzeniem, a z rozbawieniem. Jednocześnie objął się ramionami, a jakiś niewielki głosik, który etatowo robił za zdrowy rozsądek, przypomniał mu delikatnie, że jeśli teraz podążą za tym tematem, to nie skończą to wieczora, a przecież istniały ważniejsze powody dla których spotkał się z Francją. Nie byli tu, by wypominać sobie sojusze, nieważne, że żabojad najwyraźniej na to miał ochotę. A przecież na każdy moment, w którym stali ramię w ramię (prawdopodobnie szturchając się przy tym i przepychając) przypadało jakieś dziesięć, kiedy celowali w siebie bronią. A w każdym razie, kiedy Anglia] celował. Dlatego też lubił powtarzać, że Bonnefoy może sobie mieć ten wygląd dzieła sztuki, ale łatwo go roztrzaskać. Problem było to, że Francja zawsze wracał. Jego historia była tak cholernie burzliwa i zmienna, a jednak koniec końców zawsze kończyło się tak samo, co Anglia uważał za wysoce niesprawiedliwe.
- Odległość zawsze była istotna – odparł z naciskiem, przyglądając się Francji uważnie. Gdyby było inaczej, nie miało by znaczenia to, że Anglia jest wyspą. A przecież to ustaliło dokładnie wszystko w jego kraju i w sposobie myślenia. Trzydzieści cztery kilometry dopiero od niedawna zaczęły się jakby kurczyć. W przeszłości były równie szerokie jak cały wszechświat. – Nie twoja a twojego ego. Zastanawiam się, jak ty je mieścisz na jednej planecie.
W twarzy Francji wyraźnie zauważył coś nowego, co wziął za irytację i, przy okazji, punkt dla siebie. Skąd miał wiedzieć, że właśnie w tym momencie w czyjejś wyobraźni jego głowa rozbijała się o skały wystające z wody? On sam wyobraził sobie już kilka różnych wersji morderstwa Francji, zaczynając od momentu, w którym czekał w porcie na jego prom. Jakaś forma hobby.
Uśmiechnął się przelotnie i już miał zamiar odwrócić się w stronę klifów, bo patrzenie na Francję było mniej zajmujące niż obserwowanie rozrzedzającej się mgły. Wszystko inne też byłoby. Tym razem jednak Anglia miał pecha, bo zanim uciekł spojrzeniem, Francis powiedział swoje. Jedną z tych rzeczy, od których mały potwór w Anglii natychmiast się budził i zaczynał żądać francuskiej krwi. I chociaż przeżywał coś podobnego zdumiewająco często, by się do tego przyzwyczaić, to jakoś nigdy do tego nie doszło. Podobne uwagi zawsze sprawiały, że robił się wściekły i zawstydzony jednocześnie. A co gorsza, w tym stanie nie potrafił wymyślić dostatecznie dobrych odpowiedzi, więc musiał zadowolić Francję prostym:
- P-przymknij się. Zawsze musisz być taki beznadziejny? – zrobił krok w jego stronę, ale w połowie drogi zrezygnował i po prostu na niego patrzył. – Uwierz, chętnie wszedłbym głęboko w twój kraj ze swoją armią. Spaliłbym Paryż – urwał na chwilę i chociaż wydawało się, że pociągnie temat, to tak się nie stało. Złość częściowo z niego wyparowała, gdy dodał. – Ale jeśli wszystko nadal będzie wyglądało tak, jak teraz, to nie zdążę tego zrobić przed Ludwigiem.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Wto Lis 20, 2012 5:59 pm

Było kilka rzeczy, których Francuz nie musiał sobie wmawiać. Pierwsza dotyczyła jego wyglądu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przyznałby, że nie jest ucieleśnieniem ideału. Wystarczyło nań spojrzeć by zaraz nabrać pewności, że piękniejszej istoty nigdy nie widziało się na oczy. Począwszy od miękkich, jasnych włosów, poprzez pociągłą twarz, idealną sylwetkę i zawsze dobrany strój, Francuz wypadał bezsprzecznie doskonale. Choćby się waliło, paliło i lało, Bonnefoy nigdy nie tracił wrodzonego piękna i gracji. To byłoby niezgodne z jego osobowością, zaprzeczyłoby wszystkiemu co od wieków mu wpajano. Musiał prezentować się nienagannie, nawet jeśli tego od niego nie wymagano. Druga oczywistość – Francuz miał przepiękny język. Absolutnie najlepszy ze wszystkich na świecie. A ten kto chciał pod tym względem protestować, dostawał symboliczny cios w policzek. I jeszcze jeden jak nadal miał obiekcje. Trzecia i ostatnia rzecz, której blondyn nie musiał sobie nigdy wmawiać - gotował nieziemsko. Jego kuchnia to nie tylko kulinarne innowacje. To styl życia.
Dlatego też obdarzył Arthura znaczącym spojrzeniem. Jasne oczy nie wyrażały nic prócz czystej ciekawości. Ich właściciel nie pojmował dlaczego Anglik miał manię zaprzeczania faktom, czy też stawiania ich pod znakiem zapytania. Oczywiście, słowa Francisa były traktowane bardziej rygorystycznie niż innych. Choćby przez sam fakt, że był Francuzem. Skądinąd ewentualny wstręt i głęboko zakorzeniona nienawiść ciągnęły się od dawna. Konkurencja, rywalizacja i ciągły bój na sferach, które znali tylko oni. Obaj darli koty od zarania dziejów i dziś, ktoś z czystej grzeczności, nie zapytałby się o co pożarli się tym razem. A powodów mogło być zawsze tysiące. Chociaż i bez nich chcieli się rozszarpać.
- Uwierz, nie muszę. - skomentował wspaniałomyślnie, a jego wzrok nabrał pobłażliwej nuty. Widocznie nie uważał słów Arthura za specjalnie ważnych, a nawet jeśli, to krył się z tym wyśmienicie. W rzeczywistości większość wypowiedzi Kirklanda, nawet tych błahych, starał się specjalnie nie rozpamiętywać. Jednak jego umysł często sam podsuwał mu wspomniane słowa Anglika. Zwykle wielce nieodpowiednie do sytuacji.
Tym razem zrezygnował z podziwiania klifów. Wpatrywanie nie sprawi, że Arthur poczuje nagły zew zakończenie swego żywota tu i teraz. Złośliwość Losu objawia się zwykle w najbardziej nieoczekiwanych chwilach, ale najwyraźniej ta nie była jedną z tych. Wszystko wskazywało na to, że Kirkland myśli samobójczych jednak nie miał. Może to i lepiej. Francis chciał być tym, który go dobije. Ostatnim przeciwnikiem, katem. To byłby zaszczyt i przywilej, który zawsze dopisywał sobie. Możliwie, że podobnie myślał Anglik. Jeden chciał skoczyć egzystencję drugiego. Pytanie tylko czy potrafiliby by później z tym żyć.
- Zlitujże cię, Albion. Francuskość nie jest szkodliwa, to prawdziwy dar boski. Szkoda, że tobie los jej poskąpił. - rzucił lekko, chociaż gdyby sam mógł rozdawać ów podarek z pewnością ominąłby Anglika. Najszerszym łukiem jaki tylko byłby możliwy. Ale teraz oczywiście raczył go litościwym uśmiechem, nie przywiązując szczególnej wagi do jego słów. Arthur dużo mówił, zwykle z przeklętym brytyjskim akcentem, chociaż zwykle krył się cynizmem i sarkazmem. Trudno było do niego dotrzeć normalnie, a każdorazowe dobywanie broni bywało frustrujące.
Aż dziw, że ich relacje ograniczały się do... okazjonalnych rękoczynów. Zwykle starczył już sam widok Anglika, by Francis czyhał na niego z obnażonym rapierem. A teraz? Rozmawiają - jak na swoje standardy - pokojowo, wręcz przyjaźnie. Jeszcze nie skoczyli sobie do gardeł, nie wydrapali oczu, nie zrzucili z brzegu. A każdy kto ich znał wiedziałby, że pokusa była większa niżby się wydawało. Taka okazja mogła być jedną na milion. Z racji tego, że każde ich spotkanie kończyło się nowym konfliktem, należało tylko grzecznie poczekać aż i to osobliwe widzenie zamieni się w wojnę. Kilka minut, może godzina. Od słowa do słowa, w końcu odrzucą pokojowe maski. Spór między nimi zawsze wisiał w powietrzu. Tak było, od wieków nic się nie zmieniało.
- Jak chcesz, możesz używać eufemizmów. - zauważył, nawet nie próbując cofnąć swoich słów. Znany był ze swojej błędnej interpretacji cudzych zachowań. Skądinąd błędnej jedynie w mniemaniu innych, bo jak każdy Francuz Bonnefoy był pewien swojej nieomylności. A pod względem rozpoznawania uczuć, emocji i targających cudzym sercem pragnień, faktycznie nie miał sobie równych. Możliwe, że była to jedyna dziedzina, w której mógł się teraz spokojnie trudzić. Kiedyś to wykorzysta, dziś jeszcze nie musi.
Nagle Arthur się odwrócił. Czyżby szykował się kolejny kreatywny komentarz? Francis aż uniósł w oczekiwaniu brwi, uśmiechając się zachęcająco. Niechże Brytyjczyk się wykaże, możliwe, że tym razem powie coś zupełnie nowego. Wprowadzi jakąś innowację, kto wie, dobrą czy złą. Jedno słowo, tak dobrze znane gawiedzi. Żadnej nagrody dla Kirklanda nie będzie, oryginalnością się nie wykazał. Chociaż lekki rumieniec, aż prosił się o ckliwą ripostę. Bonnefoy okazał swoją łaskę, nie zwracając nań szczególnej uwagi. Nawet dobrotliwie obwinił za to wiatr. A i tak kącik ust drgnął mu w uśmiechu. Jakby nie patrzeć, widok zawsze miły dla oka.
- Nie stać cię na nic więcej? Ciągłe rzucanie „idiota” staje się nudne, cheri~ Może zastąpiłbyś to słowo innym? „Oblubieniec” brzmi nie najgorzej, nie sądzisz? – dalsze słowa Arthura nie zamazały charakterystycznego uśmiechu. Można rzec, że stanowczo go pogłębiły. – Miły, będziemy się licytować do wieczora. Rozumiem, że to był zabieg bym pozostał u ciebie znacznie dłużej niż planowałem, ale wolałbym wiedzieć dlaczego mnie tutaj przywiozłeś. Bo nie przewiduję opcji spektakularnego samobójstwa. Oczywiście, jeśli chcesz się zrzucić z klifów, droga wolna. Pomacham ci aksamitną chusteczką na pożegnanie.
Wolał nie dawać Arthurowi tej satysfakcji. Dalsze wyliczanie niechybnie skończyłoby się wymianą ciosów. Sens ich istnienia zależał od wspólnych bitew, więc jedna więcej zostałaby powitana z radosnym okrzykiem. Zresztą naprawdę nie miał ochoty na poważanie ileż to potyczek wygrał. Przegranych z natury nie wliczał.
- Odległości się zmieniają. Kiedyś zapewne stracą znaczenie. – westchnął cicho, taksując Arthura wzrokiem. Tak starał się izolować od Europy, wmawiając sobie, że ma nad wszystkim kontrolę. Ale to było tylko złudzenie, nawet jeśli miało swoje podstawy. Mimochodem przewrócił oczami na dalszą część brytyjskiej wypowiedzi. I to akurat Francisa oskarżali o nadinterpretację? – Mi amour, zapewniam, że spokojnie lokuje się ze swoim ego na własnym terenie. Ale jeśli to była propozycja, bym sprawdził czy u ciebie byłoby mi równie dobrze… - przecież Bonefoy nie mógłby sobie odmówić imaginacji zaproszenia. Wszakże to wszystko aż błagało o opatrzenie odpowiednim komentarzem.
Ah, jakże tu nie uwielbiać tego osobliwego momentu, gdy Kirklandowi puszczały nerwy? To zawsze mile łechtało francuską dumę. Szczególnie, że podobne przytyki sprawiały mu niebotyczną przyjemność. Choć, z dłonią na sercu musiał przyznać, że o wiele bardziej lubił obserwować Anglię po swoich niewybrednych ripostach, niż kogokolwiek innego. Zwłaszcza, że Arthur – zwykle elokwentny, zachwycający erudycją, nie raz zimny i oschły w obejściu – nie potrafił natenczas sformułować ciętej riposty. Potrzebował chwili, i to właśnie tą sekundę Francuz najbardziej sobie ukochał. Niemal skradł te zmieszanie i zabarykadował w szkatułce… chociaż nie wiedział skąd Brytyjczykowi nasunęło się to całe „beznadziejny”.
Na jego dalsze słowa znieruchomiał. Zastygł w idealnej pozie, zdawać by się mogło, że nie oddycha. Jasne oczy, dziwnie ściemniały. Nawet jeśli Anglia do tej pory nie był w centrum francuskiej uwagi, jego rola diametralnie się odwróciła. Zupełnie jakby przysłonił Francisowi cały świat – niestety, nie w literackim, ulotnym znaczeniu zauroczenia. To była czysta furia; typowa tylko i wyłącznie dla Francisa. Wykonał kilka kroków, powolnych, niemal osowiałych. Przypieczętowujących każde słowo Anglika. Do tego dłoń w ciemnej rękawiczce, wznosząca się nieubłagalnie. I wzrok, któremu wystarczyłaby jedna iskra by zaczął palić.
- Paris est éternel. Nie spalisz go, nawet się do niego nie zbliżysz bez mojego pozwolenia. – niemal wymruczał, delikatnie dotykając policzka Arthura. Czuły, intymny dotyk; palce musnęły krzywiznę szczęki. A zaraz Francuz odsunął dłoń, błyskawicznie wymierzając cios. Jeden, piekielnie perfekcyjny. Jakby przez wieki ćwiczył oddawanie podobnych, by Kirklanda zabolał podwójnie. Spod przymrużonych powiek spoglądały nań opalizujące gniewem tęczówki Francuza. – Nie waż się tak więcej mówić. Prędzej sam się zabiję, niż Louie najedzie mój Paryż!
To był dosyć… nieoczekiwany wybuch. Może i Bonnefoy go pożałuje. Nigdy nie odnajdował się jako anioł zemsty. A na stoją stolicę zawsze był niewiarygodnie wyczulony.

(*drapie się po łebku* Hm... nie za długie? xD)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Wto Lis 20, 2012 8:12 pm

Anglia skrzyżował ręce na piersi i uniósł lekko brwi, słuchając z krzywym uśmiechem tych... Rzeczy, które mówił Francja. To zawsze wyglądało tak samo, wystarczyło, by otworzył usta, a Arthur był już pewien, że nie spodoba mu się to, co usłyszy. Niczyje słowa nie denerwowały go tak mocno, nawet Ameryka się do tego nie umywał. Francja był jak zapałka rzucona na podłogę polaną benzyną. Wystarczyła niewielka iskierka i Anglia zaczynał płonąć, chociaż raczej w sensie pragnienia wyrwania komuś serca i rzucenia na pożarcie dzikim psom niż jakimkolwiek innym.
Oczywiście, teraz jeszcze był całkiem spokojny. Nie zawsze musieli się kłócić – oczywiście, kłócili się i tak, ale byli zbyt starymi wrogami, by robić to przez cały czas. Zwłaszcza teraz, gdy łączyło ich to paskudne słowo na s i przymierze, którego nazwa była czystą kpiną... Tak. To chyba były odpowiednie czasy, by starać się kontrolować i kierować całą wściekłość na kogoś innego. Były inne rzeczy do omówienia, nie tylko stare brudy. Dlatego Anglia starał się być poważny i rozsądny, bo wiedział, że jeśli tylko uda mu się utrzymać uczucia na wodzy, to cała reszta skończy się dobrze.
- Jeśli to dar boski, to tym bardziej cieszę się, że zmieniłem religię – odparł lekceważąco, nie przywiązując uwagi do własnych słów jak i całego tematu. Wzrok miał utkwiony gdzieś daleko, w kierunku Francji. Niezbyt fortunne, ale i tak zdawał się nie wyszukiwać konkretnego punktu. Wyglądał za to na zamyślonego, jakby był teraz w całkiem innym miejscu i czasie. Niezbyt przyjemnych, nawiasem mówiąc. - Wersja Boga, którą widzą moi ludzie jest bardziej przyzwoita od twojej. Pewnie dlatego nie zrobił jeszcze z twojego kraju tego, co z Sodomą.
Pomijając już sam fakt, że Anglia sam nie był pewny, czy naprawdę w to wszystko wierzy. Skoro istniały personifikacje, które były czymś więcej niż ludzie i czymś mniej niż bogowie, to wydawało się nawet prawdopodobne. Ale i wtedy, Arthur nie sądził, by Bóg naprawdę interesował się losami świata. W samą religię nie wierzył, nie mówiąc już o antyklerykalizmie. Właśnie dlatego ostatecznie był wdzięczny Henrykowi za anglikanizm, który był cóż... W porządku. Nie wtrącał się w niczyje sprawy, nie oczekiwał naprawdę aktywnej wiary i zakładał, że Bóg, gdziekolwiek jest, zachowuje się jak przyzwoity gość, pewnie nosi też melonik, mówi z mocnym akcentem i nienagannymi manierami i przyjmuje do nieba ludzi, którzy wiedli po prostu dobre życie. Jak na religię anglikanizm zaskakująco mało wpychał się w cudze życie i nie sprawiał problemów, a przecież jeśli ktoś znał się na problemach religijnych, to Anglia. Ostatecznie udało mu się dojść do punktu, w którym mógł powiedzieć, że wierzy, a kościół odwiedzać jeszcze rzadziej niż Szkocję w rocznicę ich unii.
Aha. No i mieli naprawdę porządne modlitewniki. To też było coś.
- Ty za to jesteś tak piekielnie oryginalny z tymi swoimi aluzjami, dopowiedzeniami i narcyzmem, Francjo – uśmiechnął się przelotnie, odwracając na niego wzrok. A jednak było już w tym coś chłodniejszego, poważniejszego i podirytowanego; ktoś właśnie wylewał benzynę, brakowało tylko zapałek. – Idiota to bardzo dobre słowo. Proste, doskonale cię opisuje. Nie sądzę, żebyś był wart czegoś więcej.
Ale owszem, był i obaj dobrze to wiedzieli. Anglia miał swego rodzaju obsesję na dodawaniu wszystkiemu co złe przydomka „francuski”. Gdyby ktoś tworzył encyklopedię chorób musiałby stworzyć dodatkowy tom na samo F, żeby umieścić tam wszystkie francuskie bóle, francuskie gorączki, pogardy i świnie. Na tym nawet nie kończył, nawet się nie rozkręcał. Tak naprawdę angielski aż pękał w szwach od wyszukanych określeń na obrzydliwość Francuzów. Słowa stworzone specjalnie z myślą na nich i, ach – wybaczcie mój francuski – te francuskie świnie nigdy tego nie doceniły.
Ale zwyczajne „idiota” też było całkiem dobrym słowem.
- Tak, wiem – Coś na jego twarzy drgnęło lekko, jakby wewnętrzny Arthur wzdrygał się przed przyznaniem jakiejkolwiek racji Francji. Ten grymas przeszedł jednak w skrzywienie, bo gorszym faktem było, że Bonnefoy powiedział na głos to, co Anglia pomyślał w duchu. – Już tracą na znaczeniu, gdybyś nie zauważył. Jesteś bardziej zacofany niż ja – zarzucił mu niby lekko, ale jednak tkwił w tym jakiś niepokój. Anglia nie ukrywał faktu, że irytowała go opieszałość Francji i jego wiara w to... W cholera wie co. Nie miał czasami pojęcia, co ten drań sobie czasami wyobraża, ale przecież nie chciał mu otwarcie mówić, że popełnia jakieś błędy i powinien posłuchać dobrej rady. W ogóle nie chciał dawać dobrych rad Francji, tak próbował sobie wmówić. A jednak zwykle i tak kończył wygłaszając mowy, które i tak były potem ignorowane.
Irytujące.
- I to żadna propozycja – uciął ostro, z większą irytacją niż przewidywał. – A swoje ego trzymaj u siebie, jeszcze mi brakuje, żebyś zaczął się z nim panoszyć.
Zabawne, ale przy okazji wszystkie irytujące francuskie wstawki puszczał mimo uszu. Francja był prawdopodobnie zbyt od nich uzależniony i nawet nie zauważał, kiedy swojego największego wroga nazywał miłością. Gdyby Arthur miał ganić go za to za każdym razem zabrakłoby czasu na świecie.
I wtedy nadszedł ten moment, w którym ktoś trzymał zapaloną zapałkę, skłonny wzniecić ogień. Anglia prawie stracił nad sobą kontrolę, ale ta wróciła, gdy tylko zobaczył, że samemu udało mu się trafić w czuły punkt Francji. Oczywiście, to było łatwe, jak zrobienie wrażenia na dziwce, ale tylko dlatego, że obaj znali się tak dobrze. Bolesne tematy, które dotyczyły ich obu i nie prowadziły do niczego dobrego. Obaj wiedzieli, co powiedzieć, by wbić igłę w najczulszy punkt, ale wspomnienie o płonącym Paryżu początkowo nie było jedną z tych rzeczy. Anglia chciał zwyczajnie przypomnieć, dlaczego się tu spotkali. Ale skoro wkurzył tym Francję... Tym lepiej.
- Nie jest – odparł w odpowiedzi, znowu przywołując na twarz uśmiech, który tym razem był o wiele mniej przyjemny. Jeden z tych, które pojawiały się zaraz przed tym jak krzyczał „ognia!”. – Paryż to dziwka, która zbyt wiele razy rozłożyła nogi, nie sądzisz? Mnie nie dopuściłeś, ale inni... – prychnął cicho. - Londyn jest wieczny, on... – urwał, sztywniejąc nagle pod wpływem dotyku. Spojrzał w oczy Francji bardziej zaskoczony niż wściekły. Ale potem poczuł tylko nieprzyjemne gorąco rozlewające się po policzku i usłyszał odgłos, który częściej przytrafiał się w towarzystwie kobiet. Nawet nie zarejestrował dokładnie momentu, w którym Francja go uderzył, ale nie było wątpliwości, że wzniecił tym pożar, który nie wytrzyma długo w bezczynności.
Machinalnie uniósł dłoń do policzka i spojrzał na Francją prawie z ciekawością, jak na zwierze, które nieświadomie zrobiło coś bardzo głupiego. Cofnął się o krok do tyłu, naprawdę niewielka odległość.
- ...naprawdę, Francjo? W policzek? – zapytał cicho, jakby z rozbawieniem, choć nikogo by tym nie oszukał, bo ogień już szalał w jego oczach, a w głosie czuć było stal. Nikt nie zadzierał z Anglią, więc niech piekło pochłonie pieprzoną ideę spokojnej rozmowy. – Czy tobie trzeba wszystko pokazywać, żebyś zrobił to jak należy? Patrz.
To była tylko chwila. Anglia nie znał się tak naprawdę na tym całym szlachetnym gównie (choć jednocześnie znał się bardzo dobrze) i wiedział, gdzie i jak uderzać, żeby zabolało. Trafił pięścią prosto w splot słoneczny, sprawiając, że przepona Francji częściowo odmówiła współpracy. Przyjemnie było patrzeć, jak ludzie desperacko walczyli o każdy oddech, kiedy on mógł wykorzystać te ułamki sekund na kolejne ciosy. Jednak teraz po prostu złapał go za koszulę i przyciągnął do siebie mocno, warcząc:
- Mógłbym jeszcze rozwalić ci za to nos. Co ty na to? Uwielbiam niszczyć tą twoją cenną mordę.

[Nuu, nie przejmuj się tym <3]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Czw Lis 22, 2012 3:31 pm

Religia… nie była dobrym tematem do rozmowy. Przynajmniej nie z Francją, którego przez długi czas wojny różnych wyznań rozrywały od środka. Dlatego przemilczał kwestię wiary Arthura, jedynie przewracając oczami. Ludzie mówili, że francuscy władcy byli pompatyczni i mieli wygórowane mniemanie, a o królach angielskich nie poważyli się złego słowa napisać. Doprawdy, wielce irytujące. To Anglicy musieli tworzyć nowy odłam Kościoła, byle tylko nie męczyć się z dekalogiem. Jeśli coś szło nie po ich myśli, usilnie to zmieniali. Bóg, Dieu… Francuz sam nie wiedział czy tak naprawdę wierzy. Przez wzgląd na pamięć Jeanne d'Arc szanował Stworzyciela, a i przez pewien czas gorliwie wnosił doń modły. Szybko mu przeszło. Jego ludzie upodobali sobie Matkę Boską, on podchodził do niej z pewną dozą ciekawości. Siły wyższe, bóstwa, duchy – zawsze były wyżej od personifikacji państw. Może dlatego tak intrygowały.
Uniósł brew, gdy Anglia spojrzał nań chłodno. Aluzje, niedomówienia – cóż innego tworzyło Francisa? Przecie bezpośredniość bywała grubiańska, nieczęsto źle odbierana przez otoczenie. A taki ideał jak Francja winien zawsze przywoływać aurę arystokracji, taktu i perfekcyjnych manier. Uosobienie wszelkich cnót, którym notorycznie się tytułował, nie mogło skalać swojej reputacji nieodpowiednim zachowaniem. Ponadto ukrywanie swoich prawdziwych myśli za znaczącymi spojrzeniami i zawiłymi wypowiedziami, było doskonałą rozrywką. Szczególnie gdy miał do czynienia z Arthurem. Wyspiarski naród źle je znosił, nawet jeśli starał się udawać, że jest inaczej. Jasne oczy Bonnefoya zawsze wyłapywały te migawkowe oznaki zniecierpliwienia i irytacji. Całe wieki praktyki miał za sobą, by poznać Anglię bliżej niż ktokolwiek inny. To było niesamowite, gdy pośród sekwencji ruchów jego ciała dało się odczytać zalążki gniewu. Krótkie spojrzenie, krzywy uśmiech, zaciśnięta szczęka, wzrok blondyna doszukiwał się w tym odpowiedzi na każde nurtujące zapytanie. Inna sprawa, że Francuz zwykle odczytywał to wszystko wedle własnego uznania, stąd częste nadinterpretacje. Przeinaczenia również.
- Wiem, że jestem oryginalny. Nie musisz mi o tym przypominać. – tym samym zamknął wątek. Wrodzony narcyz kazał mu potwierdzić słowa Anglika, a głęboko ukryta złośliwość napuszyła się na coś podobnego. Zgodność angielsko-francuska nie miała prawa bytu. Można by rzec, że należała do zjawisk nienaturalnych, sprzecznych z obowiązkowym odbiorem świata. Oni nie dzielili podobnego zdania, nie zgadzali się ze sobą, ani nie przyznawali racji. A jak już dochodziło do czegoś tak karygodnego, związywali wszystkie te momenty i wrzucali do morza zapomnienia. I dalej mogli się wykłócać o najmniejszy drobiazg.
Dopowiedzenie o idiocie puścił mimo uszu. Dla niego był to inny rodzaj angielskiego wyznania miłości. Nieco skomplikowany i niezrozumiały dla innych, ale czego innego można by się spodziewać po Kirklandzie? Co prawda, Franja nie przyrównałby miana „idioty” do swojego sławetnego „mon amour”. To byłoby bluźnierstwo, herezja! Na przekór swojemu niestałemu sercu, zarzekał się, że kogoś sobie upodobał – acz na tym jego relacja z wielkiej miłości się kończyła. Żadnych faktów, wskazówek co do tajemniczej persony, która zasłużyła na takie względy. Jedynie lekki, nieomal delikatny uśmiech, cisza i rozmarzony wzrok – nie zamieniłby z tobą słowa, pochłonięty przez wspomnienia. Jakby nie patrzeć, nigdy nie wstydził się nazywać Arthura swoją miłością (jakże nadać francuskiej Nemezis inne miano?) – dla wszystkich było to tylko przyzwyczajenie, nawyk dodawania fraz we własnym języku. Dotychczas każdemu umykała kwestia użycia „mon amour” wyłącznie w stosunku do Anglii. I dobrze. Chociaż Kirkland nigdy nie kwapił się do przyuważenia zaszczytu jakim obdarował go Bonnefoy, nigdy nie oponował szczególnie zajadle. A to, według francuskiej dedukcji oznaczało, że wyspiarski naród nie miał nic przeciwko. Czysta nadinterpretacja, w którą Francja dzielnie i wytrwale wierzył. Order mu się należał.
- Zauważyłem. Zapewne wcześniej od ciebie, mon amour. – uściślił, wzruszając lekko ramionami. Nie było pewności, czy z dnia na dzień miliony kilometrów nagle stracą znaczenie. Choć wydawało się to niemożliwe, wszystko wskazywało na to, że kiedyś… może wkrótce, odległości znikną. Europa, Azja, Australia czy Ameryka – wszyscy będą się mogli porozumiewać z dziecięcą łatwością. Może francuski stanie się językiem uniwersalnym? Ah, Bonnefoy był tego pewny.
Nie spodziewał się, że Arthur zaraz zaprosi go do siebie. Chociaż wypadło się zapytać, czy nie była to jednoznaczna propozycja. Choćby po to, by usłyszeć tą charakterystyczną irytację w głosie Anglii. Nie było na ziemi i na niebie nic piękniejszego od tego ostrego tonu, przynajmniej w ocenie Francuza.
- Na drugi raz wystarczy zwykle zaproszenie, miły. Zapewniam, że z wielką radością będę się panoszył po twoich ziemiach. - od razu wiadomym było o czym myślał Bonnefoy. Nie hrabstwa i angielskie miasta mu w głowie, tego mógł być pewien każdy. Przeczył temu sugestywny uśmiech i błysk w jasnych oczach.
Jednak przyjazna szybko znikła, wraz ze słowami Brytyjczyka.
To było do przewidzenia. Oczywiście , zawsze sprawy przyjmowały ten obrót, bez względu na to jak bardzo starali się tego uniknąć. Zwykle zaczynali… umownym spokojem, a później już od słowa do słowa, jeden niefortunny komentarz i skakali sobie do gardeł. Nienawiść genetycznie uwarunkowana, mawiali profesorowie historycy, wielcy znawcy. Kiwali inteligentnie głowami, następnie wygłaszali długie wykłady o bitwach angielsko-francuskich. Podawali milion powodów niesnasek między przeciętnym mieszkańcem Londynu a rodowitym Paryżaninem. Zasnąć by można. Jak pies z kotem, szeptali po kątach ich znajomi. Nawet sąsiedzi dyplomatycznie szczędzili własnych analiz ich zachowania. Jak bowiem wyjaśnić, że obaj, zwykle opanowani, dojrzali, pewni swego… w obecności drugiego nagle zatracali te cechy? Francis znacząco nadużywał charakterystycznych aluzji i nie zapomniał o licznych niedomówieniach, natomiast Arthur zdawał się być… wyjątkowo drażliwy. I nie zapominał jak ugodzić francuską dumę.
…a coś podobnego zawsze kończyło się tak samo.
Nic więc dziwnego, że Francisa aż kusiło żeby ponowić uderzenie. Paryż, jego najpiękniejsza stolica, a Arthur używał sobie na niej do woli. Nigdy jej nie zdobył, nie miał prawa tak mówić! To był sztylet we francuskie serce, drążenie upierdliwą szpilą. Typowo angielską szpilą.
- …jak śmiesz tak mówić? Paryż to anioł, twój Londyn to marna imitacja. Burdel w jego przypadku bardziej by pasował. – warknął, siłą powstrzymując się od przekleństwa. „Ta gueule, toi” samo cisnęło się na jego usta, choć użył całego swojego poczucia estetyki, żeby nie wpleść wulgaryzmów w zdanie. Miast tego obwiódł palcem kształt angielskiego policzka, chwilowo zafascynowany jego fakturą. Żałował, że miał rękawiczkę. Gdyby nie wściekłość, wykorzystałby moment zaskoczenia w zielonych oczach. Gdy stał tak blisko mógł w źrenicach Kirklanda dostrzec niemal każde angielskie wzgórze. Ale urażona duma nie chciała się teraz zajmować wzrokiem Arthura. Sprawy Londynu już nie skomentował, zamachnął się, uderzył.
A potem patrzył uważnie jak Anglik unosi dłoń i dotyka swojego policzka. Interesujące zjawisko. Zdawał się być tym zafascynowany, choć szybko to ukrył. Gniew nie ustał, furia nie doznała zaspokojenia. Jej głos grzmiał, potrafił tylko wypominać. Czym jest jeden cios? Niczym.
Arthur cofnął się o krok. Francuz odruchowo chciał się przybliżyć – marna parodia tańca z pewnością wyszłaby im doskonale.
- Owszem, policzek. Niczego więcej nie jesteś wart. – on nie bawił się w teatralne rozbawienie, głos miał zimny i chłodny. Wzroku nie spuszczał z Arthura, jakby tylko on się teraz liczył. Zieleń oczu Kirklanda rozżarzyła się ogniem, słowa były tylko złudzeniem spokoju. Czaiła się w nich stal i Francis wiedział o tym doskonale. Zmarszczył brwi, słysząc jego słowa. Demonstracja? Czegoż znowu? I cóż to znowu za miarkowana złośliwość?
Zaraz jednak wątpliwości się rozwiały. Przysłowiowa sekunda, może nawet mniej. Bonnefoy zgiął się w pół, z wyraźnym trudem łapiąc oddech. Syknął cicho, nieszczęsne „Pauv' conne” zawitało na jego ustach. Wymamrotanie przekleństwa niezbyt pomogło. Powinien to przewidzieć, albo chociaż udawać, że przygotował się na uderzenie. Zaraz został podciągnięty do pionu – Arthur złapał go za koszulę przyciągając do siebie. I teraz odległość naprawdę straciła znacznie, pomyślał Francuz, zmuszając płuca do wzmożonej pracy. Na dalsze słowa Anglika zareagował standardowym wyobrażeniem brytyjskiego buldoga. Warczał i warczał, jeszcze się opluje z tego wszystkiego.
Chociaż lepiej nie wypowiadać tego na głos, idealna francuska fizjonomia nie przeżyłaby angielskiej kreatywności.
Jedyną zaletą aktualnej sytuacji był wzrost Francji. Szczęście, spoglądanie nań z wyższością opanował do perfekcji. Nawet z parteru nie patrzyłby na Kirklanda inaczej.
- Podziękuję. – mruknął, chrząkając. Oddech powoli się stabilizował, chociaż każdorazowy wdech sprawiał ból. Nagle w jasnych oczach znów coś zabłysło, było jednak zbyt ulotne by orzec, z czym się wiązało. – Uwielbiasz? Dziwne masz fascynacje, mon amour. – zauważył cicho, pochylając się nad jego ramieniem. Skoro już byli tak blisko, należało to wykorzystać. Najlepiej w iście francuski sposób. – Ja ukochałem sobie inne rzeczy… - wymruczał, opierając czoło o szorstki materiał angielskiego płaszcza. Przez chwilę milczał, jakby napawał się… czymś. Może samym zbliżeniem, może znajomym zapachem Arthura, a może zbierał oddech. W przypadku Francisa nic nie było pewne. Nagle przekręcił głowę, wzdychając cicho. Dmuchnął w odkrytą szyję Anglika, zafascynowany gęsią skórką. Ludzie reagowali identycznie. Gnany niewyjaśnioną ciekawością, potarł policzkiem o jego szyję, trącając ją nosem. Mruknął coś niezrozumiałego, zaciągając się charakterystycznym zapachem Arthura. I znów, głuchy na oddalone słowa. Jakby był wielce zajęty. Do twej pory nie potrafił zakwalifikować tego przeklętego zapachu – każdy kraj pachniał sobą. Hiszpan pomidorami, Gilbert mieszanką piwa, Szkot whisky. A Arthur? Th, to musiał być narkotyk, bo uzależniał.
- Zdradzę ci w sekrecie co ja uwielbiam. – wymruczał cicho, wprost do ucha Kirklanda. Odchylił głowę, patrząc uważnie w zielone oczy. Błąkający się na ustach uśmiech skrywał o kilka tajemnic za dużo. – Uwielbiam swoje wino. Swój kraj. Swoje tradycje. – pochylił się nad nim, tak, że praktycznie dzieliły ich marne centymetry. – A jeśli tkniesz moją bezcenną twarz, obiecuję, że staniesz w płomieniach.
…dotyk ust był ulotny, jakby go w ogóle nie było. Jednak specyficzny „pocałunek” musiał mieć miejsce. Jak inaczej wyjaśnić cherubinki błysk w jasnych, francuskich tęczówkach?

(Wybacz za brak odpowiedzi wcześniej. Odpis dla ciebie musiał być naprawdę dobry xD)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Czw Lis 22, 2012 7:12 pm

Chciałby zamknąć wątek. Anglia nigdy nie pozwalał, by ostatnie słowo należało do jego wroga, zawsze miał coś do dodania. Chyba, że akurat nie miał, bo takie sytuacje też się zdarzały, jednak w poważniejszych sytuacjach, kiedy w grę wchodziły mocne uczucia i kiedy lepiej było milczeć. W tym wypadku przewrócił jednak oczami i pokręcił głową, dodając gładko:
- Oryginalny i z wyczuciem ironii jak u Hiszpanii.
I tak, na tym wątek rzeczywiście mógł się zamknąć. Wygraną Anglii, a przynajmniej jego ostatnim atakiem. Zabawne, ta mała mania niezwykle pomagała mu w bitwach i polityce, dzięki niej był zdeterminowany, by odpowiadać reakcją na każdą akcję. W życiu ta cecha okazywała się znaczącym utrudnieniem, bo zadziwiająco często prowadziła do kłótni. Och, w porządku, fakt bycia Anglią też miał w tym swój udział. W końcu, na króla, z kim on się nie kłócił?
Ale nawet jeśli Arthur miał za sobą konflikty z całym światem, to Francja zawsze był kimś nieprzyjemnie szczególnym. Nienawidzenie go było wspaniałą tradycją, jak uroczo, przeplataną serdecznymi porozumieniami. Na słowo „przyjacielskie” nie zdobył się żaden z nich, bo wiedzieli, że nigdy nie będą czymś takim. Byli ponad przyjaźnią, nienawiścią i zwyczajną niechęcią, daleko od obojętności i tych innych, głębszych uczuć, które na zawsze pozostawały nienazwane. Nawet Francja się do nich nie przyznawał. Owszem, wyrażał je na głos, ale tylko puste słowa, wypowiedziane, by doprowadzić Anglię do szału. Wyspiarski kraj nie wierzył, że kiedykolwiek mogło być inaczej.
- Na pewno nie wcześniej, Francjo. W pewnych sprawach jesteś ślepy i zacofany, nawet teraz – odparł, acz i tym razem w jego głosie zabrakło typowej kąśliwości. I choć nie zaznaczył jeszcze, jakie konkretnie sprawy ma na myśli, tak wyraźnie do czegoś dążył. Dlatego zboczył tematu, zostawił malutki haczyk, który Francja być może złapie, a być może ucieknie daleko, trzydzieści dwa kilometry stąd i nie wspomni słowem. A potem wybuchnie wojna, na którą żaden z nich nie był jeszcze gotowy i te coraz nędzniejsze kilometry oddzielające go od kontynentu przydadzą się Anglii znacznie bardziej, niż nawet najdłuższa linia obronna, jaką byłby w stanie stworzyć Francja. Pomogą, choć być może już ostatni raz, bo jeśli tak dalej pójdzie, woda nie będzie już żadnym wyzwaniem. Zresztą dla niego już od dawna nie była. Brytyjska flota była niepokonana. Teraz będzie musiał uczynić to samo z RAFem.
- Żeby był drugi raz najpierw musi być pierwszy – odparł mrukliwie w odpowiedzi, w bardzo widoczny sposób nie zauważając sugestii, która właściwie nie była nawet sugestią, gdy wypowiadano ją takim tonem. Zamiast tego przybrał obronną postawę, zadzierając lekko podbródek i przywołując na twarz kpiący uśmiech, by pokazać, ile obchodzą go groźby Francji. – Jeśli będę chciał cię zaprosić, uwierz, po prostu ci powiem. Ale nie sądzę, żeby to kiedykolwiek nastąpiło.
Pomijając ten drobny fakt, że właśnie stali na angielskiej ziemi, oczywiście, że nie nastąpi. To spotkanie miało nosić znamiona interesów, nic więcej, ale gdyby im się udało utrzymać je tylko w tym duchu, nie byliby sobą. Było do przewidzenia, że to, co w ich przypadku było lekką atmosferą bezpowrotnie zniknie zastąpione chłodem, który był czymś więcej niż mgła i wilgoć w Dover.
To już była historia i wspomnienia oraz sam fakt, że Anglię irytował sposób, w jaki Francja oddychał, a Francję, w jaki Anglia w ogóle istniał. Setki drobnych rzeczy, które zawsze doprowadzały ich do tego momentu, w którym nie mogli dłużej uśmiechać się do siebie jak dwaj mordercy chowający za plecami ostre narzędzia. Zawsze w końcu nadchodził moment, w którym zwykła kłótnia zamieniała się w czysty, niebezpieczny jad, który mógł dotrzeć do serca, jeśli tylko tego pragnęli. Tak długa i poplątana znajomość nosiła w sobie to ryzyko, w końcu wrogowie, którzy czasami zdawali się o sobie wiedzieć więcej niż wszystko, nie mogli mieć zdrowej relacji.
A Anglia zaśmiał się krótko i zimno na wspomnienie o tym, że Paryż mógłby być aniołem. Bardziej przypominało to szczek niż śmiech. Chętnie odpowiedziałby, że jak na anioła wyjątkowo często unosi spódnicę i przecież to ta brudna gówniana stolica słynie z burdeli, nie jego wspaniały, majestatyczny Londyn. Szkoda jednak, że sprawy potoczyły się zbyt szybko i musiał zachować te uwagi na następny raz, który, znając życie, nie nastąpi aż tak późno.
Zamiast tego po prostu rzucił mu kpiące spojrzenie, choć piekący policzek nadal doprowadzał go do szału, ale to zabawne, choć nigdy tego nie przyznawał, to w takich chwilach czuł, że żyje. A ostatnio rzadko doznawał tego uczucia, chodził zmęczony i sfrustrowany, z barkami ciężkimi od ciężaru jakim była nadchodząca wojna. Przy Francji wszystko to wyblakło i Anglia mógł widzieć tylko jego twarz, pobladłą i skupioną na desperackiej próbie złapania oddechu i wyglądania przy tym elegancko. Draniowi jakimś cudem to się udawało, ale Arthur zawsze twierdził, że Francis wygląda najlepiej zakrwawiony i obolały, niezdolny do walki, błagający o litość – a co najokropniejsze, on sam nie potrafił doprowadzić go do tego stanu zbyt często. Cholerny idiota, potrafił poddać się i ukorzyć przed innymi, ale nigdy przed Anglią i to był tylko kolejny powód, by tak bardzo go nienawidzić, choć ta nienawiść przestała mieć już rację bytu.
- Myślę, że jestem wart o wiele więcej – odparł cedząc słowa, ale gdzieś w tym wszystkim, pod maską złości, kryła się sadystyczna radość z faktu, że to Anglia jest tu panem sytuacji. – Więcej niż cię na to stać. Jesteś dobry w słowach, ale kompletna z ciebie ciota, jeśli chodzi o bycie mężczyzną.
Zacisnął mocniej rękę na jego koszuli, pragnąć ujrzeć chociaż cień strachu na tej żałosnej twarzy. To, że do niczego takiego nie doszło, że Francja patrzył z tą znajomą wyższością, doprowadziło go tylko do większej irytacji, palącego od wewnątrz uczucia, dzięki któremu miał siłę, by niszczyć sąsiada przez sto szesnaście lat i potem dalej przy każdej możliwej okazji. Co za znajome uczucia, co za piękne wspomnienia, które przypominały Arthurowi, kim jest. Szkoda tylko, że Anglia czuł się tak głównie przez Francję.
- Dziwne? – uniósł z rozbawieniem brwi. – Po prostu uwielbiam cię niszczyć, gdybyś nie zauważy...
I tutaj Anglia urwał, zastygając w połowie słowa i oddechu. Tysiąc cholernych lat i nadal nie potrafił się przyzwyczaić do tego, że Francja atakuje inaczej niż pięścią. Nienawidził tej krótkiej chwili, kiedy nie potrafił się poruszyć, żołądek ściskał mu się w ciasny supeł, a on sam zamiast po ludzki odepchnąć Bonnefoya, najlepiej przy okazji spychając go z klifu, po prostu nie reagował.
Zachowujesz się jak kot na widok kocimiętki, żałosne – powiedziałby mu, gdyby miał w planach cokolwiek powiedzieć i gdyby ten fakt nie był w najbardziej pokrętny sposób kłopotliwy. Drgnął dopiero, gdy poczuł oddech na swoim uchu. I potem, kiedy planował właśnie zabarwić angielską trawę (więcej niż) odrobiną francuskiej krwi, zwyczajnie się uśmiechnął. Trochę z niedowierzaniem, trochę z rozbawieniem. Oczywiście, miał ochotę zabić, ale ta dbałość Francji o jego twarz była jedną z mniej irytujących rzeczy, które Anglia w nim nienawidził.
I nie powiedział niczego, choć w tej sytuacji przelotny pocałunek nie zdziwił go ani trochę. Przez myśl mu przeszło, że powinien za to odciąć nie tylko wargi a i cały język i niech wtedy Francja próbuje z nim dyskutować o stawianiu czegokolwiek w płomieniach.
Zamiast tego po prostu patrzył na niego przez ułamek sekundy, oczami pociemniałymi od złości i błyszczącymi już nie tylko od wewnętrznego ognia, ale też od czegoś niewypowiedzianego, co nigdy nie było bezpieczne. W następnej chwili poruszył się gwałtownie, chwytając Francję z tyłu głowy za włosy i przyciągając do swoich ust, oddając pocałunek w wersji o wiele mniej romantycznej i subtelnej; cóż, nie słynął ani z jednej ani z drugiej rzeczy. W tych sprawach zawsze bywał bardziej prostolinijny i brutalny, gubił po drodze uczucia. Ale tutaj nigdy nie miało być uczuć, nie miało być nawet prawdziwego pocałunku, a tylko ręka boleśnie ściskająca i szarpiąca jasne włosy Francji i zęby, które w jednym momencie wgryzły się w wargi, raniąc je do krwi. Przyjemny metaliczny posmak.
Równie szybko, jak Anglia to zrobił, odsunął się, jednocześnie odpychając Francję do tyłu i wbijając w niego pełen satysfakcji i złości wzrok. Lewą ręką otarł usta, zupełnie, jakby zrobił z nimi coś brudnego i nieporządnego. Policzki miał już czerwone nie tylko od uderzenia, ale też od złości i fali gorąca, która poczuł.
- Proszę – odetchnął, przekrzywiając lekko głowę i uśmiechnął się szeroko. – Możemy grać w twoją grę i wtedy odgryzę ci język. Albo nie zbliżysz się do mnie więcej i to będzie pierwsza mądra rzecz, którą dzisiaj zrobisz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pią Lis 23, 2012 1:28 am

Westchnął cicho, mentalnie rozkładając dłonie. Dieu, co on miał z Arthurem. Krzyż pański to dopiero niedopowiedzenie w tym przypadku. Katusze, masakra i ogólny kryzys psychiczny. A, tak po prawdzie to niska cena za rozrywkę jaką zapewniał. Na tle ostatnich wydarzeń, coś tak rozweselającego duszę Bonnefoya było na miarę złota. Rzadko miał okazję by rozsyłać swoje charakterystyczne uśmiechy, acz dla Kirklanda zawsze robił wyjątek. Chociaż cierpiał już przez samą świadomość, że upór wyspiarza udzielał się również jemu. Szczególnie zaś jeśli chodziło o kwestię „ostatniego słowa”. Toż oczywiste, że musiało należeć do Francuskiej Republiki. Inaczej się nie dało. Wojny wojnami, ale ostateczny kop w kuperek Anglika należał do Bonnefoya. A z tego przywileju należy korzystać. Zawsze.
- Ja ironię puszczam w niepamięć. Na cóż mi ona? – pytanie typowo retoryczne. Jeśli Kirkland pokusi się o odpowiedź, Francuz będzie zmuszony zamknąć mu usta. Nie siłą, bo to takie pompatyczne i trywialne. Przewidywalne wręcz. On od lat działa inaczej, na innych sferach. I, jak nietrudno się domyśleć, doskonale się w tym odnajduje. Wykorzystuje… francuską magię, jak to sam poetycko określa. Ucałuje, skomplementuje, a w przypadku Brytyjczyka przyłoży się do swojego fachu o wiele bardziej. Nikt nie wie dlaczego i lepiej by tak pozostało.
Dla dobra świata.
Zaintrygowały go słowa Arthura. Nawet jeśli zwykle udawał, że nie słucha brytyjskich wypowiedzi, bo były tylko bezsensowną paplaniną, teraz wyjątkowo wysupłał z nich coś niepokojącego. Zarzucenie ślepoty nie mogło odnosić się do jego sokolego, przenikliwego wzroku. Na wszelki wypadek jednak sprawdził czy oczy go nie mylą. Spojrzał na Arthura uważnie, raz i drugi. Otaksował wzrokiem całą jego sylwetkę, powoli, nie pomijając żadnego skrawka. I jak zawsze osąd przyćmił fakt, że to Anglia. Do tego ubierał się według stylu godnego pożałowania. Widział ktoś taki paskudny płaszcz? Zupełnie nie pasował do butów. Zmysł estetyki kazał Francuzowi podejść do Kirklanda i zacząć ratować cały jego paskudny wygląd – uważał się za dżentelmena, a nie potrafił nawet prawidłowo skompletować garderoby. Śmiech na sali. Oczywistością jest, że Brytyjczyk nie posiadł francuskiego perfekcjonizmu w każdej sytuacji. Nie wiedział jak się poruszać, możliwe, że „grację” znał tylko ze słownika. Jedynym atutem były oczy. Ewentualnie włosy, miały potencjał, ale domeną mogły zostać wyłącznie po działaniach fryzjera. I to bardzo dobrego fryzjera, najlepiej francuskiego.
Bonnefoy miał ochotę ofuknąć sam siebie. Odwrócił wzrok, chwilowo zapominając o chodzącej niedoskonałości w postaci Anglika. Niemożnością było, że ktoś taki aż tak go interesował. Nie potrafił się ubrać, tylko pozorował dżentelmeńskie zachowanie i do tego jeszcze daleko mu było do pięknych istot, które Francja sobie ukochał. Przy Felicjano Arthur wypadał gorzej niż słabo, w parze z Antonio mógł robić jedynie za tło, w dodatku niezbyt ładne. A w stosunku do Mathieu przegrywał w przedbiegach. A jednak coś musiało w nim być, skoro wzrok Bonnefoya notorycznie ku niemu wracał. Cokolwiek odpowiadało za to przedziwne przyciągnie, stało się tajemnicą całe wieki temu. Można było jedynie snuć przypuszczenia.
- Teraz rozkwitam. – albo tak sobie wmawiał, bo to zawsze pomagało. Nawet jeśli dyplomacja zaczynała podupadać, gospodarka chwiała się jak róże na silnym wietrze, a ludność coraz częściej głowiła się co dalej będzie, Francja był pewny swego. Nic mu nie grozi, jest przecie krajem doskonałym, prawda? Nie upadnie, nie polegnie w imię boskie będzie walczył. Zwoła armia, jego wojska nie pozwolą nikomu przekroczyć granicy. To tylko kwestia czasu kiedy odzyska Alzację i Lotaryngię Rok, może dwa. Louie zwróci wszystko z nawiązką. – Nie wiem co masz na myśli.
Albo wiedział i to za dobrze. Nie potrafił się tylko do tego przyznać, bo to oznaczałoby paradoksalne zwycięstwo Arthura. Nie mógł przecież powiedzieć, że otumaniony lud wierzy w zapewnienia rządu. Nie ośmieliłby się wspomnieć, że przydałaby się pomoc. Non, nigdy. Toż to Francuz, miał swoją dumę i nie zamierzał z niej rezygnować. Nawet jeśli czeka go upadek – gdzieżby znowu, ale zakładając, że coś takiego w ogóle jest możliwe – zachowa godność. Jak zawsze. Nie uklęknie przed najeźdźcą. Anglik, Niemiec, Rosjanin – jeden czort. O litość będzie błagał jedynie Boga. A to również w określonych warunkach.
- Mon amour, pierwszy raz mamy już za sobą. – ah, jakże on lubił takie sugestie. Rozłożył ramiona, jakby chciał pokazać, że nie jest tu dla samej rozrywki. Ktoś go przywiózł, prawda? Ktoś mu wskazał drogę, ktoś mu wcześniej podesłał zaproszenie. Badaj krótki liścik, pisany na szybko, pismem odbiegającym od ideału kaligrafii. Kim był ten enigmatyczny „ktoś”? Proste – czysty Brytyjczyk, nieskalany ni domieszką frankijskiej krwi. – Rozumiem, że jak tylko powrócę do swojego pięknego Paryża, mogę wyczekiwać kolejnego zaproszenia? Tym razem z ofertą noclegu, oui?
Tak, najlepiej w najlepszej papeterii jaką Arthur posiada. Może wtedy satysfakcja ze spalenia listu byłaby większa. Po namyśle stwierdził, że przeczytałby angielskie zaproszenie. Jednak byłby niewychowany gdyby od razu wrzucił coś tak osobistego do kominka. Nawet Anglik nie zasługiwał na takie traktowanie. Właściwie na nic nie zasługiwał, ale to zawsze pozostanie kwestią sporną.
Mógłby go nawet i tysiąc razy uderzyć, Brytyjczyk wiecznie powtarzałby to samo. Wciąż kalałaby Paryż swoimi bluźnierstwami, w dodatku z uśmiechem, którego chciało mu się zetrzeć z twarzy gołymi rękami. A z racji tego, że nie była tak piękna i idealna jak Bonnefoya, brak jakiegoś elementu tylko poprawił angielską fizjonomię. Chociaż prócz zmazania tego sarkastycznego uśmiechu, Francuz nie byłby zdolny zmienić już nic innego. Arthur miał swoje… zimne piękno. Głęboko ukryte, oczywiście. Bardzo prawdopodobne, że dostrzegał je wyłącznie Francis.
Może coś pociągającego kryło się w tym kpiącym spojrzeniu? Non, to nie to. Może sposób w jaki unosił dłoń do policzka, to chwilowe zdziwienie na twarzy? Z pewnością urok nie chował się ciosie w splot społeczny. Tego Bonnefoy był pewien. Zwłaszcza gdy walczył o oddech, starając się wciąż wyglądać jak ideał. Żadnego defektu, żadnej skazy, ni zmarszczki nie uświadczysz. Chociaż wymagało to nieziemskiego wysiłku, podołał. Jego piękno pozostało niezachwiane, wizerunek perfekcji nieskalany. Nie mógł odpowiedzieć swoim melodyjnym głosem, już teraz charczał, ledwo dychał. Bolało, ale starał się tego nie okazywać. Jedynie oczy opalizowały gniewem i determinacją, by nie dać się upokorzyć.
- Wmawiaj… sobie. – wycedził, gratulując sobie w duchu świszczącego oddechu. Głos, może tylko odrobinę zachrypnięty, brzmiał niemal jak powinien. Niemal. Drgnął na jego dalsze słowa. Byłby się zaśmiał, gdyby tylko mógł normalnie odetchnąć. Teraz musiał się ograniczyć do uśmiechu, lekkiego, acz nakrapianego dozą politowania. – Mówisz? Nie stać… mnie? Zapewniam, że jesteś… w błędzie. Wielkim. Po prostu szkoda mi… marnować na ciebie czasu, mon amour~
Nie było to prawdą. Chociaż za wierutne kłamstwo nie mogło uchodzić. Bonnefoy nie był bogaty, przynajmniej nie tak jak dawniej. Co wcale nie przeszkadzało mu kupować najdroższych ubrań z najlepszych materiałów, otaczać się rzeczami pięknymi, choć piekielnie drogimi. Używał perfum wartych krocie, apaszek z Chin, za których spokojnie mógłby wioskę kupić. Cóż, za ideał trzeba płacić. Osoba postronna tego nie zrozumie. Francuz zaprzedałby duszę diabłu, byle wyglądać perfekcyjnie. Wspaniale.
Nawet gdy Anglik zacisnął dłoń na jego koszuli, nie okazał strachu. Tylko wyższość, o jeden cios to za mało by wzruszy Francisa. Nawet cała plejada uderzeń w wykonaniu Arthura na niewiele by się zdała. Francja nie ukorzy się przed nikim, szczególnie zaś nie okaże żałosnego przerażenia przy wyspiarskiej nacji. Może go obdarzyć tylko obojętnością, wzrokiem wyzutym z emocji. Krzyczącym niemo, że Arthur nigdy nie osiągnie swego celu, nie dojrzy strachu w jasnych oczach. Dla niego przeznaczona jest tylko determinacja i nieugiętość, zawziętość i wyższość.
- Niszczyć? – wymruczał cicho, wdychając znajomy zapach. Od niego można się było uzależnić. W podświadomości Francisa pojawiła się dziwna myśl, jakby już to zrobił. Został nałogowcem, nawet jeśli uważał obiekt swoich westchnień za wroga publicznego numer jeden.
Możliwe, że zachowywał się jak kot, bez najmniejszego skrępowania ocierając się o Anglika. To bywało silniejsze od niego. Zresztą dylemat zweryfikowaniu zapachu Anglii od którego robiło mu się tak dziwnie przyjemnie, nie mógł pozostać bez odpowiedzi. Pachniał wilgotną trawą, co Francisowi kojarzyło się tylko z brudem. Chociaż w jakiś niewytłumaczony sposób pasowało do Arthura bardziej niż do kogokolwiek innego. Miał też w sobie coś deszczowego, pochmurnego. Francis nie mógł tego poprawnie zlokalizować, a i nie miał na to czasu. Kiedyś to zgłębi, odkryje wszystko. Jeszcze nie teraz, ale wkrótce na pewno.
Dopiero po chwili zarejestrował, że Anglia nie reagował. Wstrzymał nagle oddech i znieruchomiał, ułatwiając mu dostęp do swojej szyi. Zabawne, ale w tamtej chwili nie potrafił tego przyjąć do wiadomości, zbyt zamroczony charakterystycznym zapachem. Mogliby tak spędzić całą resztę życia, Francuzowi taki układ zadawał się odpowiadać. Byleby tylko Arthur stał i nadal emitował tą dziwną aurę, która tak go przyciągała.
Brak reakcji na pocałunek nie był niczym nowym. Kirkland zdawał się tkwić w zawieszeniu, a to było tylko wykorzystanie sytuacji. Odchylił się, może połowicznie zawiedzony. Cóż, Arthur nie należał do tych urokliwych kobiet, które szarżą zdobywały francuskie serce.
Odchylił się, nawet miał zamiar poszerzyć uśmiech, gdy spojrzał w jego oczy. Gniew był zrozumiały, czułostki widać nie należały do jego ulubionych czynności. Ale gdy zawitał w nich ten dziwny ogień, w umyśle Bonnefoya zabłysła czerwona lampka. Czymkolwiek był ten błysk, nie wróżył nic dobrego.
Zaraz Anglik przyciągnął go do siebie, niemiłosiernie mocno wplatając dłoń w jego włosy. Francuz poczuł zęby na własnych ustach, szybko pojawił się metaliczny posmak krwi. Odwzajemniłby się tym samym, gdyby nie był w szoku na gwałtowność brytyjskiej reakcji. To nie był pocałunek, nawet nie mogło za uchodzić. To tylko wyrywanie idealnych włosów, wgryzanie się w miękkie wargi i próba odwetu. A to wszystko trwało zbyt krótko, by Francja należycie zareagował. I pięknie odwdzięczył się za szkody na swojej idealnej fryzurze.
Nim zdołał cokolwiek uczynić, Kirkland go odepchnął. Bonnfoy przeczesał dłonią aksamitne pasma włosów, odratowując perfekcyjny wygląd. Chociaż nikt nie powiedziałby, że i w tym poczochraniu nie było mu do twarzy. Zasłonił usta ręką, dotykając ostrożnie wargi. Na rękawiczce pojawiła się krew. Popatrzył zdziwiony na Anglika, niedowierzając. Naprawdę go ugryzł? Oblizał wolno usta. Istotnie, zatopił zęby. A teraz jeszcze ścierał z siebie „pocałunek” jakby to jakaś nieczystość była.
- Cnoty przez to nie straciłeś. – zauważył mimowolnie znów oblizując usta. Ostre miał te zęby. A tak niewinnie wyglądał. Pozory mylą. – Odgryziesz język? Cóż, tchórz zawsze tchórzem pozostanie. Mogłeś od razu powiedzieć, że nie umiesz całować.
Chyba nikt nie miał wątpliwości… że wybrał ryzykowną grę. To zawsze jakaś atrakcja.
- Nie zbliżać się? – krok ku Anglii, zaraz po nim drugi. Stanął blisko niego, mrużąc oczy. Pochylił się nieco, tak, żeby zrównać z nim wzrok. – A może chodzi ci o zbliżenie… innego typu?
Sugestię potwierdziły dłonie Francisa, wolno sunąca po sylwetce Arthura. Płaszcz nie był przyjemny w dotyku, zbyt szorstki. Guzki były duże, nie stanowiły problemu dla długich, zwinnych palców. Dwa pierwsze odpięły się niemal samoistnie. Pozostałe zostawił, nie miały znaczenia. Rozsunął dłonią poły płaszcza, ciesząc się w duchu, że Kirkland nie ubrał się jak na Syberię. Przyłożył rękę do jego klatki piersiowej, wyraźnie skoncentrowany. Mimo materiału koszuli wyczuwał bicie serca. Nerwowe, szybkie, ale... ludzkie. Śmieszne. Państwa, praktycznie ograbione z człowieczeństwa były jak oni.
- Takie zbliżenie ci nie przeszkadza, mon amour?

(*powinna zacząć książkę pisać =.=*)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pią Lis 23, 2012 4:49 pm

Anglia faktycznie otworzył usta, by odgryźć się i na to retoryczne pytanie, jednak w ostatniej chwili zmienił zdanie. Może stwierdził, że nie warto, a może dopadło go złowróżbne uczucia przechodzenia po własnym grobie. W każdym razie to ostatnie jest chyba bardziej prawdopodobnym faktem, dla którego oddał Francji pierwszeństwo i tym samym oszczędził sobie kolejnych zmartwień. Jeszcze chwilę później drażniło go, by jednak coś odwarknąć, jednak rozmowa zeszła na zupełnie inne tematy. No... W każdym razie coś koło tego. Po tym, jak Anglia rzucił uwagę o zaślepieniu, Francis zamiast odpowiedzieć, po prostu wbił w niego wzrok. Najpierw było w tym coś ze zdziwienia, a potem po prostu... Cóż, wzrok. Jakby spotkali się po raz pierwszy w życiu, a z piersi Anglii wystawały dodatkowe głowy. Może przesadzał, ale wzrok Francji zawsze był niepokojący, ponieważ momentami Anglia gubił uczucia w jego spojrzeniu i nie potrafił już stwierdzić, co ten idiota właściwie sobie myśli. I to była drobna osobista porażka, bo nie po to Arthur przez setki lat uważnie obserwował Francją – przez większość tego czasu robiąc to nieświadomie – by po tym wszystkim ciągle go nie rozumieć. To było irytujące.
- Francjo? – odchrząknął więc, by przywołać go do porządku, samemu produkując przelotny i cyniczny uśmiech. – Mógłbyś przestać gapić się we mnie jak sroka w kość? Mówiłem poważnie, powinieneś w końcu sam zauważyć, że nie robisz się coraz bardziej bezbronny i zniedołężniały w Europie.
Obaj byli mocarstwami, ale Anglia o wiele chętniej dostrzegał chwiejność u Francji niż siebie samego. Zresztą to oczywiste, nikt z taką mentalnością jak ten żabojad nie może utrzymać imperium na zbyt długo. Nie w tych czasach, nie, kiedy był otoczony wrogami, których sam sobie stworzył. Niebezpieczeństwo, którym był Rosja przygasało przy żądnym zemsty Niemcu. Anglia wystarczająco wiele razy rozmawiał z Ludwigiem, jego siostrą i nawet samym Hitlerem, by móc sobie wyobrazić, co spotka Francją, gdy wybuchnie ten konflikt. A przecież potrzebował tego drania przy życiu i o to w tym wszystkim chodziło, tylko i wyłącznie o fakt, że bezpiecznie mieć za oceanem sojusznika a nie wroga – coś, co przez całe swoje istnienie zgrabnie pomijał w swoim pragmatycznym rozumowaniu. Teraz jednak świat obracał się do góry nogami, była kolonia rosła w siłę, starzy wrogowie zawierali sojusz, a Wielka Brytania robiła coś względnie dobrego próbując powstrzymać hitlerowców przed zawładnięciem Europą. Oczywiście, jak zwykle chodziło tylko o ich interesy, ale mimo wszystko... Broniła wszystkich przy okazji sprzedając tego, zdradzając tamtego... Cóż, zdarza się. Bo niby od kiedy mieszało się politykę z altruizmem, honorem i setką innych ładnych słówek, które nie sprawdzały się w życiu? Nie o to tu chodziło. Wcale nie chodziło o to, że w jakikolwiek sposób mógłby zechcieć ochronić Francję, nie... Nie do końca. Najwyżej dla własnych interesów, nic więcej. I dlatego, że ten żabojad był przeznaczony, by zginąć z rąk Anglii, więc to logiczne, że nie miał zamiaru oddać go nadętej Rzeszy. Nie tym razem, może kiedy indziej.
Cholera, cała ta zabawa w sojusze doprowadzała go do szału. Te wszystkie słabe kraje plączące się pod jego nogami, te ograniczenia w działaniu, bo przecież ma sojuszników... A właściwie sojusznika, który właśnie stał przed nim i zdawał się nie rozumieć absolutnie niczego.
- Nie kwitniesz. Przekwitasz – uśmiechnął się do siebie i do tego, jak prawdziwe były te słowa. Ale wyraz twarzy nadal miał ponury, wpasowujący się doskonale w pogodę. Choć im dłużej stali w tym miejscu, tym mgła bardziej się przerzedzała. Być może wkrótce całkiem się rozwieje, ale nie ma zmartwienia; prawdopodobnie wcześniej zacznie padać. Westchnął cicho. – Oczywiście, że nie wiesz. Nie masz pojęcia o sprawach, jeśli nie tyczą się twojej fryzury, co?
No w porządku, obaj wiedzieli, że ma, musi jakieś mieć, bo inaczej już dawno przestałby istnieć. Ale drobne złośliwości i koloryzowanie faktu były oczywistością w ich relacjach. Lubił delikatne kąśliwości prawie tak, jak Francja te swoje obrzydliwe sugestie, które były dodatkowo irytujące, bo nie dało się ich tak po prostu ignorować, jak wplecionych mimochodem francuskich słówek, praktycznie pozbawionych sensu w ustach ich właściciela. Anglia zwyczajnie nie lubił, gdy ktoś insynuował mu sprawy natury seksualnej, bo często czuł, że traci wtedy kontrolę nad sytuacją, a poza tym – nie miał aż takiej cholernej obsesji na punkcie seksu jak Francja. Gdy miał potrzebę, spełniał ją, jednak na króla, nie musiał o niej gadać przez cały czas. To nie sprawiało, że rozmowa stała się ciekawsza, chociaż w pewnych szczególnych przypadkach sprawiało, że potrzeba Anglii pojawiała się wcześniej, niż powinna.
Oczywiście, Francja nie powinien był mówić takich rzeczy. Po prostu cholerne, stanowcze nie.
- Wiem, że mamy – warknął z mieszaniną rozdrażnienia i zażenowania, próbując go zbyć i czując, że policzki pieką go odrobinę bardziej. – I co z tego? D-doprawdy, Francjo, znajdź sobie inne hobby – dodał z naciskiem, wewnętrznie przeklinając się za moment, w którym zatrząsł mu się głos. Sprawę z jąkaniem zakończył już bardzo dawno temu, gdy tylko przestał być chłopcem wydanym na pastwę starszych braci. Teraz miał swoją dumę i nie znosił, gdy stara wada powracała. – Jeśli przyjedziesz, możesz spać w hotelu. Doskonale wiesz, że nie jestem twoją metresą – przewrócił lekko oczami. Jak dobrze znał Francję, tak był przekonany, że ten zachowuje się identycznie w stosunku do większości krajów; nic dziwnego, większości personifikacji nie można było uznać za brzydkich. Wobec tego Arthur rozumował, że Francja miał już tylko kochanków i kochanek, że dołączanie na dłużej do tego grona byłoby jedynie wstydem. Nienawidził być jednym z wielu i czasami doprowadzało go to do szału. Był przy tym zbyt dumny i arogancki, by w ogóle dopuszczać do siebie kogokolwiek poza zwykłymi ludźmi, nie mówiąc już o czymś takim jak prawdziwy związek. Dlatego też nigdy nie pomyślał, że Francja mógłby być poważny z tymi swoimi sugestiami, chociaż z drugiej strony pewnie by za nimi zatęsknił, gdyby zniknęły. To był wyjątkowo podły fakt, do którego Arthur nie przyznawał się przed samym sobą. Zdawał sobie za to niejasno sprawę, że chciałby, by Francja poświęcał uwagę tylko jemu i nikomu innemu. Zamknął tą potrzebę głęboko w sobie i nie pozwolił wychodzić jej na wierzch, bo budziła więcej pytań i problemów niż korzyści. Poza tym łatwo było ją wytłumaczyć nienawiścią i tym, że Anglia lubił posiadać wiele rzeczy. Francją wolałby zniszczyć. Chociaż trudno byłoby znaleźć drugiego takiego wroga, który w jedną chwilę, po jednym zdaniu potrafił wpędzić go w stan bliski furii. Obaj mieli w tym doświadczenie wykraczające poza ludzkie granice.
- To marna wymówka, wiesz o tym – ukrócił ostro, prychając kpiąco, by tylko odrobinę bardziej go rozzłościć; charczący oddech Francji wcale nie był aż tak satysfakcjonujący. – Jesteś po prostu tchórzem, który bije się jak kobieta. Gdyby nie zarost nawet wyglądałbyś jak baba.
Trudno było nie zauważyć, że kiedy Anglia wpada w ten stan nagle zaczyna używać o wiele pospolitszych wyrażeń. To zawsze gdzieś w nim tkwiło, w końcu przez większość swojej egzystencji był bardziej rozbójnikiem niż rycerzem. Dżentelmeni powstali dopiero później i - szczerze mówiąc - po to, by Anglia w cywilizowanych czasach nie siekał swoich wrogów na kawałki. Nowe ideały zapadły mu jednak głęboko w serce i tylko głupiec stwierdziłby, że bycie dżentelmenem to dla Arthura po prostu przykrywka. Było w tym coś więcej, choć równocześnie w nim samym, jako personifikacji, tkwiło mnóstwo innych cech. Nie był miłym ani spokojnym krajem. Mógł tylko się starać...
...ale czasami mu nie wychodziło. To „czasami” nazywało się zazwyczaj Francis Bonnefoy i kazało sobie przypominać, że Wielka Brytania to nie tylko dżentelmeni, ale też Imperium Brytyjskie i nie zdobyło swojej potęgi grzecznie o nią prosząc. W pewnych przypadkach wystarczały groźby, częściej trzeba było użyć siły, a czasami – pocałować. Tak samo jak teraz, choć marny to pocałunek, który zostawia w ustach posmak krwi. Ale to było w porządku dla Anglii. Przyjemnie i satysfakcjonujące po wcześniejszej wściekłości, dalekie od spełnienia, ale ta odrobina krwi utrzymała go w przeświadczeniu, że znowu panuje nad sytuacją i teraz Francja musi mu dać spokój. Każdy inny by bał, bo większość krajów świata, mimo wszystko, wiedziała, że z Anglią zadziera się tylko do pewnego momentu.
Ale nie Francja. Pieprzony drań. Cholerną zagadką było, jakim cudem ten żabojad jeszcze istniał.
- Jeśli myślisz, że została mi jeszcze jakaś cnota, to może powinieneś się obudzić – zasugerował, mrużąc przy tym oczy i wpatrując się w Francję zupełnie jak drapieżnik gotowy do ataku. – Mnie nazywasz tchórzem? Spójrz na siebie – dodał butnie. - I nie zmieniaj tematu... Nie podchodź do mnie, ty zarośnięte, chodzące zero...
Pod koniec jego głos załamał się nieco, jakby jego właściciel nagle odkrył, że nieważne, ile zaprzecza, człowiek przed nim prawdopodobnie jest głuchy. Wyglądało na to, że drapieżnik został właśnie spłoszony przez własny obiad. Świetnie.
- Czego nie rozumiesz w „nie zbliżaj się, bo odgryzę ci język”? – przewrócił nieco oczami, ale bycie Anglią nie pozwalało mu na wycofanie się przed Francją. Stał więc w miejscu, choć ciężko powiedzieć, że tym razem zastygł w bezruchu. Drżał z irytacji jak wulkan, który z każdym kolejnym guzikiem był coraz bliżej wybuchu. – T-to jest dokładnie to... Co mi przeszkadza – dodał, przełykając ślinę, gdy nagle odkrył, że zaschło mu w gardle. I znowu to pieprzone zająknięcie. Tak się nie powinno dziać, wielkie Imperia nie jąkają się tylko dlatego, że ich przeciwnik jest dupkiem, który nie słucha.
Z drugiej strony, Anglia nagle odkrył, że nie ma zamiaru go uderzyć, nie w tej chwili przynajmniej. Owszem, zrobiłby to z największą chęcią, ale na Francji nie robiło to wrażenia, a wściekłość Arthura powoli trawiły inne, równie nieprzyjemne uczucia, których pochodzenia nie potrafił określić. Sytuacja zaczęła być wyraźnie dziwna, bo, kiedy nadeszła chwila, by zrzucić wroga klifu, Anglia, kiedy poczuł rękę na swojej piersi, w miejscu, gdzie biło serce do którego istnienia się nie przyznawał zaczął się po prostu... Zastanawiać.
A zadawanie pytań nigdy nie było dobrym wyborem.
- I po cholerę ci to? – zmarszczył swoje potężne brwi i patrząc na Francję z wyższością i śladami pogardy. Uniósł dłoń i ścisnął go mocno za nadgarstek, odsuwając od siebie po raz kolejny. – Zrozumiem, że molestujesz ludzi, których lubisz, ale drażnienie mnie to czysty masochizm... N-nie wiem, czemu ci o tym mówię, zamiast po prostu rozwalić ci łeb.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sob Lis 24, 2012 12:04 am

Chociaż pocałunkiem tego nazwać nie mógł , ani tym bardziej okazaniem uczucia ze strony Anglii, i tak zastanawiał się co Arthura do tego pchnęło. Opcja zemsty wyjaśniałaby krew i te nieprzyjemne ciągnięcie z włosy. Z uporem maniaka niszczył mu fryzurę, a to się nie godzi. Może w ten sposób chciał uszczknąć odrobinę ideału z francuskiej egzystencji? Skraść tą wrodzoną perfekcję, elegancję w czystej postaci. Nie wyszło to wyspiarzowi najlepiej, Francis jednym pociągnięciem dłoni przywrócił dawny ład pośród jasnych kosmyków. Brakowało tylko cherubinków nad jego głową, płatków róż w tle i akompaniamentu anielskich fanfar. Choć i bez tych efektów, Francuz prezentował się… jak zawsze.
Pomijając rozżarzone oczy, utkwione w Arthurze. I kroplę krwi na ustach, jedyny zdradziecki znak, że Anglik posiada zęby i nie wie jak ich poprawnie używać.
Gdyby Kirkland faktycznie był francuską maîtresse już dawno leżałby rozłożony na ziemi, i nawet przez myśl by mu nie przemknęło by zasłonić się za szeregiem złośliwości. O ile w ogóle byłby w stanie przebrnąć przez umysł zamroczony przyjemnością. Natychmiast spuściłby z tonu; cynizm i sarkazm, które służyły mu za maskę, spadłyby w mgnieniu oka. W gruncie rzeczy Bonnefoy sądził, że zachrypnięty głos Anglika straciłby swój jad, zastąpiony przez rozkoszne drżenie. Kto wie, może nawet krzyknąłby jego imię? Z tym nieznośnym, bełkotliwym i niezrozumiałym akcentem. A potem… cóż, imaginacja Francuza nie okazała się dostatecznie płodna. Zatrzymała się w martwym punkcie i wyraźnie nie zamierzała ruszyć się o krok. A było tak pięknie!
…chociaż Francuz nigdy nie powiedziałby, że Arthur poddałby się tak łatwo. Mimo wszystko miał do niego szacunek – albo coś bardzo podobnego, uaktywniającego się wyjątkowo rzadko. Pierwsza rzecz: nie położyły się przed nim, bez względu na groźby, klątwy i przekleństwa. Z bronią przy czole spoglądałby tym swoim kpiarskim wzorkiem. Nie było innej metody jak podejść Anglika z zaskoczenia. Ubezwłasnowolnienie brzmiało miło dla ucha, ale Francis nie nawykł nikogo do niczego zmuszać. Wielbił przyjemność, nie wymuszenie reakcji. Ponadto samego Francuza nie opuszczały mordercze zamiary ilekroć widział Brytyjczyka – stąd pewność, że i Arthura wizje o śmierci Francji nie opuszczały. To zakrawało na paradoks, jedno wielkie zaprzeczenie. Bonnefoy nienawidził Anglii od wieków, tłukli się, skakali do gardeł, wymachiwali mieczami. Jeden pragnął głowy drugiego. W przypadku Francji najlepiej podanej na srebrnej tacy, Arthur miał zapewne odmienne gusta. Jednocześnie na tle zagorzałej rywalizacji, zaczęła się rodzić osobliwa fascynacja. Dziwna, niewyjaśniona, wciąż obecna gdzieś z boku. Nawet teraz nie odstępowała Bonnefoya na krok.
Niebezpieczne połączenie. Największy wróg, Nemezis. I źródło ciągłej obsesji, cichej fascynacji.
Nic dziwnego, ze Francuz nie mógł dopuścić by ktokolwiek tknął Arthura. W końcu to jego przeciwnik, ciągły cierń na drodze ku Imperium. Mimo swojego przyjaznego usposobienia szybko przywiązywał się do stałych elementów swojego życia. A jednym z nich niewątpliwie był Kirkland.
- Spokojnie, mon amour. Gdyby nawet została, z pewnością pomógłbym ci się jej pozbyć. – uśmiechnął się szerzej, oblizując usta. Smak krwi przysłonił wszystko inne, chociaż nie łudził się, pseudo-pocałunek był za krótki by Arthur pozostawił swój ślad. Pomijając ugryzienie.
Zabawne, na myśl o tym, że Anglii pozostała cnota chciał wybuchnąć śmiechem. Wyspiarz mógł być niedostępny dla świata, mógł się izolować, mógł nawet usunąć się w cień – zawsze był atrakcją dla innych. A przynajmniej dla niego. Kogo nie kusił taki kraj? Niby bliski, a wciąż daleki. Zaliczany do Europy, choć nawet jak Francuz wyciągał ręce, nie potrafił go dosięgnąć. A robił tak wiele razy, stając na brzegu Calais, obserwując majaczącą w oddali wyspę. Prawie jak na wyciągnięcie dłoni. Zwykła iluzja, równie dobrze mogły ich dzielić lata świetlne.
- Tchórz nie ucieka przed pocałunkiem. I nie odskakuje po jednej sekundzie. – wymruczał spokojnie, jak kot, któremu ktoś podstawił miskę z ciepłym mlekiem.
Krok. I jeszcze jeden w kierunku Anglii. Jakby Francuz sam siebie chciał przekonać, że nie jest już w Calais i spokojnie może dotknąć Arthura. W końcu czym jest marne 34 kilometrów? Teraz stali twarzą w twarz, jakżeby tego nie wykorzystać? Nie podchodź do mnie. Urocze. Francja jednak był nim zbyt zafascynowany, by słuchać co ma do powiedzenia. Zupełnie jakby jasne oczy dostrzegały tylko postać Anglika, a umysł wciąż wątpił w jego obecność.
…chodzące zero.
Niekoniecznie. Brytyjczyk raczej nie poświęcałby mu aż tyle uwagi, gdyby naprawdę tak myślał. Zresztą, Bonnefoy miał nazbyt wygórowane mniemanie, by przyrównywać się do takiej lichej cyfry.
- Fragmentu „odgryzę ci język”. – przyznał szczerze, stając naprzeciwko, na wyciągnięcie dłoni. Uniósł brew i wiadomym było, że już zinterpretował upatrzony fragment wedle własnego uznania. – Dla mnie zabrzmiało to jak zaproszenie. Żebyś mógł go odgryźć… znowu muszę cię pocałować. I wepchnąć go w usta.
I uśmiech. Pochylił się nad nim, zwinne palce odpięły guziki. Arthur się jąkał? Przecież oduczył się tego jeszcze za młodu… interesujące. Bodajby tylko w obecności Francuza, to się chwali. Do tego jeszcze podnosi Francisowi ego, bo to swego rodzaju ludzka przypadłość. Dowód na to, że Brytyjczyk nie jest ideałem. Może nawet… czuje?
- Przeszkadza, oui? Przestać? – nie zrobiłby tego, zbyt wiele przyjemności mu to dawało. Kilka chwil i przykładał dłoń do jego klatki piersiowej, odnotowując w umyśle kolejną rzecz. Arthur miał serce. Biło jak każde inne, nawet jeśli przepracowało już kilkaset lat. Nawet jeśli udawał, że go nie posiada. Ba! Nie przyznawał się do niego. Smutne. Ale Bonnefoy wyraźnie czuł jak biło, jak telepało w jego piersi. Jak u zwykłego człowieka, jak u Napoleona, jak u niego samego.
- Ah, zaspokoiłem swoją ciekawość. Tyle razy mówiłeś, że nie masz serca, a tu proszę. Nawet podejrzewałbym, że bije szybciej w mojej obecności. – uśmiechnął się szerzej, zadowolony. Pewien rodzaj satysfakcji zabłysnął w jasnych oczach. Nagle Anglik chwycił jego nadgarstek, mocniej niżby należało. Odsunął go od siebie, jakby znów chciał wytyczyć granice. – Nie pochlebiaj sobie, nie lubię cię, mon amour. A używanie słów, których znaczenia się nie zna nie poświadcza o erudycji.
Molestowanie? Chyba Arthur nie wiedział jak wygląda. Może to i lepiej, Francis nie zniósłby myśli, że ktoś ośmieliłby się tknąć Anglię w ten szczególny sposób. Sam sobie nie poskąpi, Kirkland nigdy mu się znudzi. Może dlatego wyszarpnął dłoń z jego uścisku, zdjął rękawiczkę i wsuwają ją pod angielską koszulę. Skóra była ciepła, przyjemna w dotyku. A bicie serce bardziej wyczuwalne.

(*cierpliwie czeka na ciastka <3*)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sob Lis 24, 2012 4:50 pm

- Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek miał w tej kwestii coś do powiedzenia – uciął, a przynajmniej spróbował uciąć. Kiedy było cię krajem, przeżyło i dokonało tak wielu rzeczy, nie było już mowy o żadnej niewinności. To, co tkwiło w personifikacjach bywało stare i brudne jak grzech i chociaż mogli nie okazywać tego każdego dnia, to czasami do głosu dochodziła i ta część natury. Zdobywali, zabijali, walczyli i cierpieli; zwłaszcza oni. Nikt nie potrzebował Francji, jego zręcznych dłoni i czystego, aksamitnego głosu, by stracić cnotę. Nie byli ludźmi, więc może nawet przy początku istnienia byli już z niej wypruci, choć bez wątpienia młodsze narody były dużo bardziej niewinne. Nieskalane pogonią za potęgą, wojnami i niepoprawnymi decyzjami. Może dlatego Anglia tak lubił małe kolonie; były jak puste karty, które mógł zapisać według swojej modły i zapewnić im początek, na który sam nigdy nie miał szans jako słabiutkie, przygniatane przeciwnościami losu królestwo skundlonego narodu. Gdy sam był czymś na kształt dziecka, jego jedynymi autorytetami byli ludzie tacy jak Alfred Wielki i... Cóż. Francja, cholerny jaśniejący Francja, który wszystko miał lepsze i modniejsze, jego ziemie były silne i szczęśliwe, a jabłka po drugiej stronie bardziej czerwone. Ten żabojad naprawdę mu imponował. A potem...
Potem zjawił się Normandia i choć Anglia nienawidził go całym sercem, tak w głębi duszy na zawsze zapamiętał ten obraz; bękarta i wojownika, który był tak silny i pewny swego, że nikt mu się nie przeciwstawiał. To było coś innego, brutalnego i surowego, ale w pewien sposób fascynującego. Miłość i przywiązanie do francuskiej kultury przybladły i Arthur nagle odkrył, że to, czego pragnął, to by jego kraj stał się tak dzielny i silny jak Normandia. I, że Francja wcale nie jest aż tak genialny, za jakiego się uważa.
Anglia pozostał wdzięczny tamtemu potworowi za to, że otworzył mu oczy na to, co naprawdę się liczy. Dlatego...
- Jeśli ktoś pomógł mi ją stracić, to Normandia, wiesz o tym – dodał, posyłając Francji krótki i bezczelny uśmiech. Wiedział, że Bonnefoy miał wszystkie powody, by nienawidzić personifikacji z dalekiej przeszłości. W końcu to Normandia dokonał to, czego Francji nigdy się nie udało. Tylko on tak naprawdę zdobył Anglię.
Teraz jednak Arthur zmarszczył lekko brwi i przekrzywił głowę, wbijając w wroga pogardliwy wzrok sugerujący, że właśnie powiedział coś o większym zasięgu głupoty niż fale radiowe. Następnie prychnął i zadarł lekko nosa, starając się mówić z tą pewnością siebie, której jeszcze natarczywość Francuza nie zachwiała.
- Kretyn. To, że odmawiam całowania się z kimś kogo nienawidzę nie znaczy, że uciekam. Miłość to nie wojna, żeby w niej tchórzyć – wykrzywił usta w jakimś grymasie, dalekim kuzynie uśmiechu, rzucając jeszcze sarkastycznie: – Ale przecież to ty tu jesteś specjalistą od tchórzenia i uciekania, pewnie wiesz najlepiej.
Och, mógłby mu to wypominać dekadami. I faktycznie to robił. W końcu Anglia zawsze kierował wszystkie swoje siły i namiętności, by wygrywać, poświęcał samego siebie w drodze po potęgę. Był doskonałym taktykiem, potrafił też uczyć się na własnych błędach i posiadał flotę, która wygrałaby nawet z Posejdonem. To on był tu królem wód i uważał, że byłoby całkiem miło, gdyby mógł zacząć tytułować się też królem świata.Utworzenie największego imperium w historii mu to umożliwiło, choć, zabawne – nawet z taką potęgą nie był w stanie ruszyć Francji. Lepiej, ten wrzód na dupie sam postanowił sięgnąć po angielski tytuł, ruszając z Napoleonem na swoje wojny. Teraz Anglia wspominał to jako piękne czasy, jedna z najpiękniejszych, ponieważ każde wspomnienie łączyło się jakoś z późniejszym słówkiem „Waterloo.” Tak, tamta ostatnia bitwa i późniejsza święta Helena były nagrodą wartą wszystkiego. Do tej pory pamiętał to uczucie, pełne ekscytacji uniesienie, gdy obserwował, jak marzenia wypisane na twarzy Francji bledną i w końcu zostaje jeden pokonany słaby kraik. Zabił w Francji wolę walki, zabrał mu Napoleona tak, jak kiedyś Joannę d’Arc. I to było wspaniałe, tak wspaniałe, że nie musiał nawet widzieć go na kolanach. Chociaż to byłby miły dodatek. Dodatkowe upokorzenie zawsze było u niego w cenie.
Oczywiście, pod warunkiem, że nie upokarzano samego Anglii. Na przykład uparcie ignorując delikatne ostrzeżenia jak ciosy w splot słoneczny i przegryziona warga. Jeszcze trochę i wyjmie broń, obiecał sobie, a tymczasem robiło mu się coraz goręcej i nieprzyjemniej w ten paskudnie skomplikowany sposób. Ściśnięty żołądek i świadomość, że czegokolwiek nie zrobi, pogrąży się jeszcze bardziej. Tylko przy Francji czuł się tak podle skrępowany i za wywoływanie tego uczucia chętnie by go zabił.
- Więc proszę – wycedził, zniżając niebezpiecznie głos i patrząc na niego wyzywająco. – Spróbuj mnie pocałować, a wytłumaczę ci w cholernej praktyce, co miałem na myśli.
Nie to, że miał zamiar znowu dać się pocałować. Teraz już dokładnie pilnował, by w odpowiednim momencie go odepchnąć, bo, cholera, nikt nie zmusi Anglii do absolutnie niczego. Takie rzeczy mogły się dziać tylko, kiedy on na to pozwalał i na pewno nie z Francją, nigdy z Francją, który całował już tak tysiące osób. Odetchnął głębiej na samą myśl, czując jednocześnie dłoń Francisa na swoim sercu. Rzeczy nie powinny wyglądać w ten sposób. A on przecież nie potrzebował zgody Francji, by ten przestał go dotykać. Nie powiedział jednak tego na głos, bo był świadom, że ta kwestia rodziła pytania. Skoro nie potrzebował zgody Francji, to dlaczego ten drań ciągle tu stoi i zdaje się robić, co chce? Arthur sam nie był pewien. Podejrzewał, że był po prostu tak cholernie nieziemsko cierpliwy, że Bóg powinien mu dać jakiś pieprzony order, albo od razu podnieść do rangi świętego.
- Serca w sensie duchowym, cholerny żabojadzie – poświęcił się, starając ucharakteryzować swój głos na rozbawiony. – W sensie biologicznym każdy z nas ma, daruj sobie.
Coś w jego oczach zabłysło. Skoro każdy z nich ma serce, nic nie stało na przeszkodzie, by rozsmarować je po ziemi za pomocą kilku kul. Francja miał pecha, chociaż jednocześnie jakieś nieziemskie szczęście, bo jednak tego wszystkiego było za mało, by w ten sposób zakończyła się ich historia. Miejsce było nawet odpowiednie; klify w Dover w mglisty poranek. Ale czas i wszystko inne już nie. Francja zasługiwał na lepszą śmierć, zresztą gdyby mordować go za każdym razem, gdy zrobi coś irytującego, to... Wystarczy powiedzieć, że nawet diabeł by się w końcu zniechęcił.
- Skoro mnie nie lubisz, to po co to robisz? – wymruczał rozsądnie, z momentu na moment przechodząc w cichsze tony, jakby chciał w ten sposób ukryć wszystkie swoje emocje. Z drugiej strony, wściekły Anglia mówiący cicho był o wiele gorszy niż wrzeszczący i wściekły Anglia. – I uwierz, znam więcej słów, niż jest miejsca w twojej wyobra...
Anglia urwał, wzdrygając się lekko, jak porażony prądem. Dłoń Francji była lodowata, a on nie spodziewał się poczuć jej na swojej skórze. I to w takim miejscu. Pomimo chłodu automatycznie zrobiło mu się goręcej, a uczucia eksplodowały sprawiając, że słowa znów zeszły na dalszy plan.
Tym razem pięść trafiła prosto w żołądek, a właściwie nawet lepiej; Anglia naprawdę wiedział, gdzie trafić, by zabolało, a teraz chodziło mu dokładnie o coś takiego. Szczególnie lubił nerw błędny, który nie tylko wysyłał fale bólu po całym ciele a także sprawiał, że człowiek czuł zwyczajną, paraliżującą zmysły trwogę. W każdym razie oszołomiło to Francją na tyle, by Anglia zdążył spokojnie podciąć mu nogi i pchnąć na mokrą, wilgotną trawę. Jakaś mała część umysłu pomyślała nawet z rozbawieniem, że teraz Francja na pewno nie da mu żyć; nie z tym ubłoconym płaszczem, paskudnie idealnym, który pewnie kosztował fortunę.
W następnej chwili klęknął na nim, z pełną satysfakcją wbijając kolano w miękkie ciało, drugie opierając o ziemię, a rękami mocno chwytając nadgarstki Francji. Miał na tyle doświadczenia, by wiedzieć, że z tej perspektywy drań jeszcze mocniej będzie chciał robić to, co do tej pory, a Arthur miał bardzo ograniczoną cierpliwość odnośnie tracenia kontroli nad sytuacją.
- Ostrzegałem – warknął po prostu, pochylając się w kierunku jego twarzy. – Ze mną się nie zadziera, wiesz o tym. Jakiś pomysł, co zamierzam zrobić? – zapytał z nieukrywaną złością, która w jednym momencie jakby przygasła.
Anglia doskonale wiedział, co myśli o nim wiele ludzi. Pół świata właśnie postawiłoby na to, że Francję zabije, albo go przeleci. W gruncie rzeczy... Cóż. Westchnął.
- Poczekam, aż się uspokoisz – Jego twarz rozjaśniła się nieco. – I będziemy mogli porozmawiać jak dorośli.


[Miały być krótsze posty, nie? Może tobie się uda... *trzyma kciuki.*]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sob Lis 24, 2012 11:24 pm

Przewrócił jedynie oczami na jego słowa. Skoro wyraźnie pragnął żyć w swojej osobliwej iluzji , niech wmawia sobie takie bzdury dalej. Francis był na tyle litościwy, że poskąpił Anglii riposty, jednocześnie nie pozostawiał wątpliwości, że z chęcią udowodni Arthurowi jak bardzo się myli. W swoim czasie, nie miejsce i pora na podobne rozgrywki. Nawet jeśli wrodzona francuska złośliwość w stosunku do Brytyjczyków dawała się we znaki.
Drgnął na wspomnienie Normandii. Jego prowincja, podobnie jak nieszczęsna Bretania. Dieu, wychowanek wikingów był lepszym wojażem niż frankijska część jego terytorium. Coś podobnego było niewybaczalnie hańbiące, chociaż Bretania też miał swoje wzloty i upadki. Podnosił się, chciał uparcie oderwać, nawet zmienił religię na złość Francisowi – najważniejsze, że tak jak Bonnefoy go włączył do swojego państwa, tak przy nim pozostał. A fakt, że bywał niemiłosiernie nieznośny, niewychowany i kompletnie obojętny na francuskie rozterki dyplomatycznie-polityczne był tylko paskudnym, gratisowym dodatkiem. Podobnie jak uporczywe tworzenie swojego własnego, odrębnego dialektu. Do tej pory Francis nie mógł przeboleć, że jeździł do niego z podręcznym słownikiem, bo niemożebnością było porozumieć się z nim normalnym francuskim. Jedynie angevin służył do rozmów. Gallo był dla Francuza pośmiewiskiem, straszliwym, okrutnym, i na domiar złego bretońskim.
Acz podczas gdy Bretanię znosił jako zło konieczne, ale przecież własne – tak Normandii długo nie potrafił przeboleć. Dzikus, myślał na samym początku. Był upokorzeniem dla Francisa, niezmywalną palmą na idealnej reputacji. Musiał mu płacić. ON, uosobienie Francji, potomek Franków, wychowanek Galii! Ten, który miał nową wizję dla świata, który pragnął zjednoczyć Europę pod wspólnym – oczywiście frankijskim – berłem. Został zhańbiony haraczem. Paskudną opłatą, w dodatku nie tylko w złocie i mięsie. Normandia upatrzył sobie jeszcze jego piękne kobiety. A to zakrawało na boską klątwę. Do czasu. Podporządkował go sobie, chociaż zajęło mu to kilka stuleci. Nie zmusił do posłuszeństwa, coś podobnego byłoby niemożliwe. Acz, zasymilował. Uczynił francuskim wikingiem. Na tyle, że potrzebował jego zgody by rozpocząć działania wojenne. Gdyby Bonnefoy wiedział, że 1066 rok będzie przeklinał do końca swojej egzystencji, osobiście zabiłby Normandię. Nawet jeśli przypieczętowałby to własną śmiercią. Nienawidził go za podbicie Anglii. Zazdrościł mu tej bezduszności, tego spopielenia wszystkiego co stanęło na jego drodze. Wielokrotnie pragnął przejąć normandzkie nawyki, myśleć tylko jak łowca, tylko jak dzikie zwierzę motywowane głodem. I manią zniszczenia.
Ale nie potrafił. Był inny, stworzony ze zlepków dialektów, plemion i kultur.
- Normandie. – mimo wszystko wysilił się na obojętny ton. W środku aż się w nim paliło. Ta świadomość, że to właśnie on dotknął Arthura pierwszy, działa nań jak krwista płachta na rozjuszonego byka. To ten narwaniec miał go pod sobą całego, rozłożonego i słabego. Nie Francis. Tylko Normandia tego dokonał. Jedynie on zabrał Kirklandowi wszystko, ogołocił ze skarbów, obnażył z kultury. Oderwał od korzeni, przekopał i posadził wedle własnego uznania. Na pewno miał w ustach angielską krew, słyszał rozdzierający krzyk. Przeklęty Normandia. On i Rzym mieli Anglię tak, jak Francja zawsze chciał. To pragnienie nieraz odbierało mu wzrok, szarpało zmysły, wyżerało od środka. Anglia tak naprawdę nigdy mu nie uległ. Broczył krwią, ledwie trzymał miecz, nawet słów nie potrafił zebrać. Ale nie upadł. Nie przed Francją. Nie przed tym, który nie marzył o niczym innym. – Szkoda, że nie przyłączył cię do mojego państwa. Byłbyś jego naczelną courtisane. Aż miło byłoby popatrzeć.
Łgarstwo. Lepiej wiedzieć Arthura wolnego, niż odległego Normandii.
Francis czuł, że powinien się uspokoić. Taki stan mu nie przystoi. Upomniał siebie, przywołując ten cudowny moment gdy rozgromił normandzkich wojaży. Pomogło. Na chwilę. Wizja „niepokonanego” Normandii jako francuskiej prowincji zahamowała gniew. I tą zazdrość, zaborczą obsesję, że ktoś miał Arthura. I nie omieszkał tego wytykać na tysiące różnych sposobów przy każdej sposobności.
Porzucił ponure myśli, na rzecz wzmianki o tchórzostwie. Kirkland nie uciekał, po prostu zmieniał temat na swoją korzyść. Byle tylko wypominać te czasy gdy Francji zdarzało się wykorzystać taktyczny odwrót. Bo, o ile pamięć go nie myliła, nigdy nie uciekał z piskiem z pola walki. On tylko majestatycznie się wycofał. Raz. Może dwa razy.
- Nienawidzisz? – aż uniósł brew. Miło wiedzieć, że jednak jakieś uczucia Anglik posiadał. Trudno tylko orzec, czy Francuz powinien się z tego zaszczytu specjalnie cieszyć. Arthur wyrażał się niepochlebnie o znaczącej części świata, a fakt, że Bonnefoy był w tej większej grupie pośród wielu, nie przypadł mu do gustu. Straszne. – Miłość to ciągła wojna, mon amour. To walka między rozsądkiem a sercem. Namiętnością a rozumem. To pasja, której nigdy nie zaznasz, i świadomość, że nie powinno się ulegać chwili. Acz zapewne nic z tego nigdy ci nie towarzyszyło. W końcu, kraj Korony nic nie czuje, hm?
Mówił lekkim, niemal przyjaznym głosem. Jakby monologował o pogodzie w Paryżu, przy okazji zachwalając Łuk Tryumfalny. Ale łagodny ton był podszyty chłodem, każde słowo otulał lód. Bonnefoy szczycił się tym, że dostrzegał więcej niźli ktokolwiek inny. Jasne oczy zasłaniały dostęp do myśli właściciela, jednocześnie zwracając uwagę na resztę globu. Arthur posądził go o ślepotę, zacofanie. Nic bardziej błędnego, przenikliwy wzrok znał Europę lepiej niż Kirkland. Wyspiarz wiązał się sojuszami, Francja czekał na rozwój wypadków. Do tej pory dzielnie wszystko znosił, nie da sobie zniszczyć dobrej passy. Nawet jeśli nie opuszczały go złe przeczucia.
Nie pociągnął tematu dalej, bo Arthur rozkręciłby się na całego. Zaraz skróciłby mu całą biografię, szczególnie akcentując porażki. Bo przegrane brytyjskich wojsk były nieistotne, ważniejsze były nieudolności innych. Wojna stuletnia? Gdyby Francis zabrałby Arthurowi łuk, wygrana byłaby jego. Ale nie zabrał, nikt nie wygrał. Chociaż ostateczny cios należał do Bonnefoya, który osobiście wykopał ostatni brytyjski pomiot do La Manche.
Od dekad nie działał na niego zniżony głos Arthura. Przerażał i trwożył masy, jego co najwyżej zmuszał do litościwego wzroku. Doskonale widział kiedy przekraczał granicę między brytyjskim zirytowaniem a wściekłością. Ale balansował na niej z dziecinną lubością, właził dostojnie na tereny gniewu i rozkładał dłonie, czekając na cios. Każdy inny dostałby kulę za sam pomysł naruszenia strefy cierpliwości. Ale Francis? Non, jemu brakło niekiedy instynktu samozachowawczego. Albo był zbyt pewny swego by zawrócić na bezpieczne pole. I zbyt dumny.
- Próbować? Oh, porozmawiamy jak już to zrobię. – uśmiechnął się szeroko, a w jasnych oczach błysła przekora. Kiedy on się słuchał Arthura? Nawet jak było mu to na rękę, podchodził do tego z dozą nieufności ni niesmaku. Zakazy są po to by je łamać. A szczególnie brytyjskie.
Kwestia serca. Francis miał ochotę wznieść oczy do nieba, bo tylko Najwyższy mógłby mu wyjaśnić, dlaczego Anglia tak lubił wszystkiego dociekać. Być może nawet sam Bóg tego nie wiedział, bo niebiosa nie rozwarły się nagle, ukazując odpowiedź na francuskie zapytanie.
- …oui, każdy je ma. Nawet jeśli zarzekasz się, że nic nie czujesz. Nienawiść bierze się stąd. – mocniej przyłożył dłoń do jego klatki piersiowej. Gdyby mógł wyrwałby mu je i pokazał, na kilka chwil przed śmiercią. A potem zabrałby ze sobą, do Paryża. Wielki dowód na to, że Kirkland zamiast lodu miał ciepłe serce.
Na pytanie Arthura sam zaczął się zastanawiać. Nie lubił go, to było pewne. Ludzi, których obdarzał sympatią traktował inaczej. Dbał o nich, poświęcał cały swój czas i uwagę. Częstował specjałami, zagadywał, rozsyłał uśmiechy. Całował na powitanie i pożegnanie, dotykał z miłością, przyjacielsko przytulał. Chwalił, komplementował, rozdawał róże. Anglii nie przytulał, nie często. Całował tylko przelotnie, przynajmniej gdy nie miał już ochoty słuchać tych wszystkich bzdur. Dotykał z fascynacją, ciekawością. Badał jego reakcję, które nigdy mu się nie znudzą. Róże…? Non, jemu co najwyżej podarowałby wiązankę.
Z drugiej jednak strony… non. Nie należy odgrzebywać czegoś, co prawa bytu nie posiadało.
- Ciekawosć, mon amour. Czysta ciekawość. – szepnął, chociaż nie był pewny czy Arthur go usłyszy. Mówił bez przekonania, jakby sam nie był pewny, czy aby nie posunął się nieświadomie do kłamstwa.
Nie nacieszył się zbyt długo ciepłą skórą Anglika. Nim się zorientował dostał w żołądek i to tak mocno, że tym razem nie stłumił sapnięcia. Ból błyskawicznie rozniósł się po całym ciele, na ułamek sekundy zamroczył umysł. Tym razem Kirkland nie dał mu wydobrzeć, pociął mu nogi. Nawet obręcz bólu nie zdusiła w nim pierwotnego poczucia estetyki – upadek jaki zafundował mu Anglik na błoto był stratą liczoną w milionach.
Było kilka rzeczy na świecie, których nie powinno się nigdy robić. Pierwsza: zakaz najazdu na USA. Wywalczył sobie wolność i trzymał się jej jak tonący brzytwy. Druga: nie kładło się łapy na sprawach wewnętrznych Rosji, bo Ivan należał do tych pamiętliwych (możliwe, że w tej dziedzinie bił Arthura o głowę) i jak raz zaczął się odwdzięczać za wścibskość, tak przestać nie chciał. Trzecia: nigdy, kategorycznie nigdy, nie brudziło się rzeczy Francisa. Owszem, był materialistą. Materialistą jakich mało. Płaszcz był więcej niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Jedna plamka była nie do wytrzymania dla francuskich nerwów. Cały tył w oblepiającym błocie oznaczał tylko zimną, nie powtrzymaną furię.
Zacisnął zęby. Nawet unieruchomiony we wściekłości był nieobliczalny. Jasne oczy błysły arktycznym chłodem.
- Non. Żaden nie przychodzi mi do głowy. – warknął, wbijając weń morderczy wzrok. Nie spoglądał tak nader często. Wiadomo, bitwy bitwami, tam myślą przewodnią było pytanie do jakiego żrącego kwasu wrzucić Arthura by cierpiał najwięcej. I najdłużej. – Nie licz na to. – Nie licz na to.
Wyszarpnął się z uścisku w imię zwrócenia honoru swojego stroju. To sprawa wagi państwowej. To obraza. To hańba!
- Ty zawszony kundlu Korony! – sapnął, łapiąc Arthura za kołnierz. Potrząsnął nim mocno, a ciepło z jego głosu zastąpił bezwzględny chłód. Wzrok stał się jak rozżarzony ogień, palił i nie dopuszczał nic prócz furii. - Ordure britannique. Ten płaszcz jest wart więcej niż cały twój Londres. Pojmujesz? Czy to dla ciebie za dużo, psi bękarcie?
Nie unosił się gniewem. Po prostu nie. Bo były w pobliżu jego dzieci, bo kochał świat, bo szanował swój język i nienawidził kląć. Bo używanie takich ordynarnych słów było hańbą, bo krzywdziły francuski słuch. Bo ideał nie dał się otumanić furii, nie robił nic, czego nie pochwalałby rozsądek.
Dźwignął się z błota, czując jak brudne paskudztwo przylega do pleców. Oczy już cięły Arthura na kawałki, szatkowały go zapamiętale, wypalały herb monarchii francuskiej na plechach. Mimochodem powróciła sprawa Normandii, fakt że dostał znacznie więcej niż mógłby docenić. I tym razem rozsądek i francuska uprzejmość skoczyły z klifu. Ostatecznie.
Skoczył na Arthura w mgnieniu oka, podduszając go ramieniem. Ból brzucha odezwał się zaraz ze zdwojoną siłą, ale Francję zbyt pochłonął gniew i adrenalina, by cokolwiek mogło go teraz obezwładnić. Płaszcz, idealny, skrojony na miarę, aksamitny… przepadł. Błoto było jak Anglia – paskudne, ale nie do zdarcia. I do tego kleiło się do Francisa, jakby był jego cichym fanem. Przycisnął jego nogi do ziemi, jedną ręką chwytając prawy nadgarstek Arthura. Drugą dłonią odchylił jego podbródek, w pełni eksponując szyję. Broń zawodziła, kule armatnie chybiały, flota mogła co najwyżej ryby łowić. Najskuteczniejszą metodą w walce z Kirklandem było zdobywanie jego ciała, nawet jeśli to tylko wytyczanie wilgotnej ścieżki językiem. Francuzowi to wystarczało.
Dlatego zacisnął zęby na jego szyi znacznie mocniej niż zamierzał. Przejechał po skórze językiem, nie zważając na nic. Anglik mógł krzyczeć, wyrywać się, robić co tylko chciał. Francis był teraz nastawiony na jego ciało i własną przyjemność. Trzeba było zostawić płaszcz w spokoju, nie zawinił Kirklandowi.
Wgryzł się w jego obojczyk, zaborczo zasysając skórę. Musiał pozostawić po sobie ślad, jakikolwiek. Nawet tak krótkotrwały. Chciał wiedzieć, że ilekroć na niego spojrzy, zobaczy swoje dzieło. To był silniejsze od wszystkiego na czym się opierał – pierwotne pragnienie by zdobyć Anglię odżyło. Musiał go mieć, chociażby przez chwilę. Taka ułuda, zaślepienie gorąca i wieczny niedosyt. Badał ustami skórę Arthura, naprzemiennie całował i podgryzał. Wolno wytyczał krętą ścieżkę aż do krzywizny jego szczęki, gdzie znów zostawił po sobie ślad. Jednocześnie wciskał go mocniej w to paskudne, ohydne błoto. Niech ma swoją ziemię.

(*niewiele by brakowało, a miałby skruszoną minę* Tak jakby… samo się tyle napisało D:)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Nie Lis 25, 2012 3:54 pm

Na ten rodzaj obrazy, sugerujący, że w tamtych czasach Anglia mógłby się odnaleźć w roli normandzkiej kurtyzany, nie wiedział, czy powinien roześmiać się mu w twarz, czy lepiej rozorać ją po ziemi. Głupie i sztuczne gadanie, wyjątkowo niedopracowane jak na te zwyczajowo dopięte na ostatni guzik słowa Francji. Koniec końców Normandia nie tyle nienawidził Anglii, co był nim skrajnie niezainteresowany. Był dla niego źródłem bogactw, ziemią do pomiatania i nagrodą pocieszenia dla monarchów, którym nie trafiło się nic lepszego. Anglia nie spotykał Normandii dużo częściej niż cholernego Ryszarda Lwie Serce, ale kiedy jednak to... Cóż, to były wspomnienie, które utkwiły w nim jak żądło. Bolały przez długi czas, ale przynajmniej miał z nich naukę. Wiedział już, że nigdy więcej nie może dopuścić, by ktoś inny okradał go ze wszystkiego, zmuszał do okropnych rzeczy, zabraniał wchodzić do własnych lasów; a lasy były dla Anglii jak drugi dom i nagle okazało się, że nawet to mu odebrał. Tak samo, jak każdy człowiek, każda krowa i owca, każdy najmniejsza sztuka złota, którą ktoś znalazł zakurzoną w samym rogu skarbca. Z drugiej strony, bywały naprawdę rzadkie momenty, w których Normandia mówił mu pożyteczne rzeczy. O tym, kim trzeba się stać, by walczyć i wygrywać, o litości i brnięciu do celu i o tym, że bycia bękartem nie ma nic do rzeczy, jeśli nie jest się głupcem. Było w nim coś z ponurego autorytetu, doskonałego przykładu, kim się stać i czego nie robić. Dekady później patrząc w lustro Anglia czasami ciągle bał się tego, że stał się zbyt podobny do Normandii. W tą gorszą stronę.
- Byłem wtedy cholernym chłopcem – przypomniał mu w końcu pogardliwie. – Jesteś chory, skoro chciałbyś na to patrzeć.
Zawiesił na chwilę głos, zastanawiając się, czy Francja naprawdę uważał, że Normandia skorzystał ze swojej wygranej w ten sposób. Wiedział, że dla tego żabojada wszystko musiało kojarzyć się zbereźnie, ale przecież... Cóż, nic podobnego się nie wydarzyło. Anglia był zbyt młody, Normandia niezainteresowany pobitą wyspą. I dobrze. Naprawdę dobrze. Czegokolwiek jednak nie wyobrażał sobie Francja o tamtych czasach, Arthur postanowił nie wyprowadzać go z błędu. Niech uważa, co chce, wystarczyło widzieć jego twarz. Tamta sprawa z przed lat nadal go irytowała i Anglia nie miał wątpliwości, że chodziło o samą kwestią podbicia. Ani Francja ani nikt inny w historii nie ważył się go tknąć. Normandia był ostatni i praktycznie pierwszy, skoro Anglia nie miał żadnych wspomnień z czasów Rzymu. Dlatego jedynym zdobywcą, którego pamiętał był właśnie on i jakoś się nie dziwił, że Francję musiało to naprawdę mierzwić. Znał to uczucie. Też oddałby połowę swoich dawnych kolonii, jeśli w zamian mógłby zapanować nad Francją i zmieść ten kraj z powierzchni ziemi. Albo lepiej. Trzymać przy życiu i sprawiać cierpienie, to o wiele lepsze niż szybka śmierć. Zresztą, wobec tego, co Francja robił mu teraz, to pragnienie tylko narastało.
- Bredzisz – stwierdził uprzejmie, walcząc z odruchem natychmiastowego odepchnięcia Francji. Najlepiej w stronę klifu. Zamiast tego uśmiechnął się podle. Prawda, nie miał zbyt wygórowanego zdania o miłości, ale przy Francji musiał to bardziej zaznaczyć. W końcu nie miał serca, prawda? Poza tym bijącym szybciej niż powinno, czego jednak nie skomentował, pragnąć, by Francja zapomniał o tym temacie. – Choć w jednym masz rację. Kraj korony czuje przywiązanie do Korony. Nic więcej nie jest mi potrzebne do szczęścia... A jeśli będę potrzebował miłości do świata, Francjo, opium czy sherry ogłupiają tak samo.
Proszę państwa, Anglia i jego romantyczna dusza w całej okazałości. I pomyśleć, że taki kraj wydał na świat Szekspira – choć też nic dziwnego, gdy człowiek pomyśli o Napoleonie. Najwidoczniej po prostu ktoś na górze się pomylił i wysłał niewłaściwych ludzi do niewłaściwych miejsc na świecie. Choć z drugiej strony, gdy teraz tak patrzył na tego żabojada, widział ten znajomy lód w jego oczach, słyszał mroczniejsze tony w jego głosie, a w głowie ciągle miał wyraz jego twarzy, gdy chwilę wcześniej wspomniał mu o Normandii – Wtedy Anglia potrafił sobie przypomnieć, dlaczego Francja jest aż tak dobrym wrogiem. Mógł upadać często, ale nigdy nie do końca. Zawsze szybko się podnosił i walczył, walczył tak zajadle jak z nikim innym. Był idealną i właściwie jedyną osobą, którą Anglia mógł nienawidzić z całego serca, a Francja jedynym, który mógł setkami lat znosić tą nienawiść. Dlatego, że czuł to samo, że pomimo tej całej irytującej bezużyteczności tkwiło w nim coś, co tłumaczyło Napoleona. Możliwe, że gdzieś w Anglii istniało zatem coś tłumaczącego Szekspira, ale nie miał zamiaru się do tego przyznawać.
- Trudno będzie ci rozmawiać bez języka – warknął w odpowiedzi rozjuszony. – I zabierz w końcu te łapy z daleka ode mnie, ostrzegam ostatni raz...
I faktycznie, tym razem mówił prawdę, ledwo już dosłyszał cichą odpowiedź i to tylko dlatego, że jakaś część Anglii naprawdę potrzebowała usłyszeć to wyjaśnienie. I proszę, wystarczyło, że usłyszała słowo „ciekawość”, które okazało się następną kroplą w dawno przepełnionej czarze. Anglia odkrył, że jest bardzo ciekawy, jak wygląda zwijający się z bólu Francja, pobity i wgnieciony w mokrą, wilgotną ziemię Dover.
Co do trzech zasad Francji, Anglia złamał już dwie. Wypowiedział wojnę Ameryce, po tym, jak gówniarz odzyskał niepodległość (błąd) i właśnie wybrudził ubrania Francji (nie błąd.). Co do Rosji, to nawet on nie był tak głupi, ale oh, kogo to obchodzi, kiedy ma się pod sobą tego pieprzonego Francuza? Z tej perspektywy wyglądał nawet trochę lepiej niż zwykle. Ciągle jak chodząca głupota, ale Anglia po raz kolejny stwierdził, że z porażką mu do twarzy.
- Nie wątpię, że nie – uśmiechnął się złośliwie. – Do myślenia potrzeba mózgu, a wszystko, co potrafisz robić, to dobre wyglądanie i działanie mi na nerwy. Więc...
Świat nigdy nie dowiedział się, co „więc”, bo kolejne słowa ugrzęzły w gardle Anglii, zamieniając się w zaskoczenie, gdy Francja nagle znalazł na tyle siły, by wyrwać swoje dłonie. Arthur natychmiast się spiął, ale nie zdążył złapać ich ponownie, szczerze mówiąc przez krótki moment nie zwracał na to uwagi. W ten sposób popełnił wyjątkowo głupi błąd. Zamiast zadbać o utrzymanie pozycji, pozwolił się potrząsnąć, choć musiał przez to oprzeć się jedną ręką o pierś Francji, by utrzymać chwiejną równowagę. Spojrzał mu prosto w oczy i nagle parsknął śmiechem.
- Pochlebiasz mi, wiesz o tym? Mogę być psem Korony, mogę lizać buty królowi – i jestem z tego dumny. Próbuj dalej, Francjo – machinalnie docisnął pięść do jego piersi, jednak w jego oczach przez rozbawienie znowu zaczęła przebłyskiwać irytacja. Dalsza część była już bardziej denerwująca. – Naprawdę przejmujesz się tym głupim płaszczem? Jesteś skrajnie żałosny.
Nie pozwoliłby Francji się podnieść, gdyby nie to, że wszystko wydarzyło się szybko. W jednej chwili czuł się zbyt pewnie będąc nad Bonnefoyem i mogąc z niego drwić, ile tylko zapragnie; w następnej sam leżał w błotnistej ziemi i dusił się, nie mogąc złapać powietrza. W każdym razie przez pierwszy moment, w którym ramię Francji mu to uniemożliwiało. Jak się zaraz potem okazało, był to ten lepszy moment.
Anglia naprawdę mógł być i najsilniejszym mocarstwem w Europie, ale w pewnych rzeczach nie mógł się równać z Francją. Chodziło o tą brudniejszą część, dużo gorszą od stylu walki rodem z Wall Street. W tym przypadku najczęściej się gubił. We własnych uczuciach, w sytuacji, we wszystkim.
Syknął cicho, bardziej z zaskoczenia niż z bólu, gdy poczuł jego zęby na własnej skórze. I o ile wcześniej ogień wybuchnął z wściekłości, to teraz zrobiło mu się gorąco nie tylko wewnątrz. Gdzieś narodziło się napięcie rosnące z każdą sekundą, podczas której Francja nawet robił te wszystkie wstrętne rzeczy z jego skórą. Z wściekłością uświadomił sobie, że po tym na pewno zostanie mu cholerny ślad i naprawdę, powinien coś z tym zrobić, bo rzeczy nie miały prawa tak wyglądać. Dlatego też otrząsnął się i użył wolnej ręki, by znowu chwycić Francję za tył głowy i odciągnąć jego twarz od siebie, przy okazji znowu szarpiąc włosy. Następnie z typowo brytyjskim brakiem litości zgniótł tą małą zdradziecką część siebie, która poczuła się delikatnie zwiedzona. Zwyczajny instynkt.
- C-czy to, że tego nie chcę ma dla ciebie chociaż odrobinę znaczenia? – wycedził, bardzo się starając, by tym razem uczucia nie wydostały się spoza osłonki furii. Głos miał jednak trochę bardziej zachrypnięty, a zieleń oczu wydawała się trochę ciemniejsza. Cóż. Przynajmniej nie przejmował się swoim płaszczem. – A teraz... Pomyśl. Złaź. Natychmiast – dodał tonem tak nawykłym do rozkazywania, że prawdopodobnie nawet trawa miała ochotę go posłuchać.
Problemem w tym wszystkim nie był nawet fakt, że mógłby właśnie uprawiać seks na szczycie klifów Dover. Problemem był Francja, który robił to z czystej złośliwości, który był draniem i Anglia naprawdę w tym momencie miał ochotę rozwalić mu głowę jakimś tępym narzędziem. Nie miał zamiaru ulegać Francji, bo to było zupełnie niemożliwe i nielogiczne i zwyczajnie się nie zdarzało. Anglia zawsze był wyspą, kimś nietykalnym i z czystej przekory przenigdy nie da Francji tej satysfakcji. Choćby i sam miał ochotę. A w tym momencie jego frustracja tylko narastała, choć przekonywał sam siebie, że przyjemniej będzie kogoś pobić, co chyba całkiem dobitnie było widać w wyrazie jego oczu, gdy utkwił je w Francji. Albo chociaż zrobić coś podobnego na własnych zasadach. I na pewno nie tu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pon Lis 26, 2012 2:22 am

- Dużo ładniejszym i milszym chłopcem. – poprawił go odruchowo. Mimo wszystko cieszył się w duchu z dzisiejszego podziału Europy. Fakt, ze Arthur mógłby pozostać taki niewinny i nieskalany wydawał się mu co najwyżej śmieszny. Już sam fakt, że był bękartem czynił go napiętnowanego najgorszymi cechami. Poza oczywistością, że nie powinien istnieć, oddychać a nawet łazić po ziemi, Anglia z początku miał być tylko nic nieznaczącym państewkiem. Ale widocznie nietrudno było skalać umysł Brytyjczyka wojną, bitwą, pragnieniem niszczenia i ciągłą chęcią podbicia świata. Kto by pomyślał, że zielonooki chłopiec w zniszczonym płaszczu, kryjący się pośród swoich wzgórz, stanie się taką potęgą?
Francis nigdy by tego nie podejrzewał.
A tu proszę, taka odmiana. Wielka Brytania – widać ma Arthur kompleksy, sama nazwa o tym zaświadczy – największy wróg Francji bez względu na okoliczności. Sojusz? Tylko na papierku i tak skaczą sobie do gardeł. Gdy tylko istniała możliwość, stawali po przeciwnych stronach, wiecznie niezgodni. Co dziwne, ilekroć mieli okazję by się nawzajem pozabijać, nie korzystali z niej. Nigdy. To było niepokojąco zagadkowe. Bonnefoy zwykle porzucał podobne rozmyślania, to była jedyna sprawa, której unikał jak ognia. Dlaczego ilekroć podnosił ostrze na Arthura, podczas tych nielicznych razów gdy miał go w garści, nie zadawał ostatecznego ciosu? Wtedy zawsze rządziła furia, domagała się brudnej, angielskiej krwi. Chciała uciętej, zapchlonej głowy kundla ściętej gilotyną. Oczywiście wyrok oglądałby tylko Francis, nikt inny nie miałby do tego prawa. Jednak do śmiertelnego uderzenia nigdy nie dochodziło; ostrze kata mijało cel. Rapier natrafiał na pustkę, ostrze cięło powietrze. Dłoń się wahała, raz na jakiś czas zawodziła. Akurat gdy mógł dobić Arthura, przebić jego bijące serce, uwolnić się od swojego Nemezis. Straszne. Ale nigdy nie chciał tego wyjaśniać, nie brnął dalej między te wszystkie nieskończone ekscesy. Wolał puścić to wszystko w niepamięć. Pływanie po nieobliczalnym morzu ich relacji byłoby samobójstwem. Przyjmijmy, że miał okresowe drgania ręki. A czasem raziło go słońce. Ot, dlatego Arthur jeszcze żył, oddychał i widocznie miał się świetnie w swojej nienawiści do całego globu. A szczególnie do Francji.
- Bredzę? Moi? – jego usta znowu drgnęły w uśmiechu. Coś podobnego zdarzało mu się wyjątkowo rzadko. O ile w ogóle występowało, dbał by każda jego wypowiedź była idealna. – Rozumiem, że wcale mnie nie nienawidzisz? To jednak miłość~
I w tym momencie niebo powinno rozjaśnieć, mgła zniknąć a za Francją winna pojawić się kolorowa tęcza, a to wszystko w akompaniamencie anielskiego chóru. Sęk w tym, że wciąż byli w Dover, tak okropnie ponurym, że prawdopodobnie nawet niezawodny optymizm Hiszpanii podupadłby do rangi okazjonalnej wesołości. Nie było tutaj płatków róż, nastrojowej muzyki z jakieś drogiej kawiarni, oni nie byli na romantycznym spacerze. Arthur nie oglądał się na gwiazdki, Francis nie szukał zakłopotany po kieszeniach pierścionka zaręczynowego. Żadna tęcza nie zawitała na niebie, a nawet gdyby się pojawiła, nie dostrzegliby jej przez otępiającą mgłę. Zresztą, nie byli w sobie zakochani a miłość w ich wydaniu była okrutna i zimna. Domagała się tylko krwi, ścięcia głowy, poszatkowania i spalenia. Czułości należało odłożyć na inny termin, gorące i płomienne uczucie także. Wspólna kolacja byłaby tylko pretekstem do mordobicia.
- Każdy potrzebuje kogoś do szczęścia, mon amour. Chcemy miłości, bo jesteśmy jak nasi ludzie. Mamy z nimi więcej wspólnego niż sądzisz, chociaż nasze emocje są bardziej skomplikowane. A rzeczy nie uszczęśliwiają, władcy są… nietrwali. – sam bardzo długo nie potrafił istnieć bez królów. To było oczywiste, że rządził nim monarcha. Jeden człowiek ze złocistą koroną, o spojrzeniu mądrym i zdaniu ostatecznym. Należało się go słuchać, jak posłuszne dziecko rodzica. W końcu Louis XIV go wychował, nauczył prawdziwego życia arystokraty. Louis IX pokazał, że pokój może być rozwojowy dla państwa, że nie tylko wojnami żyją ludzie. Inni byli podobni, chcieli sprawić by ich kraj był idealny, doskonały. Dlatego bardzo trudno było porzucić swych królów, obalić ich wiekowy autorytet i moc. Mimo wszystko wciąż czuł pewien niepokój, chociaż na swoje szczęście oduczył się ukłonów – przed swoimi politykami nie zamierzał się korzyć, nawet premiera traktował już ze zdawkową uprzejmością. Być może dlatego, że nie zawdzięczał im tak dużo, jak swoim sławetnym władcom. – Pragniemy tak prozaicznych uczuć. Bo doświadczmy ich inaczej, na innych płaszczyznach.
A przynajmniej to on zawsze ich chciał. Wmawiał sobie, że kochał, choć były to krótkie zauroczenia. Acz lubił poddawać się chwili, bo wtedy tworzyła się iluzja. Złudzenie, że czuje dokładnie tak jak ludzie. Chociaż w końcu uświadamiał sobie, że jest inaczej. Kraje nie kochały, nigdy. Mogły przeżywać fascynację obcą kulturą, mogły się zmieniać za namową innych. Ale prawdziwa miłość była im nieznana. Co nie sprawiało, że jej nie pożądali, nie chcieli spróbować. Bo to zawsze było coś nowego.
- Aż tak lubisz nasze pogawędki, mon amour? – zapytał wesoło, jak zawsze interpretując jego słowa wedle własne widzimisię. Może to była prawda? Zawsze rozmawiali, a potem zaczynała się kłótnia, bijatyka, bitwa i kolejna wojna. Sam Francuz lubił konwersacje z Arthurem. Bo były wciągające, nigdy nie było wiadome co się stanie. I znali się nie od dziś, mogliby poruszyć niemal każdy temat – Bonnefoy mógł do woli raczyć Anglika aluzjami i niedomówieniami, Kirkland za to recytował z pamięci największe francuskie porażki. Nawet jeśli chcieli się pozabijać, skoczyć do gardeł i wydrapać sobie oczy, Francis nie zrezygnowałby z ich rozmów. Widok zirytowanego Arthura był jak wisienka na torcie. Nie mówiąc już o tych krótkich chwilach, gdy na policzkach pojawiał się delikatny rumieniec. – Wiesz, że te dłonie, mogą w każdym momencie zjechać niżej? Wystarczy twoje jedno słowo, mon amour.
Szkoda, że nigdy nie miały okazji zbadać niższych rejonów jego ciała. A przynajmniej nie w Dover, nad czym Francuz nieustannie ubolewał.
Zaraz jednak żałość się skończyła, a wściekłość powróciła ze zdwojoną siłą. Ten płaszcz był naprawdę drogi. Kosztował niebagatelny majątek, a Francuz założył go specjalnie na wyjazd do Anglii. Powodów dobrego stroju było wiele, ale najważniejsze odnosiły się do jego poczucia estetyki. Kraj miłości musiał dobrze wyglądać, prezentacja winna być bez skazy. Ponadto płaszcz naprawdę bardzo się mu spodobał. Nasuwał na myśl czasy elegancji na każdym kroku, wysokich manier i dumy ze swojej odrębności narodowej. Ale teraz nadawał się najwyżej na śmietnik, bo Arthur nie panuje nad swoimi emocjami. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Wściekłość przysłoniła mu pole widzenia, dostrzegł jedynie zamazany, ale niewątpliwie złośliwy uśmiech Arthura. Furia w przypadku Francuza wyglądała zgoła inaczej aniżeli u Anglika. Ten pierwszy posuwał się do swoich standardowych sztuczek, natomiast drugi najchętniej sięgał po broń. Acz w obecności Kirklanda, do Francji wracała jak bumerang świadomość, że ten nigdy mu nie uległ. A to skutkowało jeszcze większym gniewem, w dodatku wspomnienie o Normandii robiło swoje. Czego Francuz nie był pewien, to zawsze sobie dopowiedział. A przeważnie tworzył fantazyjne historię wedle tego, co on by w danej sytuacji zrobił. Gdyby to on podbił wyspiarza… cóż. Obsesja na punkcie Arthura może byłaby mniejsza. Ale tylko może. Już teraz nie potrafił przejść obok niego obojętnie – konferencja, spotkanie, cokolwiek. Zawsze musiał nań zerknąć, chociaż przez krótką chwilę. Zresztą zwykle spoglądał na niego kątem oka, obejmował politowaniem sylwetkę wyspiarza. Gdyby nie wpojone maniery i takt, Francis już dawno powiedziałby Arthurowi jak okropnie wygląda. Aluzje o wizycie u fryzjera Brytyjczyk ignorował z uporem przysłowiowego osła, uwagi odnośnie stroju pozostawiał bez komentarza.
- Dobry wygląd to coś, czego tobie poskąpiono. – warknął, wyrywając się uścisku. Teraz Anglik poczuje na własnej skórze jak ważny był ten płaszcz! Spojrzał rozdrażniony w zielone oczy. Chłód jasnych tęczówek walczył z irytacją ciemniejszych. Francis nawet nie poczuł pięści Arthura przy swojej piersi, był zbyt wściekły. Zmrużył powieki, próbując zabić Anglię samym wzrokiem. Bezskutecznie. A szkoda, miałby spokój.
- Zawszony kundel na skinienie Króla. Powinieneś skomleć i błagać o kość. – warknął, zaciskając dłoń na jego kołnierzu. Przez chwilę żałował, że nie złapał go za gardło. – Płaszcz jest w tym wypadku najważniejszy. Nawet ty znaczysz mniej, bezwartościowy psie.
Dosłownie rzucił go na plecy, wbijając w błoto. Niech sam poczuje jaka paskudna jest jego ziemia, jak oblepia ciało, pozostawiając wrażenie brudu. Nie nacieszył się nim długo. Był pewien, że znalazłby jakiś milimetr na szyi Arthura, którego nie tknął zębami. A chciałby, żeby akurat ten skrawek skóry był „jego”. Tylko i wyłącznie. Chociaż ta jedna część Kirklanda mogłaby należeć do Francji. Anglik odciągnął go od siebie, za włosy. Bonnefoy pomyślał przelotnie, że lepiej by nie stało się to ich nawykiem, bo francuska fryzura może tego nie zdzierżyć. Spojrzał w zielone oczy, może o ton ciemniejsze niż zwykle. Interesujące. Nad barwą swoich tęczówek się nie zastanawiał, walczył z chęcią ponownego zatopienia zębów w jasnej skórze Anglika. Jego drgnęły w lekkim uśmiechu gdy usłyszał zachrypnięty głos Arthura.
- Ah, nie chcesz? Zawsze mogę sprawić byś chciał~ - zawsze. Wszędzie. To nie podlegało wątpliwości. Te dłonie zawsze będą chętne, byle obok był Anglia. Usta zapamiętale prześledziłyby jego ciało, żeby nie pominęłyby żadnego kluczowego skrawka. Francis naprawdę umiał sprawić by ktoś błagał, zamroczony pragnieniem. Nie słynął ze zmuszania innych do seksu. To wszystko przychodziło mu śmiesznie łatwo, pewnie przez wzgląd na dawne dzieje. Acz wiedział co zrobić, by delikwent wił się z rozkoszy. Znał te punkty na ciele, które odpowiadały za dozowanie przyjemności. Wszakże kraj miłości, hm? Bonnefoy z nikim się nie pieprzył, to uznawał za obrazę. On tylko kochał. - A jeśli tego nie zrobię..? - zapytał mrukliwym szeptem, spoglądając na Anglika uważnie. Słyszał ten rozkaz w jego głosie, ale czy kiedykolwiek się do nich dostosował?
W jego oczach zobaczył dostatecznie wiele. Arthur chciał go zatłuc - możliwe, że jeszcze bardziej niż na początku. Ale Francis nie zamierzał rezygnować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pon Lis 26, 2012 6:56 pm

- I to powód, dla którego chciałbyś widzieć go pieprzonego przez Normandię? – zapytał Anglia ostro, przełykając ciężko ślinę. Pewnie zrozumiał sprawy opatrzenie, ale miał pełne prawo. Francja dopiero co stwierdził, że żałuje, że nigdy nie doszło do czegoś podobnego, do bycia kurtyzaną, co za ładne kłamliwe słowo. To podnosiło sprawę do trochę innej rangi spraw. Poważniejszej, tej, która zapada w pamięć i być może nawet coś zmienia. To wyjaśniało, dlaczego Anglia powiedział o chłopcu w trzeciej osobie. Nawet nie myślał, że coś takiego mogłoby się przytrafić właśnie jemu. Że Francja mógłby chcieć, by znalazł się w podobnej sytuacji, zwłaszcza wtedy, gdy obaj byli cholernymi dzieciakami i istniało, coś, co... Cóż. Co Arthur zakopał bardzo głęboko w sobie, a Francja dopomógł, tworząc nowe, okropne wspomnienie, które przytłumiły starą przyjaźń. Jeśli mówił na poważnie, oznaczało to, że jest dokładnie takim potworem, za jakiego Anglia do miał, ale coś podpowiadało Arthurowi, że to niemożliwe. Nienawidził Francji, ale potrafił docenić kilka jego marnych cech, które trudno byłoby nazwać zaletami. Na przykład to, że nie cieszyłby go gwałt na dziecku.
Druga strona tej wypowiedzi dotarła do Arthura ze sporym opóźnieniem. Francja kiedyś uważał go za milszego i ładnego, a w każdym razie ładniejszego niż teraz? Cóż, mało zaskakujące. Co do teraźniejszości, to Anglia nie miał złudzeń, Bonnefoy dostatecznie często patrzył na niego z czymś na kształt obrzydzenia i nie wahał się krytykować każdego cala, który składał się na wygląd Anglii. Nie uważał go za przystojnego. Na szczęścia, Anglia miał ważniejsze sprawy na głowie, by kiedykolwiek się tym zmartwić.
- Ah – mruknął twierdząco, wpatrując się w niego zmrużonymi oczami. – Twoje usta są jak cholerna wylęgarnia ścieków. Bredzisz, kłamiesz i oszukujesz samego siebie... To nawet trochę smutne – uśmiechnął się kwaśno w odpowiedzi, kompletnie ignorując ten idiotyczny zarzut o miłości. Samo brzmienie tego słówka w ustach Francji sprawiało, że Anglia miał odruch wymiotny. Znał już na pamięć sposób, w jaki Francis to wymawiał, w jakich okolicznościach mówił i jakich opisów używał, gdy przychodziło mu mówić o miłości. A mówił o niej ciągle, aż do znudzenia, czasami nawet twierdząc, że jego misją jest roznoszenie jej po świecie. Anglia uparcie twierdził, że brzmi to raczej, jak wstydliwa choroba. Francja i tak nie słuchał i opowiadał dalej, jakby naprawdę myślał, że Arthur uczucia zna tylko z książek i opisów, jakby nigdy nie przeżył czegoś podobnego i kompletnie nie znał się na miłości. Na swój sposób doskonale się znał. Akurat na tyle, by żyć z przekonaniem, że naprawdę nie potrzebuje jeszcze jej do szczęścia.
- W takim razie naprawdę niewiele wiesz o moich ludziach – odparł, cały czas z tym samym uśmiechem, mówiąc niedbałym tonem, jakby za wszelką cenę próbował udowodnić, że nie interesuje ani nie drażni go ten temat. – Pojmujemy te rzeczy inaczej, nie robimy z uczuć sensu życia i... Jesteśmy rozsądni, to wszystko. Może ty nie masz nic ciekawszego do roboty, Francjo, ale powinieneś wiedzieć, że dla mnie miłość to coś jak dobry alkohol... I, matko – prychnął nagle, krzywiąc się do samego siebie. – Po co o tym rozmawiamy? Skończ już.
W ten sposób wyjaśniło się, dlaczego przez setki lat rozmnażanie się Anglików pozostawało światową tajemnicą. Tak samo, jak fakt, że temu narodowi jednocześnie wystarczał ciepły termofor w łóżku, a bywał bardziej chętny niż królik, którego w środku rui wpuszczono do zagrody z samiczkami. Miłość nie miała dla Anglii większego sensu. Seks też nie, ale przynajmniej był przyjemny.
A jednak w jednej sprawie Francja miał rację. Naprawdę doświadczali uczuć na innych płaszczyznach. Gdyby było inaczej, Anglia już dawno potrafiłby poukładać uczucia, które żywił do Francji, a które w tej chwili były akurat całkiem jasne i, przy okazji, ociekające krwią i posoką.
- Niekoniecznie. Po prostu ciągle się zastanawiam, czy naprawdę jesteś takim głąbem, czy przez te wszystkie lata udajesz – odwarknął w odpowiedzi, coraz mniej nad sobą panując. A im mniej panował, tym i odpowiedzi zawierały mnie sensu. Bolesny uśmiech na jego twarzy drgnął lekko, jednak Anglia przytrzymał go siłą. Nie pozwoli mu zdezerterować, nie, kiedy kpina była jego najlepszą linią obrony. – Wtedy ci je utnę. Do kompletu z językiem.
Och, mógł sobie grozić, a koniec końców i tak to on wylądował przygnieciony do trawy, za co miał zamiar się zemścić. Za moment. Kiedy już opanuje dreszcze i kiedy lekkie szczypanie w okolicach szyi przestanie doprowadzać jego zmysły do szaleństwa. Wściekłość, furia i przyjemność nigdy nie były zdrowym połączeniem, nie, kiedy ktoś wciskał mu je siłą. Naprawdę, nic tak nie doprowadzało go do szału, jak utrata kontroli i władzy i choćby dlatego robił wszystko, by znowu ją odzyskać. Najpierw szarpnął mocno za jego włosy, by tylko odsunąć jego twarz od swojej. Jeden problem mniej. Przez moment patrzył mu prosto w oczy.
- Nigdy nie sprawisz, że będę chciał – warknął nisko w odpowiedzi, kłamiąc w oczywisty sposób. – Nie w ten sposób. To ja decyduję, kiedy takie rzeczy się dzieją... – urwał na krótki moment, wpatrując w niego jakby z uwagą i przygryzając dolną wargę. – Obaj wiemy, że zrobisz. Nie zmuszasz ludzi, prawda? Uważasz, że masz więcej klasy niż... To.
Przynajmniej taką miał nadzieję. Pieprzenie swojego wroga w chłodny poranek, na trawie pośród błota i na szczycie klifów będących symbolem Anglii; już pierwsze słowo przekreślało taką możliwość. Francja wolał delikatniejsze osoby. Ciotowate, jak określał to w duchu Anglia. Delikatny, najlepiej romantyczny i prawie na pewno w jakimś wielkim łożu. Cały on, nawet z czegoś tak ohydnie ludzkiego robić teatrzyk. Dla Anglii seks nie istniał bez namiętności i pragnienia, bez ordynarnych dźwięków, zadrapań i śliny. Czyli... Cóż, mniej więcej to, co właśnie się tu działo, ale to było coś innego. Dla Anglii dowód na to, że Francja nie robił tego z jakiś dziwnych, niewyjaśnionych powodów.
- Po prostu robisz to, żeby mnie wkurzyć – uśmiechnął się kwaśno pomimo rumieńców i narastającego pragnienia. – Nie znasz innych sposobów.


[Patrz, patrz jaki krótki <33]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pon Lis 26, 2012 11:05 pm

Na chwilę znieruchomiał. Ułamek sekundy, może mniej.
- Nie dałbym tego chłopca Normandii. Zagarnąłbym go dla siebie. Obdarowałbym go miłością. – szepnął cicho, a obojętne oczy skierował na Arthura. I tak nic by z tego nie zrozumiał, nawet jakby bardzo chciał. Chociażby się starał i wytężał umysł – nie pojmie tego. Być może dlatego, że sam Bonnefoy nie rozumiał skąd w nim taka pierwotna chęć. Winił za to swoją naturalną przyjacielskość, troskliwość i bezinteresowną miłość do urokliwych istot. Niewiele potrzebował by obdarzyć kogoś względami, acz zachowanie podobnych przywilejów na dłużej było niemalże niewykonalne. Oczywiście wyjątek jaki się zdarzył nie mógł docenić swojej sytuacji. Gdzieżby. Anglia chyba nigdy nie zagłębiał się w dozę uwagi jaką obdarzał go Francuz. Może to i lepiej, tylko Francji brakowało by ktoś tak nasiąknięty cynizmem uosabiał jego słabość. Hańba.
Mógłby to zgrabnie wykorzystać. Jak zawsze, bezlitośnie, bo to tylko kundel Króla. Ślepo posłuszny rozkazom, woli władców. Bezimienny, pośród wielu. Wszystko dla Korony, rządź Brytanio. Zbyt zapatrzony w ludzi by dostrzegać ich wady. Śmieszne. Do tej pory udawało mu się przetrwać, wieść prym w Europie. Oczywiście, tuż obok Francji. W swoim mniemaniu Francis zawsze był wyżej – nawet jeśli ponosił porażki, robił to lepiej niż ktokolwiek inny.
Dalsze słowa chciał zignorować. Jego usta nie bywały prawdomówne, temu zaprzeczać nie zamierzał. Łgał jak z nut, kłamał, bo swego czasu fałsz był najlepszą kartą przetargową. Nie uchodził za oszusta, on jedynie naginął prawdę dla swoich potrzeb. „Kochał” dziesiątki tysięcy kobiet - baronową, hrabinę, księżną, nawet samą królową. Szeptał, że je wielbi, że nigdy ich nie puści, że jego miłość przetrwa próbę czasu. Zwykle płomienne uczucie gasło, gdy na horyzoncie pojawiało się stworzenie zgrabniejsze, powabniejsze. Widział nieskończoną ilość włosów porozrzucanych w gorączkowej przyjemności na poduszce. Długie i lśniące blond, krótsze czernie, ogniste rude. Te usta, który Arthur zarzucał wszystkie obrzydliwości, pieściły niejedną skórę. Jasną, ciemną, aksamitną, pachnącą różą, smakującą miodem. Czy jeśli obcował z takimi pięknościami, można było go osądzać o tak paskudne rzeczy? Był odmiennego zdania. Szczególnie, że wierzył w swoje słowa. A przynajmniej większość z nich.
- Nie masz o nich pochlebnego zdania. Czyżby ich dotyk nie przynosił ci dostatecznej ekstazy? – tym razem to on zmrużył oczy, traktując słowa Anglika jak wyzwanie. Francis mógł kłamać całemu światu, ale przed sobą zawsze był szczery. Nie taił niczego, bo coś tak żenującego nie miałoby sensu. Jego umysł analizował wszystko co widziały oczy, wypowiedziały usta i poczuło serce. Często połączenie tych wszystkich zmysłów przynosiło niezrozumiałe hipotezy. Nieraz wychodziło na jaw, że nie kochał żadnej nadobnej niewiasty, z którą miał przyjemność się bliżej poznać. Na swój sposób naprawdę miłował każdą kobietę, tylko… wielce prawdopodobne, że jego serce skradł dawno temu ktoś inny. I nie zamierzał go oddać. A Francis zaprzestał szukać złodzieja, rozkoszując się słodką wolnością. Kiedyś przyjdzie się mu zmierzyć ze swoją prawdziwą miłością. Kto wie czy wtenczas jego niestałe serce nie zostanie wbite w ziemie, zdeptane i na zawsze opieczętowane jako niechciane.
Na usta Francji wdarł się cień uśmiechu. Nie znał Brytyjczyków? A kto by ich chciał poznać? Nie potrafili się napić, nie chcieli miłosnych uniesień, stronili od miejsc, gdzie mogliby potencjalnie spotkać swą drugą połówkę. Oui, nie znał ludzi Arthura. Miał wątpliwą przyjemność poznać tylko jego, personifikację, która łączyła w sobie tyle skrajnych cech swoich obywateli, że czasem mogłaby uchodzić za każdego z nich.
- Moje kondolencje. Twoi ludzi tracą najpiękniejsze chwile swojego życia, bo wzdrygają się na słówko o emocjach. Nie wspominając o tym, że „miłość” znają wyłącznie ze słowników. – oświadczył z mocą, choć z jego oczy naprawdę spozierało współczucie. Tak odmienne mentalności przy odległości tak niewielkiej… - Rozumienie tak głębokiego uczucia przez pryzmat promili wszystko tłumaczy. – przewrócił oczami, na nagłe zakończenie tematu. Jak nagle robiło się ciekawie, Arthur musiał wszystko ucinać. – Po co? Bo w ten sposób poznajemy sojusznika.
Śmiech na sali.
- Wystarczyło odpowiedzieć „oui, lubię”. – skomentował, prychając. Język godny pożałowania, doprawdy. I znów musiał się popisać swoją niesamowitą nadinterpretacją. – Traktuje twoje słowa jak pozwolenie.
Nic nie poradził na to, że skóra Anglika była taka… inna. Odmienna od wszystkich, które kiedykolwiek kosztował. W dodatku ten zapach. Zbyt nieuchwytny by mógł pochodzić z jakiegoś zapomnianego flakonika, i zbyt uzależniający by nie utożsamiać go z Kirklandem. Musiał jej spróbować. Nie tylko na jego szyi, bo z dziką radością zjechałby znacznie niżej. Nie zostawiłby skrawka skóry bez swojej obecności, nie poskąpiłby uwagi żadnemu fragmentowi Anglii. Nawet jeśli oznaczało to młócenie w błocie i seks w skrajnie upodlających warunkach. Chciał Arthura tu i teraz. Tłumacząc sobie swoje pragnienie prostym i słodkim oskarżeniem zhańbienia francuskiego płaszcza.
- Nigdy to bardzo długo, mon amour. – zastrzegł, uśmiechając się perwersyjnie. Potrafił sprawić, by każdy chciał. A Anglik zdradził się już na wszystkie możliwe sposoby, Francja nie czynił nic wbrew jego woli. A dokładniej wmawiał to sobie z wieloletnią wprawą. – Ty zadecydujesz? Lepszych warunków nie doświadczysz. Zresztą… ja teraz nie chcę niczego innego. – wymruczał, dociskając go mocniej. Oczywiście to przez płaszcz. Wszystko ograniczało się tylko do tego… prawda? Oui, na pewno. To było poświecenie, nawet jeśli wzrok Francuza zdradzał, że naprawdę bardzo tego chciał. Wręcz nieludzko. – Miły, nigdy nie zmusiłbym ludzi. Ich psychika nie wytrzymywała faktu, że jestem państwem. Ale ty nie jesteś człowiekiem. Nie czuję się zobligowany… - a nawet jeśli jakiś pisk sumienia jął przebijać się prze pierwotny instynkt, Bonnefoy uciszył go jednym smagnięciem dłoni. Widok Arthura przygryzającego wargę był wart wszystkiego. – Mam więcej klasy. Dlatego możesz się czuć zaszczycony.
- Sam przyznaj, że idzie mi świetnie. – uśmiech znacznie się powiększył, choć niewiele miał już wspólnego z łagodnością. Francja puścił nadgarstek Anglika, wolną dłonią uwalniając swoje włosy. Niemal w jednej chwili znów znalazł się przy szyi Arthura, tym razem gryząc go znacznie mocniej. Jedną ręką przebiegł po całym ciele Kirklanda, kończąc wędrówkę pod jego kolanem. Podwinął je jednym ruchem, unosząc wyżej. W tej pozycji było mu o wiele wygodniej. A usta mogły do woli smakować skórę wyspiarza, wyraźnie od niej uzależnione.

(*Ta-dam!*)


Ostatnio zmieniony przez Francja dnia Sob Gru 08, 2012 7:38 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Wto Gru 04, 2012 1:12 pm

- Obdarowałbyś go miłością - powtórzył kpiąco, rzeczywiście niczego nie rozumiejąc. W pewnych sprawach to, co wiedział o Francji kłóciło się w nim z tym, co chciał o nim myśleć. - Co za przyjemne określenie.
Cóż, tego tematu lepiej było nie kontynuować, zawsze był dla Anglii odrobinę drażliwy. Cenił sobie przeszłość, nawet jeśli wtedy jeszcze nie mógł wiedzieć, co naprawdę czują do niego ludzie, którzy go otaczali. Wierzył w sympatię Francji, w nienawiść Normandii, w więzi, jakie łączyły rodzeństwa. Był niesamowicie naiwny i teraz całkiem świadomie pragnął, by tamten dzieciak, którym był, nadal taki pozostał. Nie chciał znać prawdy, choćby miała oznaczać, że z jakiegoś powodu Francja pragnął, by Anglię posiadała w ten sposób połowa świata. To już niczego by nie zmieniło. Świat poszedł do przodu, rzeczy się wydarzyły i teraz stali tutaj, na szczycie klifów, które zawsze były tak samo zimne i wyniosłe, jak sama Anglia. Dlatego tak bardzo je lubił. Nie było lepszego miejsca, by zakończyć życie Francji, albo chociaż... Wspomnieć to, co było. Choć najwyraźniej i taka rozmowa nie miała racji bytu w ich przypadku.
- Oczywiście, że nie - prychnął, przewracając lekko oczami i rzucając mu pojedyncze, kpiące spojrzenie. - Czego się spodziewałeś? W twojej gębie było więcej języków niż pielgrzymów w Jerozolimie. Chociaż, to złe porównanie... - zmrużył lekko oczy. - Powonieniem raczej wspomnieć coś o burdelu.
Niestety, dżentelmen wziął chyba przerwę na herbatę, albo po prostu stwierdził, że ta rozmowa go nie dotyczy. Tak czy siak, oddalał się im bardziej Anglii puszczały nerwy. Postanowił po prostu prychnąć, gdy Francja wspomniał o jego ludziach, choć już wspomnienia o poznawaniu sojusznika nie mógł pominąć milczeniem. To było zbyt abstrakcyjne.
- Jakbym kiedykolwiek potrzebował cię poznać - mruknął, zdając sobie niejasno sprawę, że sens tej rozmowy odszedł już dawno. Tak właśnie wyglądały rozmowy z Francją. Nie miało znaczenia, ile lat minęło, jakie były czasy, czy obaj stanowili potęgi, czy dociskano im noże do gardeł. Liczyło się to, że jeden powiedział rzecz, która nie przypadła do gustu drugiemu. Albo, że spójrz, to, co nosisz na głowie śmiesz nazywać kapeluszem? To było coś, co sięgało daleko poza ramy czasowe. Po prostu było i... I sprawiało, że Anglia w jakimś sensie czuł się lepiej. Jakby żył, jakby obecne sprawy Europy nie miały dla niego żadnego znaczenia. I niech szlag trafi Francję, że tylko on potrafił doprowadzić do czegoś tak... Żenującego.
Prychnął.
- Dlaczego miałbym powiedzieć, że chcę? Naprawdę, zostaw mnie w...
Spokoju. Nie, to słowo nie istniało, co uświadomił sobie już zanim zaczęli tarzać się w błocie, jak małe dzieci i zanim Francja zaczął robić to, co... No cóż. Za co spłonie w prywatnym brytyjskim piekle.
- Nigdy - powtórzył głosem trochę zbyt zadyszanym, by mógł dalej udawać, że sytuacja nie robi na nim prawdziwego wrażenia. - To akurat tyle, ile potrzeba, żebyś mnie miał. Sam powiedziałeś, to dużo czasu - uśmiechnął się. I przełknął ciężko ślinę, akurat w momencie, w którym czuł język Francji na swoim jabłku Adama. Cholera, przecież nie zaprzeczał, że drań był dobry w tym, co robił. Mógłby po prostu robić to bardzo daleko stąd, z kimkolwiek innym...
...oczywiście, gdyby ta wizja była dobra. Ale nie była, nigdy tak naprawdę. Anglii było obojętne, z kim i z jak wieloma osobami sypiał aktualnie Francja, ilu z nich nazywał swoimi miłościami. To się zdarzało przez cały czas, matematycy musieliby wymyślić nowe nazwy dla liczb, jeśli Arthur próbowałby zliczyć, ile razy. Jednak dopóki to działo się z daleka od niego, wszystko było w porządku. Niech ten żabojad robi co chce, to jego sprawa, że uczynił ze swojego ciała dobro publiczne. Tylko, że potem nadchodziła konferencja, zebranie albo spotykali się w towarzystwie innych ludzi. I Francja też tam był, otoczony przyjaciółmi, poświęcający swoją uwagę całemu światu. Nawet jako przekwitająca potęga jaśniał i nie, nie brakowało ludzi i państw, które mu ulegały. Zawsze w centrum uwagi, zawsze dyktujący trendy, otoczony cholernymi kretynami, którzy nigdy nie zauważyli jego egoizmu i święcie wierzyli, że naprawdę ich kocha. Właśnie wtedy Anglia nienawidził go najbardziej, wtedy, gdy Francja nie zwracał na niego żadnej uwagi, nie mówił niczego obraźliwego, po prostu był w zasięgu wzroku, w centrum uwagi. Anglii, nawet jeśli rozmawiał z kimś innym czy choćby przeglądał ważne papiery, zwykle towarzyszyło widmo Francji, który kilka jardów dalej poklepywał po ramieniu Hiszpanię, albo obłapiał Włochy. Im dłużej to trwało, tym częściej Arthur miał ochotę zignorować świat, podejść do Francji i uderzyć go tak mocno, że nawet najlepszy lekarz nie naprawiłby jego cholernej zarozumiałej twarzy.
A potem Anglia widział, jak Francja obdarza kogoś miłością i wtedy budziło się w nim coś, co chciało zrobić o wiele więcej. Potwór, nad którym czasami nawet on nie potrafił panować. Częściej nawet nie chciał, chociaż to było dawno temu, kiedy jeszcze twierdził, że blokowanie swoim uczuciom ujścia to kompletny idiotyzm. Cóż, można powiedzieć, że dorosną. Ale to pragnienie w nim zostało, choć prymitywne i barbarzyńskie, to nadal chciał podbić Francję, zamknąć go na świat i sprawić, żeby cierpiał, żeby nie widział twarzy nikogo poza Anglią. Tak, to na pewno by go zraniło, sprawiło, że w końcu by zmarniał, poddał się i upadł. Mieć Francję tylko dla siebie, łamać go i niszczyć; to brzmiało przyjemnie w wyobraźni Anglii i nigdzie indziej. Świat nie chciał współpracować. Już dawno musiał zarzucić pomysł podbicia Francji, więc zostało mu tylko zaakceptować tlące się w sercu pragnienie posiadania. Przynajmniej naprawdę potrafił to ignorować, ponieważ na świecie było wiele państw, które pragnął mieć tylko dla siebie. W pewnym momencie zdobywał kolonie już jakby z przyzwyczajenia i chociaż miał Amerykę, a potem Indie to jednak nigdy nie cholernego Francji. On nadal tam był, trując mu życie, przeszkadzając i żyjąc, oddając się po kolei każdemu na tym świecie, a potem od każdego odchodząc. Prawdopodobnie żadnego z tych ludzi i państw nie kochał tak naprawdę. Kraj miłości, który nie potrafił nikogo kochać. Żałosne, ale w jakiś sposób podnoszące na duchu. Bo może i Francja nikogo nie potrafił szczerze kochać, ale było inne, o wiele lepsze uczucie. Francja mógł uwielbiać cały świat, ale nienawidził tylko jedną osobę, więc w jakiś sposób Arthur czuł, że wygrał. A, że sam dał się przy tym złapać w pajęczą sieć? Cóż. Dawno się z tym pogodził.
Głupia kłótnia i leżał pod nim w tym przeklętym błocie, zbyt mocno wgnieciony w wilgotną ziemię, by móc się tak po prostu wyrwać, z myślami, które spowalniała fala gorąca i wściekłość. Po zastanowieniu zaczął odkrywać, że to całkiem zabawne.
- N-naprawdę? Jesteś żałosny, wiesz? - Coś we wnętrzu Anglii drgnęło niebezpiecznie na słowa Francji, ale mimo wszystko mocniej ścisnął jego włosy i Bonnefoy musiał wyrwać jego rękę siłą. Jednak Anglia nie miał już do tego głowy. Jeśli ten plan nie wypalił, zawsze zostawały inne i naprawdę, nie liczyło się już pragnienie. Gdyby to nie był Francja, Arthur nawet by się nie zastanawiał, tylko już dobrą chwilę temu byliby w trakcie. Teraz jednak zmrużył oczy i bezwiednie odchylił głowę, jakby próbował uciec przed dotykiem. - Mieć aż takie pragnienie... Żeby mnie do tego zmusić - parsknął cicho. Być może jego wypowiedzi stawały się właśnie odrobinę mniej składane, ale nie zwracał na to większej uwagi.
Wstrzymał oddech, spinając się i nieruchomiejąc, gdy poczuł ugryzienie. Zrobił absolutnie wszystko, by nie zareagować na to w żaden sposób, bo to w końcu Francja, a wojna stuletnia nigdy się nie skończyła. Walczyli zawsze, więc nawet najdrobniejsze sprawy urastały do rangi bitwy. Mało to rozsądne i mało pragmatyczne, ale Bonnefoy od zawsze był wyjątkowo paskudną plamą na angielskim honorze.
I w tym momencie Anglia parsknął śmiechem.
- Przyznaję... Dobrze ci idzie omamianie ciała - rzucił pogardliwie, z oczami utkwionymi w szarym niebie. - To zawsze była twoja mocna strona i... I co z tego? Weź moje ciało, Francjo, jeśli aż tak rozpaczliwie tego potrzebujesz. Proszę - prychnął z naciskiem i w tym momencie pozwolił rękom opaść swobodnie na trawę w geście obojętności. Nawet nie próbował walczyć, a podniesione kolano docisnął mocniej do jego boku. Na moment przeniósł bezczelne spojrzenie w kierunku, w którym znajdowała się twarz Francji. Nie mógł jej dostrzec, ale nie mógł się też powstrzymać. - Uznaj to za łaskę. Ale wiesz...
Urwał na krótki moment, zabierając jedną rękę z trawy i dotykając opuszkami palców szorstkiej od zarostu linii szczęki. Przejechał dłonią w górę, wplatając ją w złote kosmyki. Tym razem nawet ich nie szarpał, choć w tym geście było coś nieuchwytnie szyderczego.
- Ciało to nie to samo, co duch. Możemy pobawić się w filozofię, to przecież idealny moment - zauważył z rozbawieniem, parskając, by ukryć, że coraz mniej panuje nad własnymi reakcjami. - M-mnie nie dostaniesz. A tego musisz chcieć.
Ścisnął mocniej miękką część w jego uchu, ale potem odsunął dłoń i pozwolił jej powędrować o wiele niżej. W przeciwieństwie do Francji nigdy nie bawił się w przedłużenia, nigdy nie cieszyła go godzinna gra wstępna. Nie o to mu teraz chodziło, wolał wykorzystać element zaskoczenia i spokojnie przycisnąć dłoń do jego krocza, potrzeć i czuć, jak po drugiej stronie szorstkiego materiału narasta twardość. Nie tylko Francja znał brudne sztuczki, ale Anglia zawsze stawiał na skuteczność. Wystarczyło tylko, by Francja uwierzył, że ma pozwolenie, by przestał aż tak mocno pilnować, by Anglia nie miał, jak podnieść się z ziemi. A to nie będzie trudne, kiedy wybrał właśnie tą grę myśląc, ze jest jedynym, który rozumie zasady.
Kretyn.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sob Gru 08, 2012 11:15 am

Arthur nie zrozumiał. Francis widział to w jego zielonych oczach i czuł… swego rodzaju smutek. Dziwny, o korzeniach głębszych niż na początku przypuszczał. Pamiętał tego małego, niewinnego chłopca z kołczanem pełnym strzał na plecach, broniącego swojej osobliwej krainy. Nie sposób wymazać z pamięci tak niezwykłego obrazu. Ciągnąca się w nieskończoność zgniła zieleń wzgórz, dzikie lasy, powietrze pachnące nieprzyzwoicie świeżo. Wszystko takie nieznane, obce. Poczynając od upiornej pogody, poprzez poskręcane karłowate kwiaty, na ludziach kończąc. Mówili nieznanym językiem, nawet kilkoma, które brzmiały jak szum ich nieprzebytych gąszczów. Słowa twarde, oziębłe i przebiegające dreszczem po plecach. Niezrozumiałe. Łuk i strzały, które zdawały się nie chybiać, znaki i symbole, których nie pojmował. Bród, błoto oraz coś, co sprawiało, że Albion nie był tylko kolejną wyspą. Jakiś stary duch, aura czegoś, co wyczuwały jedynie jemu podobni. A pośród tego wszystkiego Arthur. Drobny, zziębnięty, powierzający tajemnice niewidzialnym wróżkom. Tylko wzrok zdradzał jak mylił wygląd. Francję po dziś dzień prześladowało to spojrzenie – nieludzko zielone tęczówki, czyste i niewinne jak żadnej innej nacji w Europie. Arthur przewiercał nim duszę, docierał tam gdzie nikt dotychczas się nie zapuszczał. Teraz spoglądał oczami pseudo-Imperium; ducha, który zabijał z przyzwyczajenia, mordował, plądrował, dopuszczał się zbrodni, o których przeciętny człowiek nie mógłby nawet pomyśleć. Leżał wbity w błoto, z Tamizą przepływającą przez ciało, z Koroną wyrytą w sercu i umyśle. Do niewinności było mu tak daleko, jak Francisowi do celibatu.
Przymknął oczy, chcąc uciec od nieproszonych myśli. Z „ładniejszego i milszego” chłopca powstał bezuczuciowy upiór. Nic nie było już takie jak wtedy, i nawet jeśli Francja, żałował, że nie obdarzył go miłością… nie czuł się winny. Gdyby postąpił inaczej Arthur nie byłby tak cenny, nie nęciłby tak, nie kusił. Teraz Anglia to zakazany owoc, którego Francja nigdy nie skosztował. Mógł go tylko obracać w dłoniach, nacinać i spijać słodki sok. Ale nic więcej. I to frustrowało najbardziej.
Kącik ust zawędrował w górę. Jasne oczy spojrzały pobłażliwie, niemo wołając „nie wierzę”. Anglia mógł mówić co tylko chciał, Francis nie starał się nawet udawać, że go słucha.
- Na szczęście w twojej najdłużej gościł tylko mój. – jeśli ktoś nazwałby Bonnefoya rozwiązłym, niechybnie wylądowałby w drewnianej, bezimiennej trumnie. Fakt, że interesował się światem i kochał go w sposób niepojęty dla innych, nie oznaczał, że można przyrównywać jego usta do burdelu. Sam rozsyłał pocałunki i nie bał się okazywać adoracji nikomu. Taki styl bycia, nie zamierzał w najbliższym czasie go zmieniać. Był krajem, patrzył na wszystko inaczej. Resztę przemilczał, kreatywne komentarze Anglii każdego nudziły.
Francja nie był do poznania. Zbyt dużo różnorakich masek, szereg niedomowień, mur kłamstw i jasne oczy, które ukrywały wszystko co tylko chciał. Jeśli widziałeś jego uśmiech, to wyłącznie dlatego, że on ci go prezentował. Demonstrował przyjaźń, odgrywał dramatyczne romanse, w nieskończoność wyliczał zdrady. Był Rewolucjonistą, Romantykiem, Przyjacielem, Wrogiem, Artystą, Kochankiem. Miał tysiące wcieleń i codziennie korzystał z innego. Przyciągało go piękno, namacalna istota doskonałości – wszak koneser, prawda? A jednocześnie wiecznie ciągnęło go do Anglii; pośród tylu osób, z którym spędził noc, do Arthura wracał najczęściej. Zawsze dziwny splot wydarzeń inicjował ich spotkanie; ostrze ocierało się o ostrze; zgrzyt metalu o metal, cios za ciosem, pocisk za pociskiem. Prócz broni nic się nie zmieniało. Nie potrzebowali wiele, żeby się pokłócić. Powody były błahe, a czasem w ogóle ich nie było. Liczył się tylko fakt, że to Anglia. Nikt inny, tylko właśnie on.
- Chociaż raz powiedziałbyś szczerą prawdę. – zauważył z nieodłącznym uśmiechem. Nie umknęło mu zacięcie Anglii. Arthur zawsze kończył co zaczął, oczywiście na korzyść Korony. Wszystko dla kraju, wszystko dla monarchy. Stąd Francis miał czelność nie wierzyć w jego słowa. Nie zostawi go… w spokoju. Nigdy. To był Anglia, kraj, którego nie podbił, a tak bardzo chciał. Wyspa, zakazany owoc, którego nie zdołał ugryźć. Musiał się nacieszyć zwykłym sokiem, namiastką miąższu, którego poskąpił mu Los. Arthur będzie go kusił na płaszczyźnie, której nie zrozumie byle nacja. Jak wytłumaczyć to palące pragnienie, tą żądzę, to zaślepienie gdy tylko pojawi się cień szansy, że Arthur przegra? Nawet Francja, ubierający wszystko w piękne, doniosłe słowa, nie potrafiłby tego zrozumiale opisać. To był ogień trawiący od wewnątrz, płynna lawa w żyłach. Wtedy grała Marsylianka, trójkolorowa flaga powiewała dumnie. A Wielka Brytania upadała z hukiem, ciągnęła za sobą Kirklanda, który stał wyniośle pośród swojej armii, rzucając wyzwanie. On pozostanie niezdobyty. Ale Francja zawsze może próbować, kiedyś się uda.
- Nie przekreślałbym tak wszystkiego, mon amour. – wyszeptał z ustami przy jego szyi. Nigdy nie można niczego spisywać na straty. To byłoby działanie pochopne, nieprzemyślane. Niektóre kwestie lepiej było zostawić by płynęły swoim własnym, dotychczasowym nurtem. Zawsze istniała możliwość, że coś ułoży się samo. – Kiedyś będę cię miał. Całego. Z twoimi zasadami, cynizmem, sarkazmem i herbatą. Jeszcze nie dziś, ale… kiedyś.
W bardzo odległej przyszłości. Kto wie czy za dwieście czy trzysta lat Francja nie stanie się europejską potęgą? A wtedy ruszy na Anglię, bez Normandii i Bretanii. Bez broni, wystarczy bowiem, że jego armia rozniesie British Forces. Zdobędzie swój własny, zakazany owoc. Nie musi się śpieszyć, cierpliwość to przecie cnota. Może postępować powoli, wpierw zdobywając jego braci, otaczając kolejno wszystko co tak dobrze znał. Najważniejsze to sprawić, by posypało się wszystko czym Arthur się zasłaniał – Londres stanie w ogniu, żarłoczne płomienie pożrą wszystko. Wypalą miasto do samych fundamentów, może nawet dotrą do pozostałości Normandii, do samego Celta. Pałacem Buckingham Francis zajmie się osobiście. Do tej pory kwestia tytulatury dawnych królów Anglii była dlań drażliwym tematem. Wtedy nie usłyszał słowa wyjaśnienia, nawet jak przegonił ze swych ziem Anglików. Francja odwdzięczy się za to. Za każdą koalicję antyfrancuską, za każdy sojusz przeciw kraju miłości. Jeszcze podniesie broń i powstanie, jak zawsze. A wtedy nikt nie stanie po stronie Anglii, sam systematycznie nad tym pracował. Odtrącał wszystkich, chował się za swoimi wzgórzami, ignorując wołania Europy. Stawał do bitwy wyłącznie jak istniała opcja walki przeciwko Francji. Takie już ich charaktery, jeden dążył do swojego celu, to drugi podstawiał mu kłody pod nogi. Anglia mówił „yes”, Francja uparte „non”. Siła przyzwyczajenia i świadomość, że lepiej się kłócić niż normalnie rozmawiać. Spokojne konwersacje mogły odsłonić za dużo, a ciągłe spory przynosiły pewność, że nic się nie zmieni.
Może dlatego jego usta drgnęły w uśmiechu, gdy odciągał dłoń Anglii od swoich włosów. Tyradę o zaburzeniu idealnej fryzury przesunął na inny termin. Arthur odrzucił głowę, ale tylko ułatwił dostęp do swojej szyi. Może nieświadomie, całkiem odruchowo. Bardziej prawdopodobne, że chciał uciec.
- Nie zmuszam. Intensywniej sugeruje. – ugryzieniem, dla przykładu. Co zęby wbijające się w skórę Anglii miały do sugestii, pozostało wyjaśnione wyłącznie we francuskim umyśle. Czuł jak Arthur w jednej chwili znieruchomiał. Zabawne, gdyby użył broni odezwa byłaby kompletnie inna. Kirkland potrafił walczyć, a nabierał dodatkowej energii i werwy za wroga mając Francję. Wtedy bójcie się i drżyjcie narody, najlepiej schodźcie mu z drogi.
…śmiech. Odpowiedź bez komentarza, nie sposób zareagować na coś podobnego rozumnie. Ale to Arthur, w parze ze swoją kłopotliwą, nieodgadnioną naturą. Przez chwilę słuchał go uważnie, z obojętnością wypisaną na twarzy. W swoim mniemaniu nigdy nie potrzebował pozwolenia Arthura. To wszystko… po prostu się działo. Chociaż nawet nie drgnął gdy Anglia opuścił dłonie. Opadły na trawę, ale Francis i tak wątpił w dobrowolne ofiarowanie przez Kirklanda swojego ciała. Może Bonnefoy był masochistą, skrajnym sadystą, ale nie chciał brać czegoś co już tyle razy miał, bez walki. Arthur zawsze walczył; stawiał opór, budował swoje własne barykady. A Francis zawsze dążył do jego zdobycia, nawet jeśli przypieczętowywał to wymęczającym podchodami, wymianą ciosów, krwią i potem. Tylko wtedy to wszystko miało swój sens. Ale skoro takie życzenie ma Anglia, Francja łaskawie się zgodzi. Będzie jak z każdym, żadnej wyjątkowości.
- Nie potrzebuję pozwolenia. A twoja łaska nie jest mi niezbędna do życia, mógłbyś ją zachować dla kogoś innego. – westchnął, przewracając oczami. Powtórzył swoje myśli, choć pominął kwestię ciągłej walki. Można by przypisać to słabości.
Nagły dotyk sprawił, że znieruchomiał. Na chwilę, zbyt krótką by mógł ją zarejestrować. W tym wszystkim było coś pobłażliwego, jakby Arthur traktował go jak dziecko, które otrzymało swoją zabawkę. Tak mógł traktować Alfreda – zakładając, że zdarzają się im podobne sytuacje. Francis wolał porzucić ten tor myśli, cofnąć się na bezpieczniejszą, pewniejszą drogę. Szyderstwa zwykle kwitował z podniesioną głową, rzucając wyzwanie.
Arthur nie będzie wyjątkiem. Nigdy nie był. A przynajmniej tak lubił mówić Francis, gdy nikogo przy nim nie było. Mistrz kłamstwa czasem musi łgać samemu sobie.
- Faktycznie idealny. Rozumiem, że mam częściej sprowadzać cię do tej pozycji, bo wygodniej ci się myśli? – naprawdę, rozróżniał ciało i ducha. Jak inaczej wyjaśnić swój niebagatelny wiek i wciąż młode, gibkie ciało? Chociaż zawsze był zdania, że oczy zdradzały ich dusze. Spozierały starością, doświadczeniem, mijającymi latami. Nie były ludzkie, a ich spojrzenie rodziło w śmiertelnikach lęk. – Zawszę tego chce. Bardziej niż powinienem.
Przez chwilę nie reagował na wędrówkę angielskiej dłoni. Ale gdy zatrzymała się na jego kroczu, wciągnął z sykiem powietrze. Dlaczego akurat Arthur tak nie lubił dłuższej gry wstępnej? To zawsze jakaś atrakcja i rekompensata za paskudne błoto. Francja nie mógł zmusić swojego ciała do oziębłej reakcji, zresztą nie chciał. Przyjemność zawsze była mile widziana. Nawet tak nieporadna. Westchnął ostentacyjnie, kręcąc głową.
- Źle, mon amour. – francuska dłoń dosłownie zatańczyła palcami na koszuli Arthura, ześlizgując się niżej, bezbłędnie lokalizując pas spodni. Klamra ustąpiła wyjątkowo szybko i zaraz, trochę leniwie, ręka Francisa wsunęła się pod materiał. Palce zacisnęły się na męskości Arthura, ale twarz Francji pozostawała obojętna. Prawie. Tylko błysk w jasnych oczach naruszał przebijającą się beznamiętność. – Bezpośredni kontakt robi większe wrażenie. I zawsze jest intensywniejszy.
Mówił cicho, nad wyraz spokojnie, obserwując Arthura lśniącymi oczami. Jego dłoń poruszała się w górę i w dół, powoli i ospale, z każdą chwilą przyśpieszając. A nagle znikła zupełnie. Usta Francisa rozciągnął sugestywny uśmiech. Skoro chcą grać, to czas popisać się mistrzostwem.
- Ruch nadgarstka to cały sekret. A ty lepiej nie zabieraj się za coś, w czym nie czujesz się dostatecznie pewnie, mon amour.

(...czegoś tu brakuje. Ah, wiem! *cherubinki* Nie narzekać na długość =.=)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pon Gru 10, 2012 1:57 pm

Anglia prychnął z czymś, co mogłoby być rozbawieniem, gdyby to ono przeważało w jego odczuciach. Ale nie przeważało. W tym momencie w Arthurze przeplatało się wiele uczuć, od tego wszystkiego, co musiał czuć będąc Anglią, po zupełnie osobiste wrażenia. To zabawne, kiedyś nie odróżniał tych dwóch rzeczy od siebie, nie chciał czuć się jednostką. W takich chwilach jak ta potrafił zrozumieć swoje głupie problemy z dzieciństwa. Zbyt wiele uczuć to zbyt wiele problemów, a użeranie się z samym sobą było ostatnim, co miał ochotę robić, kiedy wojna wisiała na włosku. Z drugiej strony, przecież był spokojny. Zawsze był. Po prostu nie w takich momentach, jak te i nie przy Francji, który lubił przejawiać skłonność do pomijania tematów, które go nie interesują. Anglia powiedziałby, że to żałosne, ale fakt, że właśnie dał się przygnieść do ziemi przez cholernego Francję sam do najmilszych nie należał. Tak głupia pomyłka...
- Prawdę? - powtórzył, wykrzywiając usta w kolejny przypominający uśmiech grymas. - Idiota... Mówię ci ją cały czas, po prostu nie słuchasz.
Choć i w tym momencie mówienie zaczynało sprawiać mu trudność. Zbyt wiele rzeczy działo się naraz, zbyt wiele uczuć go rozpraszało. Błoto, w którym leżał nie sprawiało problemu, bywał pedantyczny, ale bez przesady. Nie chodziło też o chłód, nieprzyjemny wiaterek, który muskał odsuniętą skórę. Już nawet drobne ukąszenia, ślina i przelotne palące ciepło języka, które spotykało się z jego skórą, bo to było przyjemne w ten drażniący sposób. Mógłby to wytrzymać, nie był ludzkim nastolatkiem, który nigdy w życiu się nie całował. Tym, co naprawdę nie pozwalało mu myśleć był fakt, że stracił kontrolę przy Francji. Leżał, nie mogąc się poruszyć, nie będąc w stanie go od siebie odrzucić, a tymczasem ten drań łamał kolejne bariery jego ciała i po prostu... To doprowadzało Anglię do szaleństwa. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek na świecie śmiał robić takie rzeczy. Myśleć, że może wygrać, może trafić na szczyt i patrzyć na niego z góry. Takie rzeczy po prostu nie miały prawa się zdarzać i nie, nie wydarzą się. Z czystej przekory do tego nie pozwoli, choćby mieli obaj na tym stracić.
Jakaś zdradliwa część Anglii chciała nawet odpuścić i faktycznie, odpuściłby z każdym innym. Bo oni nie byli warci utraty przyjemności, ale Francja... Tylko po to, żeby zobaczyć jego minę, gdy zostanie odepchnięty, Anglia mógł walczyć do końca. I wygrać. Zawsze w końcu wygrywał, bo to było zbyt uzależniające, to stanie na szczycie i obserwowanie, jak inni padają na kolana.
Dlatego po części rozumiał te zaborcze nuty w słowach Francji. Chociaż to zabawne. Jeśli go nienawidził, to czemu brzmiał, jakby chciał posiadać go w inny sposób? Nie chodziło tylko o zniszczenie, ale to był niebezpieczny i grząski teren. A Anglia nie miał jakoś głowy, żeby teraz o tym myśleć. Zresztą, podejrzewał, że znał odpowiedź. Po prostu o tym nie myślał.
- Marz sobie dalej, bo to nigdy się nie wydarzy - odparł mimochodem, jakby wcale nie przejmował się własnymi słowami. Brzmiał bardziej, jakby zaraz miał się roześmiać, a nie zrobił tego tylko, ponieważ samo składne mówienie było już trudniejsze ni powinno. Jak na kogoś tak zirytowanego, wyglądał też na pełnego satysfakcji. - To jedyny sposób, żebyś poczuł jak to jest mnie mieć. Nic więcej. To ja cię mam.
Może nie powinien dodawać tego ostatniego, a jednak, kiedy to zrobił, brzmiał, jakby stwierdzał czysty fakt. Deszcz jest mokry, a Francji wcale nie chodziło o cholerny płaszcz. Po prostu bawił się słowami, jak zawsze. Nawet teraz to robił i jedyne, co mógł zrobić Anglia, to parsknąć kpiąco w odpowiedzi.
- To właśnie sobie powtarzasz?
Intensywniej sugeruje. Preferuje odwrót taktyczny. Wszystko brzmiało lepiej, kiedy używało się odpowiednich słów, co Arthur doskonale wiedział, bo sam był w tym dobry. Choć zazwyczaj, kiedy chodziło o oficjalne sytuacje. Grę słowami w obecności ludzi, którzy znali go do cna uważał za wyjątkowo żałosną, co było doskonale widać w jego oczach. Ciekawe, czy Francja oszukiwał się sam, czy wmawiał sobie te głupoty. Możliwe nawet, że pogubił się we własnych maskach. Ten idiota uważał, że jest zbyt genialny, by ktokolwiek potrafił zajrzeć głębiej i spróbować go poznać. Według Anglii po prostu nikt tego nie próbował. Przejrzenie Francji było dla niego przerażająco łatwe, ale może po prostu zbyt dobrze poznał chłód, który czasami przezierał się przez jego oczy, uśmiech, który nie obejmował oczu, zniżony głos i pokrętne słówka, które były niczym więcej niż siecią tkaną przez wyjątkowo doświadczonego pająka.
- Uwierz - mruknął, po części poważniej, jednak ciągle nie rezygnując z kąśliwości. - Potrzebujesz jej. Skoro nie możesz się powstrzymać... - Nawet nie dokończył zdania, to było zbyt oczywiste, a on wolał uśmiechnąć się sugestywnie. Ciekawe, czy ten niewielki gest go rozdrażnił. Powinien. W tym momencie Anglii nie chodziło o nic innego, jak o okazanie Francji, że cokolwiek by się nie działo, to on ma tutaj kontrolę. To żabojad nie może się powstrzymać, a on zwyczajnie wyraża na to zgodę. Cholerne brednie, ale to małe kłamstwo nie musiało trwać zbyt długo. Wystarczy, by udawało prawdę choćby przez krótką chwilę.
Na następne słowa nie odpowiedział, zmieniając temat. W tej pozycji nie miał zamiaru bawić się w przekomarzanie.
Przez krótką, irracjonalną chwilę, przeszło mu przez myśl, co by się stało, gdyby zostali teraz nakryci. Para staruszków na spacerze, albo wagarujące dzieci będące świadkami tej cholernie poniżającej sytuacji. Właściwie... To byłoby nawet ciekawe. Byłoby, gdyby nagle wszystkie jego myśli nie rozwiały się jak mgła, kiedy ostrzegawcza lampka w jego głowie zasugerowała delikatnie, do czego zwykle prowadzi rozpinanie komuś spodni.
Wciągnął gwałtownie powietrze, ale poza tym nie wydał z siebie żadnego dźwięku, zagryzając usta i spinając mięśnie. To coś, cholernie poniżające coś, które rozsadzało mu zmysły. Sprawiało, że jednocześnie chciał uciec i sprawić, by trwało jak najdłużej, a taki paradoks nigdy nie jest zbyt dobry. Z chęcią z a b i ł b y za to Francję. Albo przynajmniej pieprzył go do nieprzytomności. Ale nie dzisiaj, na pewno nie tutaj.
- G-gdybym chciał poznać zwyczaje godowe żab, przeczytałbym książkę - wycedził w odpowiedzi, a w następnej chwili doszło do niego, że w tej sytuacji Francja już dawno przestał dbać o to, by przyciskać go do ziemi odpowiednio mocno. Dlatego w następnej chwili zebrał siły i odepchnął go, dbają, by przy okazji uderzyć go odpowiednio mocno. W następnej chwili był już wolny i tłumił w sobie nieposłuszną, podłą część, która odczuła właśnie rozczarowanie. Dość chwiejnie zerwał się na równe nogi, spojrzał na Francję z góry i prychnął z pewną satysfakcją.
- Mówiłem ci - rzucił wściekle i kpiąco, w pierwszej chwili zbyt zaaferowany, by dodać coś lepszego. - To tylko głupie ciało.
Sam mógł sobie poradzić z naglącym problemem, który wywołał Francja. Ale w tym celu musiał... Samochód. Tak. To było najrozsądniejsze wyjście, zaraz po tym, by rzeczywiście skorzystać z usług Francji.
Zawahał się.
- Jeśli naprawdę tego chcesz, idziemy do samochodu - stwierdził nagle z rozdrażnieniem, wbijając wzrok w Francję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Czw Gru 13, 2012 1:56 pm

- Nie słucham, bo nie masz nic ciekawego do powiedzenia. – westchnął znacząco, jakby stwierdzanie takich oczywistości było poniżej jego godności. Jakby nie spojrzeć na całą sytuację wydawała się… komiczna. To Francja naciskał, to Francis chciał mieć Arthura na tym paskudnym błocie, podczas gdy Anglia uparcie zaprzeczał, oganiał go, wciąż próbował powstrzymać. Oczywiście Bonnefoy nie uległ niemym prośbom, nie dawał się odtrącić, nie pozwalał zrezygnować. Nie byłby Francuzem gdyby teraz wstał z przepraszającą miną, przepraszając Anglika na kolanach za swoje specyficzne zachowanie. W gruncie rzeczy, Francis był ostatnią osobą we wszechświecie, która uczyniłby coś tak hańbiącego. – Przeczysz sam sobie, obaj to wiemy.
Każdy inny na jego miejscu już dawno by zrezygnował, machnął rozczarowany dłonią. Ale Francja, nawet jeśli potrafił tak zrobić, w gruncie rzeczy nie chciał by wszystko zakończyło się tak szybko. Nikt mu się tak nie opierał; nikt nie chciał walczyć, nawet jeśli ceną była ewentualna przyjemność. Arthur był gotów przekreślić wszystko, jeśli tylko Bonnefoy przekroczyłby granice dobrego smaku. Oczywiście Francis od stuleci balansował na cienkiej linii, przechylał się niemiłosiernie i bawił angielską wściekłością. Jeśli się wycofywał, to tylko na krótko, bo na horyzoncie zamigotało mu nowe zauroczenie. I tak wracał do ryzykownej gry z Anglią, uzależniony od ich wspólnych potyczek. Niebezpieczny flirt z ostrzem na szyi, ordynarne słowa w odpowiedzi na zapach armatniego prochu. Gwałtowny pocałunek za cios, posuwisty ruch bioder za strugi krwi. Ugryzienie. Zrzucenie z głowy korony. Ostre pchnięcia; unik i taniec pośród żarłocznych płomieni. To wszystko ich splatało, cienkimi, wrzynającymi się w umysł nićmi. Łączyło w wiecznej wojnie, a jednocześnie łączyło w nieracjonalny sposób.
Nikt nie musiał tego rozumieć, starczy, że oni tego nie pojmowali. Dawniej Francis zastanawiał się nad tym wszystkim przy kominku, w swojej komnacie, na rzecz rozmyślań lekko uszczuplając skład wina. Alkohol był słodki, ale nie miał w sobie tej nuty pikanterii i czegoś, co miały tylko usta Kirklanda. Smakowało inaczej, drażniąco znajomo, choć było niemożebnie dalekie do ideału. Barwą również nie przypominało angielskiej krwi, krople zbyt ochoczo spływałyby po jasne skórze. Bonnefoy obracał wtedy kielich z winem, bawił się słodyczą pozostającą na języku, kolorem królewskich rubinów. Jakiś cichy glos podpowiedział mu coś, od czego dłoń zamarła a oczy straciły przyjacielski blask. A potem niespodziewanie wstał, posyłając naczynie w kąt, wychodząc z komnaty, porzucając niepoprawne myśli. Starał się do nich nie wracać, grzebiąc je w ciemnych otchłaniach swego umysłu. Cichy głos zdusił, byle tylko nie grał w jego orkiestrze myśli głównych skrzypiec. Tak było bezpieczniej, pewniej.
- Będę, za nas dwóch. – zapewnił wspaniałomyślnie, jakby właśnie zaoferował Anglii swoją bezcenną łaskę. Pomarzy za niego, niech Arthur już teraz zacznie mu składać pokłony. Takie poświęcenie! Nie wiedział jedynie o czym, jego imaginacja działa, świetnie po prawdzie; mógłby nią obdarować jeszcze z cztery wybrane osoby, im przydałaby się bardziej w tych paskudnych czasach. – Wszystko się może wydarzyć. Marzenia się urzeczywistniają… oh, ty też marzysz. Nie wiem dlaczego muszę cię uświadamiać, że nigdy mnie nie miałeś. Szczeniak znowu coś sobie wmawia?
Mógł jeszcze użyć pospolitego „kundla”. Arthur zapewne czuł się w tym tytule wyśmienicie, zresztą sam zdążył już to zaznaczyć. On zawsze będzie ślepo posłuszny Koronie, umysł decydował za ciało. Jednak wizja Kirklanda łaszącego się do stóp swojego monarchy… non, wyobraźnia Francisa nie potrafiła temu podołać. To było za wiele – Arthur mógł we francuskim umyśle zachowywać się, eufemistycznie rzecz ujmując, wielce niepoprawnie, ale nigdy nie uchodziłoby to za skrajnie upokarzające. A korzenie się przed człowiekiem, bez względu na to jaką władzą dysponował, było zdaniem Francji hańbą. Stąd Rewolucja.
- Cały świat mnie miał, bo ja tak chciałem. Ale ty..? Nigdy, mon amour. I radzę ci to zapamiętać.
Tylko tyle, nic więcej. Mógł oddawać się Włochom, obłapiać do woli nieświadomego Hiszpana, latać za Prusakiem, a nawet składać połowie globu swoje szczególne propozycje. Ale one nigdy nie dotyczyły Arthura. Oczywiście kilka razy zaznaczał, że w razie potrzeby zaoferuje Anglii swoje niebagatelne zdolności. A fakt, że po alkoholu robili czasem rzeczy tak żenująco głupie, nie wymagał komentarza żadnej ze stron. Ot, zdarzyło się. Co nigdy nie oznaczało, że jeden się drugiemu oddał. Kirkland powinien przestać żyć przeszłością, bo w końcu stoczy się w hukiem. A Francja mu dobrodusznie przyklaśnie.
Francis powstrzymał się od przyjacielskiego uśmiechu, zachowując z pozoru łagodną twarz. Nie miał ochoty na wszczynanie kłótni o coś, co nie miało miejsca. Francja był wolny, niezależny. Księstwa, które dawno temu wpadły Anglii w łapy, odzyskał, sukcesywnie pozbywając się masy wyspiarzy ze swoich ziem.
- Non. – czy to była czysta przekora, czy też prawda, Bonnefoy ostentacyjnie pokręcił głową. – Gdyby pozwolenie było mi potrzebne za każdym razem, dostałbym zniżkę stałego klienta. – zauważył z anielskim uśmiechem, który zdawał się nieco przyblaknąć na słowa Arthura. Francja należał do opanowanych, spokojnych duchów. Lubił rozrywki wszelkiej maści, ale zakładał tyle masek każdego dnia, że trudno byłoby uwierzyć, że nie potrafi się kontrolować. Jedno pstryknięcie palcami, a złość zastępuję łagodna troska, z dna jasnych oczu wyziera sympatia, a ramiona służą jako oparcie, azyl. Chociaż wystarczy chwila, ułamek sekundy, by współczucie znikło jak ręką odjął, a w jego miejsce rozgościła się złośliwość i perfidia; umysłu intryganta francuskiego monarchy trudno się wyzbyć z dnia na dzień.
Francis nie skomentował tego sugestywnego uśmiechu – po części dlatego, że wolał wrócić do angielskiej skóry, ale również dlatego, że wolał nie odpowiadać. Bo nagle zdał sobie sprawę, że istotnie, trudno mu się teraz powstrzymać. Ni umknęły mu jednak te pieczołowicie stłumione reakcje Arthura; chwilowe spięcie, sapnięcie, nawet okolicznościowe jąkanie. Kirkland się nie jąkał. Dżentelmen mówił płynnie, miał doskonałą dykcję i zachwycał swoją erudycją. Na konferencji narody wyśmiałyby podobne zachowanie – kto by pomyślał, że kraj Korony czasem nie potrafi zebrać słów? Francis zachował to wszystko dla siebie. Z jednej strony reputacja i prestiż, z drugiej zaś chęć ośmieszenia Arthura. A gdzieś pośrodku był jeszcze głupi sojusz, przysłowiowy „szach”.
Chwilowa blokada.
Francja westchnął, przenosząc dłoń niżej. Anglia spiął się cały, jakby to były jakieś zakazane rejony, a Francis nie zapłacił cła za przejazd. Zabawne, Bonnefoy mógłby przysiąc, że Arthur miał okazję się do tego przyzwyczaić. A tu proszę, nadal uparcie morduje go wzrokiem, nieruchomiejąc. Do klifów niewiele mu brakowało. Właściwie spokojnie mógłby z nimi konkurować, gdyby w ogóle nie oddychał.
- Więcej być się nauczył przez praktykę. – odparł melodyjnym głosem, posyłając mu pewny siebie uśmiech. Wyższość czaiła się w jasnych oczach dopóki Anglia nie przełamał ich pozycji. Francis przelotnie pomyślał o drobnym błędzie strategicznym, małej nieuwadze. Cóż za strata, Anglii było do twarzy na przegranym polu. Trudno, drugi raz będzie wymagał nieco więcej koncentracji. Zakładając, że do czegokolwiek dojdzie, gdy Anglia przejawia aż tak skumulowane pokłady destrukcyjne.
- Z tego co pamiętam, ciało mi ofiarowałeś. Tylko ducha miałem nie dotykać. – zauważył, wzruszając ramionami. Miałby nie skorzystać z takiej okazji? Nie nazywałby Bonnefy, gdyby to zignorował. – Chyba, że twoja dusza również zaczęła reagować… w końcu granicę bardzo łatwo przekroczyć. A mi to nawet w smak.
Bajdurzenie o cienkiej linii między miłością a nienawiścią zawsze go bawiło. Określał to jednym słowem „niedorzeczność”. Jego zdaniem pomiędzy pojawiała się jeszcze obsesja. A miłość przychodziła później, jeśli w ogóle zdecydowała się kogokolwiek zachwycić. Za jej posłańca uchodził Francis.
Na początku udał, że w ogóle nie usłyszał słów Arthura. Wstał jak gdyby nigdy nic, prowizorycznie strzepując z ubrania błoto. Płaszcz był nie do odratowania, a po jednym szybkim spojrzeniu, Francja utwierdził się w przekonaniu, że buty również. Włosy przeczesał dłonią, koszulę poprawił z wrodzoną nonszalancją i prezentował się… umiarkowanie. Jak na kogoś kto babrał się w błocie, przekomarzał ze swoim największym wrogiem i przez chwilę nie pragnął niczego innego jak ostrego seksu, naprawdę wyglądał dobrze. Dopiero po chwili obdarzył Arthura przydługim spojrzeniem. Usta drgnęły mu w uśmiechu zwycięscy, ale nie pozwolił rozciągnąć się im w pełni, odwracając się w przeciwną stronę. Sądził, że układ nerwowy Arthura nie zdzierżyłby takiej atrakcji dłużej.
A skoro sam zaproponował…
- Rozumiem, że u ciebie łóżka wychodzą z obiegu? – podjął miłym, przyjaznym tonem. Może złośliwie sprezentuje Arthurowi jakieś łoże z baldachimem? Tak w ramach sojuszu. Bardzo szczodry gest. – Swoją drogą… auto jest dosyć daleko. Na pewno nie chcesz wrócić do poprzedniej pozycji, mon amour?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Nie Gru 16, 2012 11:27 am

- Nie wątpię, że sam jesteś mistrzem pogadanek w takich sytuacjach - wykpił go z rozdrażnieniem Anglia, niedobrze, doskonale wiedział, że w takich sytuacjach najlepiej było zachowywać lodowatą obojętność. W ten sposób zawsze potrafił zdenerwować Francję, jednak teraz... Wiedział, że stracił cholerną kontrolę nad sytuacją. Zachowywał się żałośnie, przecież wiedział, że Francja to tylko arogancki dureń, nikt więcej, choć doprowadził swoją arogancję do poziomu sztuki. To byłoby prawie interesujące, gdyby ktoś umieścił go w książce, albo nawet programie radiowym. Byle nie w jednym wszechświecie z Anglią, bo wtedy nie starczało miejsca na nich dwóch. - Jeśli nie chcesz mnie słuchać, nie musiałeś zaczynać tych cholernych rzeczy - dodał mniej więcej takim tonem, jakim odezwałoby się stado wściekłych os, którym ktoś strącił ul. O ile posiadałyby głos.
Cóż. Trudno było zachowywać rozsądek w takiej sytuacji. Nie przy Francji, nigdy przy Francji. Za każdym razem Anglia obiecywał sobie, że tym razem udowodni mu, gdzie dokładnie ma jego zdanie, że zachowa się jak na prawdziwe Imperium Brytyjskie przystało. Obiecywał tak sobie mniej więcej od tysiąca lat, gdy był młodszy potrafił spędzić dnie na obmyślaniu, jak to zrobi na żabojadzie wrażenie, zaimponować mu swoją kulturą i niezależnością. A potem spotykali się i w jakiś głupi sposób wszystkie poważne plany Anglii trafiał jasny, francuski szlag. Tysiąc lat zwycięstw w bitwach i nieudolności w życiu każdego rozstroiłyby nerwowo. Anglia mógł być opanowany, elokwentny i wiekowy przy każdym tylko nie Francji. W obecności tego idioty nagle znowu stawał się tym młodszym narodem sklepikarzy, dumnym ze swoich prostych rozwiązań i walczącym jak chłopiec z ciemnych uliczek Londynu. Doprowadzonym do szału, leżącym w błocie, unieruchomionym chłopcem. Imperium Brytyjskie wewnątrz niego składało z rezygnacją ręce, a dżentelmen odwracał wzrok. Może najwyżej sugerował coś cicho i rozsądnie, że teraz trzeba będzie wydać fortunę w pralni, żeby wyprać płaszcz Francji. Bo właśnie to należało zrobić, nawet jeśli nienawidziło się kogoś do tego stopnia, że na jego widok rozmywał ci się wzrok i nie pragnąłeś niczego więcej niż jego krwi na swoich rękach.
Płaszcz Anglii nie był wart takiej uwagi. Faktycznie, tego dnia ubrał jednen z lepszych, jakie miał, chociaż już trochę znoszony i może od sezonu niemodny. Jeśli go nie dopierze, wyrzuci i kupi nowy. Zero problemów, chociaż ostatnimi czasy zaczął sobie przypominać o tym, że każdy budżet ma granice. To był... Przykry fakt. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu nawet by się nie zastanawiał przed kupnem pałacu, by tylko zaimponować Francji. Czasy zmieniały się szybciej i boleśniej, niż by tego chciał. W takim wypadku... Może było coś pocieszającego w tym, że Francja ciągle był dupkiem. Chociaż nie w tym konkretnym momencie.
- Czy tobie wszystko trzeba tłumaczyć jak dziecku? - uśmiechnął się, tym swoim uśmiechem człowieka, do którego należy świat. Być może rozbawiło go nazwanie go szczeniakiem. Anglia zbyt wiele razy został nazwany psem, bękartem czy kundlem korony, by nie uczynić z tego zalety. - Nie musisz chcieć. Ta jedna rzecz... Nie należy do ciebie.
Były w ich relacjach rzeczy, o których się nie wspominało, a teraz Francja aż prosił się, by mu to wypomnieć. Pragnienie w jego oczach, obsesję, wieczne powroty. Może to wina tego, że byli sąsiadami, ale Anglia stwierdził, że tak mogło być przez wiele lat, zanim zamieniło się w coś głębszego. Swego czasu odważył się myśleć o tym jak o miłości, zabawne, pewnie nawet Francja nie podejrzewał, że stać go na takie myśli. Zresztą, szybko uznał, że nie o to chodzi. Znał miłość na tyle dobrze, by się jej wystrzegać. Kochał swoich ludzi, nie tylko monarchów, czasami nawet tych całkowicie zwyczajnych. Na inny sposób kochał też niektóre swoje kolonie, ale to była pogmatwana sprawa. Dobrze znał haniebny smak obsesji. Ameryka odszedł, a ostatnio w oczach Indii widział to samo, co w spojrzeniu Alfreda, gdy zaczynał się buntować. To ciągle nie było to samo, co czuł do Francji. Ich nigdy nie chciał skrzywdzić. Po prostu zaczynał im ufać, co wiązało się z obowiązkami, których nie mieli prawa złamać i które łamali. Musiałby być szalony, żeby zaufać Francji.
W końcu stanęło na tym, że żeby określić własne uczucia, Anglia musiałby wymyślić zupełnie nowe słowo. Podejrzewał, że Francja ma je od stuleci.
Prychnął cicho pod nosem, rzucając mu kolejne nieprzyjazne spojrzenie.
- Teraz zaczniemy się kłócić, która wola jest bardziej wolna? - zapytał z irytacją i to było tak cholernie niepoprawne, doprowadzające do skraju irytacji, że nie potrafił zapanować nad swoim głosem. - G-gadasz od rzeczy. Cokolwiek sobie ubzdurałeś, nie masz cholernego pra... Nie dotykaj mnie - żachnął się, co było tylko kolejną kroplą w kanale la Manche. Nic, co mogłoby powstrzymać Francję przed zrobieniem, na co ma ochotę. Bo skoro Anglia sam go zaprosił go do pokonania kanału, to kolejna kropla nie sprawi różnicy.
Oczywiście, mógł go zawsze odesłać z powrotem. Żaden cholerny Francuz nie przepłynął tu nigdy i nie wziął tego, czego chce. Anglia dopilnował, by ostatni statek francuskiej floty tonął jeszcze zanim w ogóle pomyślał o zarzuceniu kotwicy. Teraz nie mogło być inaczej, inaczej sytuacja stałaby się naprawdę upokarzająca.
Jakby już nie była.
Przynajmniej ta myśl dodała mu energii, by zrezygnować z nieludzkiego doświadczenia Francji w męczeniu innych. Gdyby nie duma, pewnie pozwoliłby im się pieprzyć na miejscu, w tym cholernym błocie. Szczęśliwie, zerwał się, chociaż nogi miał jak z waty, irytujące ludzkie ciało. Ten, kto stworzył personifikacje musiał być prawdziwym draniem. Zmieścić duszę narodu w pojedynczym worku mięsa i obserwować, jak dumnym imperium miękną kolana z podniecenia cholernym wrogiem. Sojusznikiem. Kimkolwiek.
- Niczego ci nie ofiarowałem - prychnął wściekle, obejmując się ramionami w obronnym geście. Niewygodne, natarczywe pragnienie nie pozwalało mu nawet porządnie myśleć. Po setkach latach to nadal nie było coś, nad czym do końca panował, więc... Więc chyba faktycznie było w nim coś ze zboczeńca. - Straciłeś jakiekolwiek prawo, kiedy próbowałeś wziąć to siłą.
Drugą część słów Francji skomentował tylko milczeniem. Tylko Anglia potrafił milczeć w sposób, który aż emanował połamanymi kośćmi, pourywanymi kończynami i całkiem sporą ilością krwi.
A potem... Potem jego własne propozycja go zaskoczyła. W tym momencie mógłby rozszaleć się wichura, która zmroziłaby Rosję aż do szpiku kości, a jednak jemu nadal byłoby za gorąco. Zaczerwienione policzki miał już od dłuższej chwili, ale teraz zaczynało towarzyszyć mu ponure wrażenie, że czerwienią się też uszy. Jeśli tak dalej pójdzie, będzie naprawdę wdzięczny Hitlerowi, jeśli ten postanowi zniszczyć świat.
Mimo wszystko Anglia zebrał resztki tego, co aktualnie służyło mu za opanowanie, wyprostował się i utkwił odpowiednio krytyczne spojrzenie we Francji. Oczywiście, idiota nie mógł odpowiedzieć w pierwszym momencie. Drażniące, ale kompletnie w jego stylu.
- Naprawdę, to bez sensu, co teraz robisz - mruknął, krzywiąc się dodatkowo na wspomnienie o łóżkach. - Przed chwilę chciałeś pieprzyć się po kostki w błocie. Zdecyduj się.
Rzucił mu kolejne naglące, rozognione spojrzenie, które przeraziłoby większość współczesnych ludzi i prawdopodobnie doprowadziłoby go na stos w średniowieczu, a potem obrócił się na pięcie i ignorując Francję podążył w stronę samochodu.
- Nie to nie. Zawsze mogą po prostu stąd odjechać - zauważył jeszcze głośno, nawet się nie odwracając.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Wto Gru 25, 2012 11:01 pm

- Ależ oczywiście. O czym chcesz konwersować? Pogoda? – zapytał prawie uprzejmie. Niewiele mu brakowało, by zachwycić wszystkich nienagannymi manierami. Gdyby tylko miał pochwalić się perfekcyjnym wychowaniem przed szerszą publiką, z pewnością wszystko wyglądałoby inaczej. Byłby urzekająco rozmowny, towarzyski, uśmiechnięty. Żadnej skazy na idealnej twarzy, sama życzliwość i ciepło. Ograniczyłby się co najwyżej do długich, pożądliwych spojrzeń, drobnych aluzji. Nie naciskałby na nikogo, nie pragnął nikogo tak zaborczo. Ale tutaj, w ponurym, zamglonym Dover, był tylko Anglia. Jedynie on i Arthur, ku rozgoryczeniu świata bez broni. W wyjątkowo feralnej pozycji, z dziwnie mieszanymi uczuciami i pytaniami, które nie powinny wypłynąć na światło dzienne. Najlepiej by było, gdyby pozostały na wieki bez odpowiedzi. Z taką częstotliwością wzajemnego mordobicia, nic nie wskazywało na jakąkolwiek poprawę. I dobrze, taki stan rzeczy był dobry dla obu stron. – Nazywajmy wszystko po imieniu, mon amour. Nie zauważyłem, żeby ci przeszkadzały te wszystkie „rzeczy”. – mruknął z niezachwianą pewnością siebie. Mimo wszystko kraj miłości, rozpusty i powszechnego zauroczenia potrafił dostrzec kiedy ktoś naprawdę nie chciał. A Anglia nie figurował na liście osobników objętych celibatem.
Podobnie jak Francja. Doprawdy, Francis i wstrzemięźliwość nigdy nie szło razem w parze. To byłoby niebotycznym nieszczęściem dla całego świata, gdyby Bonnefoy zrezygnował z wolnych związków. Bywał rozpustny, nie ośmieliłby się temu zaprzeczyć. Jego pałace słynęły z przepychu, zapierających dech w piersiach obrazów, ogromu złoceń, nieomal przygniatającego bogactwa. A pośród tego całego piękna, cienkimi, srebrnymi nićmi wszyto rozliczne intrygi, krwawe smugi, okryte tajemnicą szepty, rozdzierające jęki i skołtunione przyjemnością pościele. Za drzwiami urzekających salonów czaiły się wątłe kształty minionych dziejów, podrygujących niecierpliwie, wiecznie plamiących obraz idealnej rezydencji. Wśród tańczących cieni były sylwetki ponętnych dam, służby ze lśniącym sztyletem w dłoni, władców kroczących dumnie między komnatami. Każdy miał swoje brudy, nawet jeśli taiła je urzekająco piękna szkatułka. Najważniejsze były pozory, bo one utrzymywały nieskazitelną reputację.
Tak mówił jego kochany Król Słońce u kresów swego panowania. Francja uchodziła wtedy za kolebkę kultury, oazę dla sztuki, matkę bogactwa. Pałac w Wersalu po dziś dzień budzi zazdrość innych nacji, podobnie jak ciągnące się w nieskończoność ogrody. Napoleon był taki sam. Dumny, chorobliwie ambitny, pewny swego zawsze i wszędzie. Z nim Francis czuł, że żyje, że cały świat może być jego. Bonaparte wiedział jak wojować, jak obracać się w kręgu możnowładców, jak rozkochiwać w sobie kobiety. W chwili upadku potrafił poderwać połowę Francji w jeden dzień. Zdecydowanie jego największe osiągnięcie, pomijając rozliczne wojenne trofea.
Mistrz Pozorów. Prawdomówny Kłamca. Przyjazny Intrygant. Tytuły nadawali mu ludzie, którzy czasem dostrzegali więcej niż powinni. Aż dziw, że te jednodniowe motyle obdzierały go z masek, ujawniały prawdziwą naturę. A reszta państw wciąż żyła w nieświadomości, bo dla nich Francis zawsze stanowił przyjaciela. Nawet jak wznosił broń, kierując Wielką Armię ku bitwie wszechczasów, wciąż wydawał się uosobieniem łagodności. Pozory. Gdy zarzekał się, że kocha, że uwielbia, że serce by na srebrnej tacy oddał… kłamał. Mówił o miłości na tysiąc sposobów, wysławił ją ponad niebiosa, uchwycił w niej nadludzkie piękno. Możliwe, że naprawdę kochał cały świat. Tyle razy już to powtarzał, słowa wyryły mu się w pamięć, były naturalnym odruchem. Wielbił istoty piękne, a każdy kraj miał w sobie coś co przykuwało uwagę. Nie na wieczność, w końcu wszystko go nudziło. Ale na krótką chwilę, każdy wydawał się interesujący.
- Z naszej dwójki, to ty jesteś dzieckiem. A nauczycielskie wywody zostaw Ameryce, doceni. – mała podzięka za uśmiech zdobywcy. Imperium nikło w oczach, nawet jeśli Anglia jeszcze kurczowo się go trzymał. Francja nigdy nie miał specjalnych problemów ze swoją potęgą. W jego mniemaniu nigdy nie malała, a reszta świata dyplomatycznie milczała. Ilekroć sięgał dna – jeśli w ogóle, od tego należałoby zacząć – odbijał się od niego, wybijał ponad powierzchnię. Rozrósł się na Europę jak zachłanna lilia, jego korzenie wrosły głębiej niż ktokolwiek mógłby sądzić. Nie pozostawał pokonanym na długo, walczył dalej. Ilekroć upadł, podnosił się, strzepywał kurz przegranej bitwy i ruszał znów do boju. Ku chwale Francji.
Vive le France!
Krzyk jego ludzi wciąż dzwonił mu w uszach. Paryż ostatnio nie był taki sam, co rusz odzywały się w nim podszepty dawnych zbrodni. Napoleońska Wielka Armia znów maszerowała ku zwycięstwu, hugenoci uciekali przed ostrzem katolickich mieczy. Szykowało się coś strasznego, stąd te duchy przeszłości. Czekały by pogrzebać miasto żywcem. Albo ponury nastrój Francisa sprzyjał powracaniu starych upiorów.
- Udowodnisz mi to? Bo śmiem wątpić… jak we wszystko co mówisz. – stwierdził cicho, a przez jego twarz przebiegł cień. Kiedyś to wszystko wydawało się łatwiejsze. Arthur był mały, niemal niewinny ze swoim łukiem i magicznymi wróżkami. Francja był jego bratem, podawał dłoń, wspomagał… właściwie, bawił się nim. Anglia był uroczy, interesujący. Potem zaczął mieć w sobie coś, czego nie posiadał żaden inny kraj. Bonnefoy kilkakrotnie dochodził co to może być. Musiało być cenne, bowiem nie pragnąłby niczego pomniejszego od bogactwa. Dopiero później uświadomił sobie, że to nie jest nic materialnego. Nie wyciągnie dłoni i nie zgarnie wszystkiego naraz, od razu. Nie dotknie tego, czymkolwiek by nie miało być. Różne myśli kołatały się po jego głowie, niektóre z uporem maniaka spychał w ciemne kąty, próbując zapomnieć ich ciche szepty. Ale ona wracały w parze z wątpliwościami, zadawały niebezpieczne pytania, nie pozwoliły od siebie uciec. Były wieczne i wciąż niepokojące. – Sugerujesz głupoty, mon amour. Zaraz pomyślę, że to moja obecność tak na ciebie działa.
Mógł wysuwać podobne spostrzeżenia. Tylko w jego towarzystwie Anglii puszczały nerwy do tego stopnia, tylko przy Francji Anglia nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Zwyczajowo Francis uniósłby wysoko krwistą różę, ogłaszając uroczyście „to miłość”. Ale to zawsze było bardziej skomplikowane niż być powinno, zwykle ciągnęło za sobą w nieskończoność lata bitew. Z czystej miłości próbowali się zabić, targani zauroczeniem wbijali sobie nóż w plecy, a namiętność kazała im wzajemnie mordować swoich ludzi. Nawet Bonnefoy nie był tak głupi, by nazywać to wszystko miłością. Robił tak z czystej przekory, mglistej świadomości, że to co ich łączy, jest splątane, skudłaczone i miejscami poprzecinane. Niektóre nici były przypalone, inne nosiły ze sobą patriotyczne pieśni. Nie udałoby się rozplątać supłów, czas by na to nie pozwoli.
- Proszę bardzo, możemy się kłócić. Ja mam czas, tobie jak widzę jest niezmiernie wygodnie. – naprawdę nie miał nic przeciwko. Rozmowa zbliża ludzi, promile podobno również. Uśmiech jaki posłał Anglii mówił sam za siebie. Francja dostał przyzwolenie, zamierzał je w pełni wykorzystać. – Nie jesteś przekonujący. Nigdy nie byłeś, nie w tej kwestii.
Potem patrzył jak Anglia podrywa się na nogi, jak stara się wszystko odpędzić. Za późno, wystarczyłby zwykły telegram „nie chcę cię widzieć”. Właściwie było za późno o wieki, całe lata świetlne. Byli tutaj, nic już tego nie cofnie, nie odwróci. Mogą tylko pójść dalej, gorzej z pewnością nie będzie. Nie będzie miłości, to tylko przyjemność i wysiłek.
- Równie dobrze, mógłby cię teraz zacytować. – ubarwiając wszystko, a przynajmniej pokazując jak on widział to osobliwe pozwolenie. Anglia nie rzucał słów na wiatr, Francja doceniał ich specyficzną siłę. Często ją mierzył, dozował, zasłaniał się wachlarzem tysięcy zwrotów. Tylko patrzył jak Arthur reaguje na całą sytuację. Chciał, nie chcąc; uciekał, zachowując twarz. Zupełnie nieświadomy, że się spóźnił. – Nie broniłeś się jakoś szczególnie. Chyba mi nie powiesz, że to był szczyt twoich możliwości, mon amour?
Bonnefoy znów tylko spoglądał, w spokoju balansując po cienkiej nici. Raz przechylał się w lewo, raz w prawo, ale wciąż zachowywał równowagę.
- Wiesz, że milczenie oznacza zgodę? – nawet jeśli w międzyczasie zionie chęcią mordu. Zapytał proforma, na rychłą odpowiedź nie liczył. Cień uśmiechu zakwitł na jego ustach, sięgając ukradkowymi iskrami jasne oczy. Małe rzecz, a sprawiała taką radość. Dziecinną.
A propozycja… nikt nie był lepszym aktorem. Anglia bywał subtelny jak niemiecki czołg. Dlatego Francis wolał sprawdzić stan swojej garderoby niż raczyć Kirklanda porywającym monologiem o kwestii seksu w różnych okoliczność. Kwestia auta mieniła się w dziwnie ciekawych barwach, ale o tym wolałby nie wspominać.
Machnął dłonią, pozostawiając słowa Arthura bez riposty. Pieprzyć się mógł on, Francis wolał bardziej wymyślne sformułowania. Nawet jeśli oznaczały dokładnie to samo. Jak tylko Anglia się odwrócił, Francja nie miał już najmniejszych oporów przed kocim uśmiechem. Bóg mu świadkiem, zasłonił usta dłonią, gdy ruszył za Kirklandem. Modlitwy szczerego żalu będą później, teraz najważniejszy był Kirkland.
- Najpierw będziemy się… jak to sam określiłeś pieprzyć – tutaj nie powstrzymał skrzywienia, nie lubił tego słowa. Zbyt pospolite na taką osobistość jak on. – Sam wysunąłeś ciekawą propozycję, jakżeby tu nie skorzystać z obopólnej zgody..?
Nie krępował się, szedł za nim podziwiając swoje błotniste dzieło. Całe plecy, któż by pomyślał? Czyż to nie piękny obrazek? Bonnefoy miał ochotę sobie przyklasnąć. Jego wzrok mimowolnie zsunął się niżej, wciąż urzeczone improwizowanym obrazem... błota. Inaczej nie dało się tego wyjaśnić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sro Sty 02, 2013 10:46 pm

- Skończ, bo zaraz naprawdę zacznę o niej mówić - parsknął w odpowiedzi, z podirytowanym uśmiechem chyba na stałe przymocowanym do ust.
Większość krajów widziała Arthura inaczej, ale, jakby nie patrzeć, większość krajów praktycznie go nie znała. A tak się składa, że Anglia miał naprawdę spore zapasy dystansu do samego siebie - jak również i specyficzne poczucie humoru, co było kiepskim połączeniem. Sprawiało, że inni go nie rozumieli. Nie zauważali, kiedy żartował, albo nie mówił poważnie. Wynikało z tego wiele denerwujących nieporozumień. Ale... To chyba i tak było lepsze, niż Francja. Wielu nie rozumiało, Bonnefoy często zwyczajnie nie chciał rozumieć. Wolał przeinterpretować, myśleć po swojemu, wmawiać światu, jak wygląda. Dlatego też na luźną uwagę, rzuconą tym typowym dla Francji tonem, którym od ręki zdobywał bardziej zakompleksioną część kobiet, poczuł tylko, jak po raz kolejny wzrasta w nim frustracja. Była jak wściekła groźna bestia, lew, którego ktoś zamknął w klatce i dźgał kijem. Anglia miał ochotę otworzyć klatkę, otwierać ją tak często, dopóki lew znowu nie wróci na należne mu podium, a żadne kraty nie będą potrzebne.
Teraz jednak Francja próbował założyć lwu smycz i przekonać go, że tak naprawdę jest kundlem, któremu podoba się drapanie za uchem. I to... To był duży błąd. Klatka mogła istnieć, ale lew pozostawał lwem.
- Nigdy. Tylko w twojej wyobraźni - odwarknął niskim, dobitnym tonem. - Przestań sobie wmawiać, że ludzie lubią, gdy bierzesz ich siłą. To niezdrowe - dodał opryskliwej, ale nieświadomie odwracając wzrok w bok. Tak, to były te... Niekoniecznie zamiłowania godne dżentelmena. Ale był narodem i nie mógł wsadzić wszystkiego, czym był w jeden, zamknięty schemat. Na przykład fakt, że rozmnażanie się Anglików przez lata było tajemnicą światową; w miłości byli zimni jak Rosja za Napoleona, a zamiast ciepła drugiej osobny przeważnie wystarczał im termofor. Z innej strony, kojarzono ich z brudnych preferencji seksualnych. Mężczyzn czerpiących przyjemność z bycia bicia, masochistów, było tu tylu, że zboczenie zyskało przydomek angielskie. Oczywiście, nazwa była po francusku, ale... Co Francja mógł o tym wiedzieć? To nie były preferencje godne Anglii, nigdy nie pokładał przyjemności w masochizmie. Istniały tylko oddzielne przypadki, kiedy był tak sfrustrowany, że dopadała go chęć, by ktoś obdarł go z dumy, pokazał prawdziwą, mroczną stronę. Przeważnie jednak tkwiła w nim zbyt wielka potrzeba kontroli, doświadczenie i przyjemność, jaką czerpał z panowania nad kimś innym, ze zagubienia zmysłów i upijania się samymi emocjami. To też przytrafiało się rzadko. Swojej masochistycznej strony nie powierzyłby w życiu żadnemu państwu, a nie spotykał wielu ludzi, którzy zasługiwaliby, by czegoś takiego doświadczyć. Jego sadystyczna strona, cóż... Zestarzała się. Żył zbyt długo, by nad nią nie panować, a to wykluczało element namiętności, szybkiego, pozbawionego słów pieprzenia się w upodlających warunkach. Mógłby to pokochać i kochał, kochał zbyt wiele razy, by zliczyć.
Tym, co przeszkadzało mu w przyznaniu Francji racji, było właśnie opanowanie i duma. Nie ukorzy się przed nim. Nigdy, a nikt tak dobrze jak Anglia nie znał wagi i kruchości tego słowa. Nigdy.
- Żaden z nas nie jest dzieckiem - sarknął w odpowiedzi. - Za to ty jesteś dziecinny.
Ameryki nie skomentował, ignorował jego kwestię tak długo, jak potrafił. Czyli bardzo krótko. Chętnie dodałby jednak, że nie, Alfred by tego nie docenił tak, jak nigdy nie docenił nikogo i niczego, co miało związek z Anglią. Tylko, że to nie była rozmowa na teraz. Trudno mieć głowę do takich rzeczy, kiedy leży się w zimnym błocie, a Francja stara się doprowadzić człowieka na skraj... Wszystkiego. Nerwów, emocji, pożądania. Ale Anglia ciągle miał kilka asów w rękawie, nadal były rzeczy, które pozwalały mu się uśmiechać i patrzyć na Francję, jakby ten był praktycznie dzieckiem okłamującym się, że za zbicie wazonu nie przyjdzie żadna kara. Kara zawsze była. Być może stanowiła ją ta nierozerwalna, splątana nić, która bezpowrotnie ich łączyła. Stworzona ze wszystkiego, każdego uczucia z wyjątkiem miłości, ale stała się czymś mocniejszym niż ona, która mogła trwać kilka, albo kilkaset lat, a potem zwiędnąć. Ich łączyło coś mniej ulotnego, nieprzemijającego. Anglia nawet cieszył się z tej kary, bo wiedział, że na świecie nikt inny jej nie posiada. Francja mógł być gdzie indziej, kochać i doprowadzać do szału kogoś innego; ale ta nić była dla niego jak smycz i nigdy nie była za długa. Wracał, zawsze wracał, czy tego chciał, czy nie. Nić była jak niepodległe wyspy, jak monarchia i herbata o piątej. Tradycja.
Uśmiechnął się, po raz kolejny w swoim życiu ignorując fakt, że każda nić ma dwa końce.
- To tylko stwierdzone fakty. Zawsze fakty, Francjo, nic więcej - mruknął przekornie, z tą pewnością siebie, której nawet szturmująca armia nie dałaby rady zachwiać. - To ty je interpretujesz. Dobierasz do nich uczucia, jakby... Jakbym ja to robił.
Wystarczy powiedzieć, że Arthur był Anglią i zawsze tkwiło w nim coś więcej. Pragmatyzm i rozsądek w połączeniu z sentymentalizmem i głęboko skrytą uczuciowością w pewnych kwestiach; to nigdy nie gwarantowało stabilnego charakteru. Decyzje, które podejmował bywały różne, choć zawsze pilnował, by odpowiadał za nie umysł, nie serce. W większości sytuacji trudno było mu zarzucić, że coś sobie wmawia i dlatego też Francja tak niezmiernie go irytował.
W porządku, to było spore uproszczenie. To był jeden z miliarda powodów, dla których Francja go irytował.
Sapnął z irytacją i frustracją jednocześnie, potrafiąc jedynie posłać Francji wyjątkowo wymowne spojrzenie. Takie, które powinno zmienić kolor oczu na czerwony od obietnicy ilości krwi, którą zawierało. Poruszył się też niespokojnie w błocie, to wcale nie było cholernie wygodnie, ale nie był Francją, żeby się tym martwić i narzekać, jak niedorobiony paniczyk, który w życiu nie widział miecza, o rozsądnej pracy nie wspominając. Złość jednak zwyciężyła wszystko inne, Anglii udało się wstać i nie wykipieć z wściekłości.
- Nie masz czego cytować - zarzucił rozsądnie, ale bez jakiejś szczególnej mocy, nie mając siły się kłócić o każdy szczegół, jednak kolejną uwagą Francja zarobił sobie na kolejne nienawistne spojrzenie i wyraźnie zażenowany dodał dumnie: - Następnym razem będę pamiętać, żeby gryźć i kopać do upadłego, kretynie, skoro tego właśnie oczekujesz.
Na uwagę prychnął tylko z irytacją i odwrócił się, odchodząc. Nie, żeby zbyt daleko, jednak wyczuł, że Francja i tak idzie za nim. Chociaż to było oczywiste, uśmiechnął się i z irytacją przyśpieszył kroku. Starość, doświadczenie - ale potrzeba zawsze była mocna, nawet jeśli słabła, gdy Francja nie dotykał go bezpośrednio. To ciągle było... Niekomfortowe.
- Doprawdy, Francjo - zakpił, słysząc niesmak w jego głosie. - Kiedy przestaniesz brzydzić się nazywania rzeczy po imieniu? Pierdolenie, mięso wpychające się w inne mięso. To jest co, co robisz przez cały czas - wytłumaczył uprzejmie, jednocześnie otwierając drzwi od samochodu od strony kierowcy.
Odwrócił się do niego błyskawicznie, całkiem niespodziewanie. Zrobił to na tyle szybko, by podłapać wzrok Francji, który chyba pierwszy raz w historii zaczął uważać błoto za atrakcyjne. Anglia uśmiechnął się w jego kierunku kpiąco, jednak uśmiech szybko przybladł, ustępując miejsca ciągłej irytacji. Dobrze wiedział, że tymi słowami obrzydzi Francję, da mu powód do narzekania, jakby od samego słuchania tak prymitywnych wyrażeń musiał umyć uszy. Ale Arthur ciągle lubił to robić. Piękne słówka i zawiłe zdania nie zawsze robiły na Bonnefoyu wrażenia. Prymitywny język godny londyńskich przybłęd zawsze działał podobnie. Dlatego też mógł go obdarzyć tym bezczelnym spojrzeniem zarezerwowanym dla nielicznych, odsłaniającym dumne Imperium, któremu nikt nie miał prawa się sprzeciwić.
- Niepotrzebnie to wszystko zaczynałeś - oświadczył karcąco.- Mogliśmy spróbować porozmawiać jak sojusznicy - stwierdził, prychając przy tym cicho i zbliżając się do niego, chwytając ten feralny płaszcz na wysokości jego piersi. - Nie musiałoby do tego dojść. Masz rację, to będzie...
Ostatnim krokiem zmniejszył odległość między nimi, a potem jednym ruchem pociągnął płaszcz Francji obiema dłońmi i ściągnął go, uśmiechając się wyjątkowo ujmująco. Kiedy pozwolił mu spaść na ziemię, nie powstrzymał się nawet przed dociśnięciem do niego ubłoconego buta. Była w tym drobna - Francja powiedziałby, że wręcz dziecinna - satysfakcja.
- Nieeleganckie - zakończył gładko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   

Powrót do góry Go down
 
Dover [Anglia]
Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Wielka Brytania-
Skocz do: