IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Dover [Anglia]

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Nie Sty 06, 2013 9:56 pm

Właściwie mogliby rozmawiać o pogodzie. Francis w monologowaniu o ponurej pogodzie w Anglii i nieprzystępnych warunkach tego kraju uchodził za mistrza. Rzec by można, że nie dostrzegał zalet niczego, co nie było bezpośrednio związane z jego pięknym i idealnym Paryżem. Wszystkie drogi prowadziły do francuskiej stolicy, wszystko sprowadzało się tylko do niej. Londres był paskudny, nie miał duszy. Sam deszcz, wiecznie rozbrzmiewające dudnienie kropel. Bezosobowy tłum, ciemny i równie pochmurny co londyńskie niebo. Pogoda u Anglii miała to do siebie, że nawet najbardziej oddany patriota nie nazwałby jej „piękną”. Być może dlatego Bonnefoy uśmiechnął się pobłażliwie, na tym polu wyjątkowo dając Arthurowi spokój. W końcu, któż chciałby konwersować o czymś tak nużącym?
Później, od słowa do słowa, zaczynali popadać w rutynę. Żaden z nich nie chciał ustąpić – zaraz nasuwały się myśli o dyshonorze, hańbie i świadomość, że nawet jeśli aktualnie związywał ich sojusz, to wciąż długowieczni wrogowie. Być może dlatego Bonnefoy postanowił przerwać ten schemat, odpowiadał wymijającymi półsłówkami, a czasem ignorował sugestywne nuty w głosie Kirklanda. Patrząc na to wszystko z boku, z pewnego dystansu, zwykle właśnie tak wyglądały ich spotkania. Czasem kolejność mogła być inna, okoliczności również się zmieniały, ale to wciąż był ten sam, na nowo powielany schemat. Jakby próbowali coś za nim ukryć, a każde odstąpienie od surowych zasad ich spotkań, przypłaciliby nieprzyjemnościami. Zaczynali spokojnie, powstrzymując mordercze myśli tak długo, dopóki nie padła historyczna aluzja Arthura, albo dwuznaczny komentarz Francisa. Kiedyś przynosili ze sobą broń, paradowali z nią, ostentacyjnie wyzywając się od najgorszych. Drylowali między dworami monarchów, mierzyli się na innych płaszczyznach, nie stawali do otwartej walki. Ich rywalizacja sięgała błahostek, najważniejszym celem było poniżenie sąsiada. A jeszcze dawniej Francja plótł wianki, które pamiętał jak przez mgłę, a Anglia nie miał nic przeciwko jego obecności. Za grubymi tomiszczami ich wspólnej historii krył się prolog, swoisty wstęp do wszystkiego. Tak różny od pozostałych części ksiąg, że trudno nazwać go spójnym z całą resztą. Zgodnie pomijali go oboje, jakby w niespisanej zasadzie. Widać łatwiej przychodziła im wrogość. Lepiej odrywali nienawiść, nawet jeśli byli już na nią za starzy. Zostawały uprzedzenia, małe zadry w historii, wyblakłe wspomnienia bitew. Łączyło ich równie wiele co dzieliło, i nic nie mogłoby tego przekreślić.
I doszedł do tego otrzepując ubranie z paskudnego, angielskiego błota. Wielce niepokojące. Pomijał te złudne uśmiechy wyższości Anglii, to zabawne przekonanie, że wciąż jest niepokonanym Imperium. Swego czasu widywał podobne w przypadku Normandii, gdy wielki Bezimienny wierzył w swoją nieśmiertelność. Możliwe, że i we Francji wciąż tkwiło niezachwiane przekonanie, że gdyby tylko zechciał, byłby światową potęgą. Podobno przy każdej nacji, która raz liznęła smaku tryumfu na arenie międzynarodowej, czaił się cień dawnych zwycięstw. I nie odstępował ich na krok.
- Nie bądź taki skromny, mon amour. Dałeś mi dostatecznie dużo. – wspomniał mimochodem z anielskim uśmiechem. Strzepał z rękawa plamę błota, myślami odbiegając do czasów gdy coś tak karygodnego nie stanowiło dla niego aż takiego problemu. Śmieszne jak czasy się zmieniają, a kraje z beztroskich duszków, stają się materialistycznymi starymi zmorami. Chociaż bardziej pasowałoby tu określenie upiorów, szczególnie jak przybierają bojowe mundury i idą wraz ze swoimi ludźmi na rzeź.
Jak pod Sommą.
Francis westchnął, dziwiąc się samemu sobie. Jego myśli obiegały w tak skrajnych kierunkach, że nie zdziwiłby się, gdyby nagle stwierdził, że jest zakochany monarchii angielskiej. Od piątego pokolenia, kiedy to pierwszy raz przejawiło się małżeństwo francusko-angielskie.
Na szczęście, Anglia nie pozwolił mu odbiec myślami za daleko. I pierwszy raz Francja był mu za to wdzięczny. Patrzył na niego przez dłużą chwilę, z rosnącym rozbawieniem. Gryźć. Kopać. Wszystko to brzmiało zachęcająco, a jeśli dołączyć podły nastrój po zbezczeszczeniu płaszcza, Francis był gotów na to przystać. Byle tylko odgonić niemiłe myśli o krwi, rosnącą potrzebę jakiegokolwiek kontaktu z czymś niezmiennym i właściwy sobie upór.
- Uważaj na słowa, bo brzmisz zachęcająco, mon amour. – tym razem darował sobie uwodzicielskie nuty, flirciarskie przebłyski i zalotne półsłówka. Jedyne co zdradziło jego zainteresowanie był migawkowy, drapieżny uśmiech. Szybko znikł, jakby właściciel uświadomił sobie jaką niepoprawnością się wykazał. Monsieur Bonnefoy to było niewłaściwe, świergotał wewnętrzny arystokrata, patrząc nieprzychylnie zza rozlicznych wcieleń. Francis tylko machnął mentalnie dłonią, uciszając nadwątloną reputację.
To tylko Anglia, monologował, poprawiając kołnierz. Anglia ze swoją niedostępnością, niezdobyciem, walecznością i zaciętością. Władczy, cyniczny i nad wyraz frustrujący. Westchnął, zdając sobie sprawę, że to wszystko jest bezsensowne. To aż Anglia.
Nic nie poradził na to, że wolał mgiełkę przyjemnych i miłych słów. Wolał piękne oracje, kwiecistą poezję i czułe wyznania. To dawało możliwość popisu; dowód wyższości idei piękna nad barbarzyńskim plugawieniem języka. Normandia wcisnął Arthurowi język, który ten teraz hańbił i obrzydzał. Chociaż Francis lubował się w zawiłych wypowiedziach, gdzie uczucia skrywał za melodyjnymi słowami, prostota miała swój urok. Głęboko ukryty. Bardzo głęboko. Nawet jeśli zdarzyło mu się używać skrajnie upodlających słów – były poniżające, szczególnie gdy chciał uchodzić za eleganta stroniącego od podobnych niewłaściwości – nie przywiązywał do nich wielkiej wagi. Po prostu obojętniał gdy ktoś chciał go obrazić, bo uciekanie się do tak prostackich słów nie zasługiwało na jego uwagę.
- Nigdy. To proste i łatwe do zrozumienia. Nawet dla ciebie. – rzucił spokojnie, chociaż nie ukrywał niesmaku jaki odmalował się na jego twarzy. Błoto błotem, na angielskich plecach wyglądało niezgorszo, ale kpiące uśmiechy nie są na miejscu. Bynajmniej. Spojrzał na niego ponuro, nie pierwszy raz zastanawiając się dlaczego taki prostacki twór śmiał się uważać za dżentelmena. Zapewne na tych samych podstawach, co on arystokratą.
Pouczanie skwitował uniesioną brwią. Arthur miał we krwi nauczycielskie tony, czy za dużo czasu spędzał z młodymi koloniami? Zapewne w tym przypadku możliwe były obie wersje. Chociaż jego słowy miały pewien sens, Francis za nic nie przyznałby mu w tej dziedzinie racji. Poczucie obowiązku kazałoby mu sprzeciwiać się Anglii do końca własnej egzystencji, a nawet dłużej jeśli zajdzie taka potrzeba. Sojusz był… krótkotrwały. Na papierze ich rządy obiecały pomoc. Złożyły śluby wsparcia w razie zagrożenia, zapewniały bezpieczeństwo w chwili niebezpieczeństwa i potakiwały idei wieloletniej przyjaźni. Ale personifikacje nawykłe do kłótni o każdą nieważną kwestie, trudno przestawić na nagłą współpracę. To i tak cud, że jeszcze żyli , co prawda ubłoceni jak dwójka skłóconych dzieciaków ze wsi, jednak był postęp. Nie pozabijali się.
Francis zmrużył oczy. Patrzył nieufnie jak Arthur się do niego zbliża, chwilowo rezygnując z ucieczki autem. Rozsądek podpowiadał by zachować dystans, wedle szeroko rozumianych 34 kilometrów. Instynkt samozachowawczy wzruszył ramionami, nieposłuszne ciało znieruchomiało. Tylko kącik ust drżał w pobłażliwym uśmiechu.
- Moi? Ty nie jesteś bez winy. – przerwał Arthurowi odruchowo. Bo przecież Anglia kończący zdanie w obecności Francji był rzeczą niespotykaną.
Potem Kirkland postanowił zamienić się mózgiem z pięciolatkiem. Bonnefoy nie wiedział jak to zrobił, ale wszystko wskazywało na, że jakoś tego dokonał. W ułamek sekundy. Jak inaczej wyjaśnić tą dziecinność? Francuski płaszcz kosztował niemałą sumę.
Francis był materialistą. Nie sposób było temu zaprzeczyć, on sam przytakiwał takim osądom. Wiedział o tym doskonale, i nawet filozofował kiedy dokładnie rzeczy nabrały dlań tak wielkiej wagi. Do innowacyjnych konkluzji nie doszedł, rozmyślania rychło porzucił. Teraz uderzyło go to z podwójną siłą, szczególnie gdy zobaczył w zielonych oczach tą drażniącą satysfakcję. Zacisnął zęby. Lubił ten płaszcz. Wiedział, że już praktycznie go skreślił, bo błoto nie stanowiło ciekawego dodatku stroju, ale bezczelność Anglika podziała na niego jak przysłowiowa płachta na byka. Opanowanie jakie przez wiele lat pielęgnował i maska braciszka całego świata postanowiły pohasać sobie po angielskich wzgórzach.
I dobrze.
- Mais non. – zaprzeczył zimnym głosem, chwytając Arthura za ramiona. Spojrzał wyspiarza z dzikim błyskiem w jasnych oczach, popychając go mocno na samochód. Błoto, maska samochodu, siedzenie czy inne niedogodności – przyjemność można było zdobyć praktycznie wszędzie, Francja uchodził w tych sprawach za eksperta. Nieomal natychmiast znalazł się przy Arthurze, przyciskając go dla odmiany do maski samochodu. Nikt nie potrafiłby spojrzeń na nikogo z taką gamą pogardy. – To nie będzie nieeleganckie. To będzie mała usługa, za zniszczony płaszcz.
Oświadczył pochylając sią nad nim z perwersyjnym uśmiechem. Znał to ciało tak dobrze, a nigdy mu się znudzi. Szczególnie rozciągnięte pod nim.
- Możesz już zacząć kopać i gryźć. Nawet dam ci ku temu okazję. – wpił się w jego usta, chwilowo pomijając groźby o odcięciu języka. Niemal wcisnął go w maskę, jedną dłonią chwytając jego włosy, drugą rozkładając nogi.

(...ha! xD)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pią Sty 11, 2013 8:10 pm

- Wystarczająco dużo, tak? - Nawet w obecnym stanie był w stanie okazać kpinę samym głosem, brzmiąc jak ktoś, kto dla świętego spokoju przyznaje dziecku, że dwanaście lat to dużo. Oczywiście, nie zmniejszyło to jego irytacji i zniecierpliwienia, ale te dwa uczucia były już w praktyce rodzajem aury, którą przynosił ze sobą Francja. Doprowadzającej do szału, nie znikającej, trwałej aury. Anglia niejednokrotnie tłumaczył sobie, że to żałosne, wiecznie ulegać głupim dogryzkom, dziecinnym prowokacjom i żałosnym przekomarzaniom, takim, ja cała dzisiejsza sytuacja. Nigdy nie doprowadziły go do niczego wartościowego, chociaż siniaki i francuska krew na rękach niosły spore pokłady satysfakcji. - Ha... Nigdy nie miałeś tak dużych wymagań, co, Francjo.
Nie zapytał a stwierdził, a co do dokończenia zdania, można się spierać, bo urwał dziwnie nagle. Ledwo obrzucił pogardliwym spojrzeniem na Francję, rejestrując jego bezsensowną próbę pozbycia się błota z rękawa. Jednak Arthur stracił i tak niewielkie zainteresowanie tym faktem, bo dochodzący do głosu rozsądek podpowiadał, że w tym momencie najlepiej byłoby znaleźć się przy samochodzie. Im szybciej tam dojdą, tym szybciej stanie się to, co ma się stać, Anglia pozbędzie się niewygodnej potrzeby, a potem będzie mógł spokojnie wywalić Francję ze swoich wysp i szczerze go nienawidzić za to spotkanie. I tak aż do następnego razu.
...nie, żeby następnym razem planował pozwolić na coś takiego. W krótkim czasie wydarzyło się tyle rzeczy, że nie wiedział, w którym miejscu popełnił największy błąd. Prawdopodobnie w tym, w którym wybrał odludzie na miejsce spotkania. Albo kiedy dał się rzucić na plecy i rozmawiał, zamiast działać. Może to wina obecnych czasów? Ostatnia polityka sprawiła, że więcej mówił, niż robił. Czyli... Próbował łagodzić sytuację, zamiast walczyć? Cholera jasna. Jeśli to o to chodzi, to następnym razem po prostu wrzuci ordnance SBML 2 do bagażnika. Pięciokilogramowa moździerz może sprawi, że Francja zastanowi się dwa razy.
Plan powstał w głowie Anglii już, zanim Bonnefoy rzucił... Jedną z tych głupot, które zwykle rzuca. Tylko, że tym razem Anglia spojrzał na niego z większym zainteresowaniem. Ten ton głosu był taki... Całkiem inny niż zazwyczaj. Widać, żabojadowi też kończyła się cierpliwość, co Arthur uznał za dobry znak. Oczywiście, w innej sytuacji byłby to znak skrajnie zły, jednak w tych okolicznościach i w głębi duszy, Anglia prawie się ucieszył z tej drobnej, łatwej do przegapienia słabostce. Musiał przyznać, że Francja w ten sposób zawsze brzmiał lepiej. Odświeżająco, bardziej ludzko niż by tego pragnął. Anglia uśmiechnął się kąśliwie.
- Nie będzie zachęcająco, kiedy zaczniesz skamleć o litość - podsunął z zacięciem, ignorując wszystko, co do tej pory zauważył.
Następną odpowiedź Francji potraktował cichym, wiele mówiącym prychnięciem. Wcisnął do kieszeni kluczyki od samochodu i obrócił się na pięcie, po raz pierwszy od krótkiej chwili mierząc Francuza spojrzeniem. Pomyślałby kto, że po tylu latach przywyknie do tego irytującego, nieprzyjemnie wrzynającego się w umysł widoku. A jednak, za każdym kolejnym razem Anglia czuł to samo, drzazgę na nowo wdzierającą się w łapę lwa. Taka niewielka, żałosna rana i tyle razy zaśmieciła mu umysł. Czemu nie mógł nigdy z tym skończyć? Niech go szlag trafi, że dalej nie może.
Ale jedno zawsze przynosiło mu tą samą radość. Ten moment, w którym wygrywał, ta świadomość, że podkopał mu grób, zrobił coś na złość. Nawet jeśli to miało być tylko głupi płaszcz. Dotknął materiału prawie pieszczotliwie, badając go opuszkami palców i ściągając rozmyślnie powoli. Zwykła, głupia rzecz. Za miesiąc i tak by ją wyrzucił, stwierdził, że wyszła z mody, albo wmówił sobie inną bzdurę. Ale w tym momencie zniszczenie płaszcza było najłatwiejszym sposobem, by zmanipulować Francję. Anglia uznał, że to naprawdę zabawne, a teorię za wartą sprawdzenia. Jak daleko podsunie się Francja tylko z powodu tego cholernego... Ach.
Obdarzył go kpiącym uśmiechem, w duchu przygotowując się na to, co nastąpi za najwyżej moment.
Pod wpływem nagłej siły zachwiał się, cofając się do tyłu w kompletnie bezużytecznej próbie zachowania równowagi. Jego ciało natrafiło na przeszkodę, a Francja tylko mu w tym pomógł. Uderzenie w maskę samochodu na krótki moment odebrało mu dech w piersi, przed oczami pociemniało. Wszystko wróciło do normy w ułamku sekundy, w końcu to nie było nawet silny atak. Francja nie bywał silny, a nagły. Ale tego... Tego Anglia i tak doskonale się spodziewał.
- Twoja stała usługa, co? - wycedził, z trudem utrzymując głos na granicy neutralności. Gorąco, które niepowstrzymane rozlewało się po jego ciele falami nie miało nic wspólnego z nagłym uderzeniem. Ciągle nieco rozkojarzony zogniskował wzrok w oczach Francji, jaśniejących tym zbyt znajomym błyskiem. Zdołał się uśmiechnąć ze złością, jednak szansa na odpowiedź legła w gruzach, bo w końcu każdy dżentelmen wie, że nie mówi się z pełnymi ustami.
Tym razem odpowiedział na pocałunek, ale zabiłby każdego, kto oskarżyłby go o entuzjazm. Przynajmniej tym razem nie było w nim nic udawanego i choć raz świadomie przygryzł jego język, nie zrobił tego, by przerwać.
Przylgnął do Francjo, oplatając ramionami jego plecy i przerywając pocałunek, by złapać oddech, nic sobie nie robiąc z ręki zaciśniętej na włosach - za to nogi momentalnie przysunął z powrotem do siebie, przerywając pocałunek i wbijając w Francję kolejne kpiące spojrzenie. Z tej odległości kompletnie nic się nie zmieniało.
- Jesteś cholernie banalny - wytknął mu nieco zdyszanym głosem. - Grasz... Jak ci zagram. Twoja kolej na gryzienie i kopanie, durniu, tylko... Postaraj się - parsknął cicho. Wyraźnie brakowało mu oddechu, ale to nie przeszkadzało w posiadaniu ostatniego słowa. I udowodnieniu, że to on śmieje się ostatni. - Nie spieprzyć tego.


[Haha...]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sob Sty 12, 2013 8:36 pm

- Oczywiście mógłbyś dać więcej. Jak kiedyś w Amiens. – zauważył mimochodem, chwilowo zbyt skoncentrowany na strzepywaniu błota z rękawa. Piękny, nowy płaszcz. Może dałoby się jeszcze coś z nim zrobić? W Paryżu jest kilka pralni, krawiec mógłby odratować mankiety. Co prawda niedługo należałoby zmienić garderobę. Jako Francja powinien prezentować się należycie. Ludzie byli wzrokowcami, wygląd równał się w ich oczach statusowi, wysokiej pozycji społecznej; budził szacunek i przysłaniał wiele wad. Prócz tego, Bonnefoy po prostu lubił dobrze wyglądać. Czuł się wyśmienicie w żywych kolorach, aksamitach, jedwabiach, fałdach zwiewnych apaszek, eleganckich szali, skryty w objęciach szorstkiego materiału koszuli. Strój świadczył o stylu, o gustach i własnej wartości. W dodatku jego stolica była uważana za serce mody, nie mógłby zbezcześcić tak chwalebnej reputacji. To byłaby nielojalność względem swoich ludzi. – Moje wymagania to za wysokie progi dla ciebie, mon amour. Zniżam się do twojego poziomu, doceń to, miły.
Tym razem nie umknęła mu nuta kpiny w słowach Anglii. Obdarzył Arthura anielskim uśmiechem, chociaż w jasnych oczach błysnęła szczypta zainteresowania. To stwierdzenie brzmiało… czegoś w nim brakło, chociaż Francja wolał nie dochodzić czego dokładnie. Odnotował w myślach każde jego słowo, stwierdzając jednogłośnie, że przemyśli tą niepewną kwestią innym razem. Spokojnie, zasiądzie w fotelu, przejrzy dokumenty, rozprawi się raz na zawsze z rozlicznymi aktówkami i poświęci chwilę filozofowaniu nad zachowaniem Anglika. Nieomal wyśmiał swoje własne myśli. Czasy gdy Arthur zajmował go do tego stopnia dawno minęły. Aktualnie trwali w zawieszeniu, względnym wstrzymaniu broni od czasów Entente cordiale. Na początku Francuz sądził, że z końcem pierwszej Wojny rzucą się sobie do gardeł, jak to mieli w zwyczaju. A tu proszę, żyją w zgodzie. To wszystko sprzyjało zapominaniu od dawnym wrogu, ignorowaniu 34 kilometrów i kochaniu całego świata.
Francja nie mógł wprost uwierzyć, jak naiwnie okłamuje samego siebie.
Cień Wielkiej Brytanii wciąż gdzieś się czaił w jego umyśle, uparcie wypływał na wierzch. Strzelał do niego, topił, ciął mieczem, ale to wszystko przypominało niezatapialny okręt – nie imały się go kule armatnie, pociski, oszczerstwa. Anglia był w tym samym miejscu od setek lat. Wieki nie mogłyby zmienić tych parszywych trzydziestu czterech kilometrów.
A historia również nie chciała jakoś pomóc w izolacji od Anglii. Przegrana, wygrana, sojusz, pokój, walka, bitwa, oblężenie. Aż dziw, że nie gubili się w datach. Rany goiły się szybko, blizny zostawały na zawsze. Zdarzało się, że przypominały się dawne kontuzje, a ostatnio dochodziło też coś na kształt emerytowanej melancholii. Francja wolał uciekać od niej jak najdalej, bo trącała nieprzyjemne nuty i tak roztrojonego już instrumentu. Choć może czasem, gdy Francisowi wpadała w ręce pseudohistoryczna książka, zastanawiał się jak to naprawdę było. Ludzie patrzyli na wszystko inaczej, dla jednych jego największe zwycięstwa były zrządzeniem Losu, dla innych taktycznym geniuszem. Każdej potyczki nie mógłby spamiętać, duchy krajów mają to do siebie, że dzielą swoją uwagę na cały kraj. Mógł walczyć pod Orleanem, a jednocześnie czuwał nad Bretanią. A teraz… w obecności Anglii wolał skoncentrować się na własnym płaszczu. Ale krocząc za nim nie mógłby nie skorzystać z okazji, by cieszyć oczy tym rzadkim widokiem. Brakowało jeszcze kapitulacji do kompletu.
- Nigdy nie skomlę. O litość błagają ludzie. – był zbyt dumny by padać na kolana. Nie upadał, nie miał tego w zwyczaju. Odwrót? Czemu nie, zwłaszcza gdy zwycięstwo było niepewne. Pokój? Również nie miał obiekcji. Utrata kolonii? Nie był do nich szczególnie przywiązany, a nawet jeśli, to wciąż starał się utrzymywać z nimi kontakt. I obdarzać miłością. Ale nigdy nie upadł, nie błagał o litość. Francja był krajem dumnym, przepełnionym pewnością, że ze światła niedawnej potęgi nie wychodzi się tak szybko. Wiedział, że się mylił. Wiedział też, że gdyby jego ludziom groziło niebezpieczeństwo, w ostateczności odrzuciłby swoje ideały. Ale dopóki jest Francją, dopóty nie będzie skomleć. A z pewnością nie przed Anglią. – Ale potraktuję to jak prośbę, bym wydobył z ciebie takie urocze dźwięki.
…może wiedział, że to tylko jakiś misterny plan Anglika. Może wiedział, że to tylko głupia reakcja, którą powinien porzucić. Czasy gdy rzucali się na siebie tak gwałtownie minął wieki temu. Teraz wszystko było subtelną, wyrafinowaną grą. Byli tylko oni na wielkiej scenie zwanej światem. Zdradzały ich gesty, drobne złośliwości i wieczne 34 kilometry. Ale nikt nie ośmieliłby się zasugerować, że grali fatalnie. Ich relacja zakrawała na aktorstwo wyśmienite.
Dłonie Arthura poruszały się niemal czule, tak pieszczotliwie i wolno, że Francja przez ułamek chwili naprawdę zwątpił w jego zdrowie psychiczne. Zaraz potem empatia znikła, dokładnie w momencie spotkania ubrania z błotem.
Za wszystkim musiał stać sojusz. Innego wytłumaczenia nie widział.
Fakt, że nawet pod przykrywką wściekłości chciał zdobyć Anglię, traktował jako nadprogramowy dodatek. Palące pragnienie wróciło gdy tylko przyszpilił go do maski samochodu, już nawet nie tłumacząc tego wszystkiego płaszczem. Arogancja Arthura i świętego by rozgniewała. Nie będzie się z tego spowiadał.
- Dla ciebie? Owszem. Tylko na to możesz liczyć. – nieomal wyśpiewał, przyklaskując swojemu opanowaniu. A przynajmniej tak chciał nazywać ten ostatni zryw wewnętrznej elegancji, który uważał, że byłoby szczytem niepoprawności gdyby zdradził się niecierpliwością. Tylko wzrok go demaskował, ukazywał to wrośnięte w serce pragnienie by mieć Anglię tylko dla siebie. Każdy cal, najmniejszy skrawek.
Syknął, gdy Arthur go ugryzł, ale nie przerwał pocałunku. W odpowiedzi szarpnął go za włosy, ignorując dreszcz, który złośliwie przebiegł przez jego ciało. Nie mógł zapomnieć, że Anglia nie był jak wszyscy inni. Nie dawał się tak łatwo zdobyć. Nigdy.
- Banalny? – powtórzył za nim, sam starając się zrównać oddech. Na drugi raz nie ulegnie tym ustom. Ale teraz może do woli z nich korzystać, nawet jeśli Anglia odgryzie mu język.- To nie ja leżę na masce samochodu. Widać pozycja ci odpowiada. – zauważył posyłając mu pełen wyższości uśmiech. – Jestem profesjonalistą, nie będziesz narzekać. Nigdy nie narzekasz.
Przeniósł pocałunki na linię jego szczęki, kąsając zębami drażliwą skórę. Wzmiankę o gryzieniu potraktował poważnie, najdłużej zakotwiczył ustami przy zgłębieniu jego szyi. Kopanie było zbyt dziecinne, wolał pozostawić je Anglii. Dłoń, którą rozsunął jego nogi, przeniósł wyżej. Znał to ciało tak dobrze, że mógłby naszkicować je w każdej pozycji, z precyzją jakiej pozazdrościłaby mu reszta świata. Może dlatego wciąż lubił do niego wracać, bo to było coś stałego. Anglia nie miał w zwyczaju się zmieniać. Guziki miały to do siebie, że dla zwinnych, francuskich palców nigdy nie były problemem. Czy to angielska koszula, czy płaszcz, zwykle wygrywał Francis. Teraz również nie było wyjątku.
- Brakuje tylko świec, nie uważasz? – zauważył z ustami przy szyi Anglii, dłonią przebiegając po nagiej skórze. I wygodnego łóżka, ostryg, księżyca w pełni… chociaż nie, w gruncie rzeczy wszystko pasowało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Pon Sty 21, 2013 7:49 pm

Anglia przez ułamek sekundy patrzył na Francję pusto. Przez jego pamięć przebiło się Amiens, błoto i Somma, huki wystrzałów i żołnierze padający jak muchy. Jego armia i armia Niemiec, nic więcej poza bólem, skrajnym zmęczeniem i wojną, która wydawała się nie kończyć. Dlaczego Francja wspominał akurat to? Amiens... Jak łatwo było wykorzystać wspomnienia o wojnie, by zapomnieć o starym upokorzeniu. Prawie się do siebie uśmiechnął. Jak mógł zapomnieć o czymś takim?
- Jedna wygrana nigdy nie uczyniła cię zwycięzcą - oświadczył kpiąco, pragnąc ukryć nerwowość związaną z tym miejscem. Miejscowość, która nigdy nie przyniosła mu dobrych wspomnień, ale Francja bardzo lubił wypominać te nieliczne momenty, kiedy górował nie tylko nad Arthurem, a nad Anglią. To nie jest akurat ten rodzaj rzeczy, o których lubił myśleć, gdy przychodziło mu do wspominania wspólnej historii. Stało się jasne, dlaczego wolał już okopy i karabiny Wielkiej Wojny. - Och tak, opowiedz mi o tym więcej. Chętnie posłucham - wykrzywił usta w parodii uśmiechu. Czasami zakłamana wizja świata według Francji była tak żałosna, że nawet Anglia tracił wieczną cierpliwość do wytykania mu każdego szczegółu. W końcu niczego mu nie brakowało. Był silnym, niezależnym krajem i chociaż jego własne ziemie nie były niczym opływającym w dostatki - nie miał ani złóż, ani niczego szczególnie cennego z wyjątkiem owiec - tak pozostały praktycznie niezdobyte. Tylko raz oddał je Holendrowi, ale szczerze, nikt nie wytrzymałby tyle czasu z szaleństwem króla. Poza tym dokonał wspaniałych rzeczy, które nie udały się żadnemu innemu narodowi. Był Imperium Brytyjskim, a fizycznie nikt nie mógłby mu zarzucić niczego innego niż brwi, które Anglia szczerze lubił. To Francja nie dorastał mu do pięt. Mógłby najwyżej lizać mu buty. Czasami, kiedy Arthur pozwalał, mógł lizać też inne rzeczy. Oczywiście, gdyby nie miał ochoty, bardzo łatwo zmusiłby go, by przestał, co udowodnił chwilę wcześniej. Dokładnie, powiedział sobie, przełykając ciężko ślinę. Gdyby chciał, natychmiast by to przerwał, ale po co, skoro żabojad doskonale znał się nad tym, co robi? Anglia miał w ustach co najmniej sto kąśliwych uwag na ten temat, ale, że miał też język Francji, chwilowo nie wypowiedział żadnej z nich. Tylko patrzył, szeroko otwartymi oczami, przez cały ten czas przyglądał się twarzy Francji, włosom opadającym w dół. Łaskotały mu policzki, a długi pocałunek odbierał oddech. Plecy ciągle bolały od uderzenia, maska samochodu była zimna i twarda, błoto z klifów towarzyszyło mu nieodłącznie. Ale mimo to wszystkie te niezręczności były banalnie proste do zignorowania, bo liczyło się tu i teraz, żadna przeszłość, przyszłość, żadna zgnieciona reputacja. Tym będzie się martwił potem. Ostatecznie i tak za bardzo przejmował się tym wszystkim.
W jego spojrzeniu pojawił się cień złośliwej satysfakcji. Francja, który dyszał był Francją, który sam powoli tracił kontrolę. A na tym polegała zabawa. Anglia nie mógł pozwolić na to, by tylko on był tym bez kontroli (nawet, jeśli miał kontrolę, oczywiście, że tak).
- Pozycja nie ma tu nic do rzeczy - odgryzł się ciężko i umilkł, czując, że słowa powoli stają się zbędne i irytujące. Im więcej mówi, tym Francja więcej odpowiada, a wtedy to wszystko potrwa wieki. Anglia nie miał tyle czasu.
Dalej... Było irytująco. Znajome uczucie powróciło z całą mocą, nagląca, drapiąca zmysły przyjemność. Razem z kolejnymi falami gorąca, z szalejącą krwią, w Anglii mieszała się wściekłość, bo naprawdę, nienawidził, kiedy Francja robił to tak wolno. Kiedy każdy dotyk groził utratą zmysłów i opanowania dżentelmena, a on chciał po prostu przejść dalej, nie dać idiocie tej cholernej satysfakcji.
- Nie gadaj tyle - prychnął i wykonał dość żałosną próbę, by wyrwać się i usiąść, przejmując kontrolę. Bonnefoy jednak nie miał zamiaru niczego oddawać a Anglia chyba nie miał już siły dłużej o to walczyć. Wszystko co mógł, to nienawistne spojrzenia i kwaśne uśmiechy, ale nawet wtedy wyglądał, jakby, mimo wszystko, nie robiło to na nim aż takiego wrażenia. - I skończ z tym ślimaczym tempem. J-jeśli obślinianie mnie uważasz za namiętność...
I tyle w kwestii nie narzekania. Widać Francja Anglii nie docenił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sob Sty 26, 2013 8:44 pm

Błoto Dover miało to do siebie, że przylegało na dłużej. Nie tylko do butów, drogich ubrań czy pleców. Francis oczyma wyobraźni już widział swój jutrzejszy dzień, kiedy nie pierwszy i z całą pewnością nie ostatni raz będzie się zastanawiać, dlaczego kontakty z Anglią są tak skomplikowanie… skomplikowane. Jeśli już dochodziło do rozmów, musieli się pokłócić. Wszelakie romanse nie wchodziły w grę to przecież był Anglia. Wielka Brytania. To automatycznie wykreślało z jego życia niuanse towarzyskie. Tak więc wszystko co działo się do tej pory było wielce nieodpowiednie. Nie stanowiło żadnej nowości, przeżyli o kilka wieków za dużo by unikać swojej cielesności jak cnotliwe panienki. Niejednokrotnie dali się omamić impulsom, chwytali się łapczywie chwili, walczyli ze sobą na grząskim, wyjątkowo niepewnym gruncie. Nawet te pojedyncze, migawkowe momenty gdy ulegali swojej groteskowo ludzkiej naturze, wpisywały się drobnym druczkiem w tomiszcza ich wspólnej historii.
Między nienawiścią a miłością nie ma cienkiej nitki, którą tak łatwo przeciąć, a jeszcze łatwiej przekroczyć. Jedyne co może wystąpić pomiędzy skrajnościami jest obsesja i swego rodzaju przywiązanie; minęły lata gdy jeden udawał przed drugim, że nie został zdobyty. Wolno, osowiale cofały się w cień ich potęgi, tytuły i zaszczyty. W przypadku Francji następowało to nieco szybciej, ale blednąc wciąż podtrzymywał status przodowego państwa Europy. Starzał się z klasą, jak to mawiali niektórzy. Francis tylko uśmiechał się pobłażliwie, patrząc oczami światłych dziejów. Starość spotkała go już dawno, nie pozostawiając śladu w idealnej powierzchowności. Czaiła się tylko w przeżartym wojnami, nędzą i głodem sercu. Wybijała rytm słabnącego mocarstwa, wspominała dudnieniem napoleońskie zwycięstwa, krążyła po wodach wraz z Marine Nationale.
Jednak, stwierdził patrząc z góry na Arthura, na niektóre rzeczy nie bywał za stary. Przy Anglii zapominał nawet o Wielkiej Wojnie. Brakowało mu tych czasów gdy rzucali się w wir bitwy, a sprawy układały się jasno. Ja cię zabiję – ziemia jest moja, ty mnie zranisz – oddam ci z nawiązką, a ten ochłap ziemi dostaniesz na rok. Wszystko wydawało się takie łatwe i dziecinnie proste.
- Na szczęście wygrałem więcej niż jeden raz. Przypomnieć ci wszystko ze szczegółami, czy pamięć aż tak bardzo ci nie szwankuję, mon amour? – zawsze lubił wspominać rewolucję amerykańską. Uwielbiał patrzeć jak zachodzą zmiany, jak w nieważkich duchach pojawia się siła i pragnienie wolności. W dodatku była to doskonała okazja do wbicia Anglii francuskiego sztyletu w dumę, tego nie mógłby przegapić. Nie nazywałby się Francją gdyby zignorował Alfreda. Był ciekawym ewenementem na tle angielskich kolonii, sprzeciwił się z całą swoją niewinnością i zdecydowaniem. Z dziecka w jednej chwili stał się dorosły, jego ludzie dostrzegli w nim swoje państwo. Wybrali go, tak jak kilka wieków wcześniej wielu mu podobnych. Widok Anglii, który tak usilnie odganiał od siebie myśl o utracie Ameryki był niezwykle pochłaniający.
A kapitulacja? Mógłby stanąć przy sztaludze już teraz, ten akt wielbił całą swoją francuską duszą.
Chociaż wolał gdy Anglia upadał tylko przed nim. Wtedy wszystko było idealne. Szkoda tylko, że był to widok unikatowy, niewiarygodnie rzadki. Chodziły pogłoski, że nie istnieje. Jak jednorożce, a niektórzy przecież wierzą w te kopytne stworzenia. Więc Francis raz na jakiś czas może pomyśleć, że pokonany Arthur również istnieje.
Przewrócił oczami, gdy Anglia dodał coś od siebie. Złośliwie mógłby zacząć mówić o wszystkim – pogoda, bo była paskudna, angielska i naturalnie źle wpływała na jego samopoczucie; otoczenie równie okropne co wszystko inne związane z Anglią; sojusz, bo w końcu po to się spotkali, mieli się zachowywać jak przystało na starsze, obeznane ze światem narody; nawet polityka pasowałaby do idealnej koncepcji francusko-angielskiej konwersacji. Z drugiej strony aktualne położenie wydawało się chwilowo… bardzie zajmujące.
Arthur dźwignął się w żałosnej próbie, ale Francis nie ustąpił. Przemawiała przez niego nagląca potrzeba zdobycia Anglii – nawet jeśli to było tylko ciało, tylko namiastka brytyjskości, która buchała w nieśmiertelnym duchu. Po wspomnieniu Normandii, po całej sprzeczce i mimowolnym, przekornym dotyku nie miał zamiaru ustąpić.
- Prawdziwa namiętność w twoim słowniku to pieprzenie się po kątach, mon amour. Mam dzisiaj ochotę na coś więcej, więc lepiej ty siedź cicho. Dasz radę? – zapytał dla formalności, niespecjalnie przejmując się słowami Arthura. Jakby kiedykolwiek miały one dla niego znacznie. Pewnie miały, jak didaskalia w dramatach. Mógł je zignorować, ale byłoby to kłopotliwe. Chociaż interpretować mógł je dowolnie.
Nawet użył tego hańbiącego słowa. Dieu, musiał zważać na język.
Wolał przypomnieć sobie każdą bitwę stoczoną z Arthurem, przemykając dłonią po jego znajomym ciele. Tu, gdzie palce zacisnęły się mocniej powinno być przeklęte Poitiers, małe, a dla Francji wyjątkowo bolesne. To Arthur winien mieć bliznę z przegranej z Francisem, nie na odwrót. La Rochelle było niżej, musiał przebiec palcami inne walki, potyczki i bunty. Anglia odnajdywał się w wojnach, w morskich górował; Francja wolał mamić, ewentualnie zdobywać sąsiadów. Amiens też gdzieś się kryło, zabliźnione, minimalne na całej mapie historii Arthura. Ale było i to Francji wystarczało. Podobnie jak ich bitwa w Zatoce Chesapeake, nawet Ushant.
Zjechał dłonią niżej, czując pod palcami minione lata. Mógłby wyszukać jeszcze Wojnę Dwóch Róż, bo jej zawsze był ciekawy. Jednak pojawiała się szansa, że znajdzie jakąś starą pozostałość po Normandii, bliznę, której nie chciał dotykać, którą wolałby wypalić, wyciąć w skrajnej desperacji samemu wydrapać. Świadomość podpowiadała mu co to za gorące pragnienie, zaślepienie, które go dopadało gdy sprawy przebierały ten obrót. Spychał wtedy wszystko daleko w głąb umysłu, każąc sobie zapomnieć rok 1066. Mógł mieć Anglię. Anglię.
I tym razem rozsunął siłą nogi Arthura, za mocno dociskając jego udo. Nachylił się nad nim, tylko po to by spojrzeć mu w oczy, z całą powagą i tlącym się w pociemniałych tęczówkach pragnieniem… czegoś. Przez chwilę pamiętał jakie pytanie miał zadać. Doskonale wiedział co powiedzieć, jak nie przebierając w słowa dowiedzieć się najważniejszego.
W ostatnim momencie zrezygnował. Palce znów odpięły pas Anglii, biodra Francji naparły może zbyt chętnie. Dłoń zacisnęła się nagle, jak wcześniej, tylko teraz nie wydawała się nastawiona na samą lekcję poglądową. Do Francisa wróciło marudzenie Arthura o ślimaczym tempie – stąd z cieniem złośliwego uśmiechu jego ręką podjęła wolny rytm. Sam usilnie starał się zapanować nad oddechem, sprawiać pozory eleganckiego bytu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Nie Sty 27, 2013 9:15 pm

Przypominać? Anglia pamiętał wszystko, co tylko powinien. Każdą bitwę, każdą wojnę, każdy sztylet podrzynający gardło i arszenik ukryty w najbardziej pomysłowych miejscach. Każdą drobnostkę, która postawiła go chociaż o stopień powyżej Francji. Nie wszystkie z tych rzeczy były istotne, ale za to czasem niezwykle przyjemne i idealne do wspominek. Za to przegrane bitwy... Wiedział tylko, że czyniły go silniejszymi. Może i Francja miewał swoje przelotne wzloty, ale dzięki temu Anglia lepiej i lepiej wiedział, co musi zrobić, by następnym razem podciąć mu skrzydła. To było łatwe, zamieniać porażki w zwycięstwa, pozwalać złym wspomnieniom blednąć. Wierzyć, że na świecie nie ma niczego, co uczyni go słabszym. Najprościej było wierzyć, że chwile słabości nie istniały, skoro zamienił je w siłę.
Przegrywał bitwy ale nigdy wojny.
- Wygrywałeś pojedyncze bitwy - wyjaśnił z nieukrywaną satysfakcją. - Nigdy wojny. Do czego cię to doprowadziło, Francjo? W pewnym sensie błagasz o to, żeby mnie mieć.
Tak. Najlepiej było udawać, że słabości nie istniały, że należą tylko do innych. Śmiać się w ich twarze, bo wtedy nie mieli czasu, by śmiać się w jego. Rzadko odwracali kota ogonem, to byłoby niegodne i, co ważniejsze, ludzie z natury woleli wierzyć temu, kto oskarżył pierwszy. Z drugiej strony Anglia nie lubił myśleć, że w ten sposób odsuwa od siebie jakiekolwiek oskarżenia. Choćby dlatego, że Francja nie był człowiekiem i miał czelność, by zawsze zachowywać się wbrew zasadom Anglii. Chociaż i tak był na przegranej pozycji. Koniec końców, to Arthur lepiej nad sobą panował. W końcu dokładnie na tym polegało bycie Anglikiem, na panowaniu, kontrolowaniu własnych emocji, odsuwania ich na bok. Mógł być powściągliwy, ale nawet najlepszy kapitan nie mógłby utrzymać steru podczas burzy. A te wszystkie ciemne uczucia do Francji, które posiadał, bywały gorsze niż sztorm. Kiedyś jeszcze sądził, że może to zignorować, raz czy dwa i zgodnie z własnymi instynktami sięgnąć po to, czego chce. Zawsze tak robił, przez setki lat, od czasów wojny stuletniej, a kiedy nie mógł zniszczyć Francji, zabrał wszystko inne. Przejęcie Kanady było największą przyjemnością i to nie tylko w ramach zemsty za pomoc udzieloną Ameryce. Liczył się każdy sposób, który sprawiał, że Francja cierpiał trochę bardzie i trochę mocniej go nienawidził. Arthur cenił tą nienawiść dużo bardziej niż to normalne - gdyby takie słowo miało twarde podstawy w ich relacjach. Obsesja na punkcie Francji bywała wręcz niezdrowa, ale, tak samo jak ze wszystkim w swoim życiu, Anglia uczynił z niej siłę, która tylko pchała go do przodu. Popełniał przez to więcej błędów, a porażki bolały znacznie bardziej, jednak wiedział, że prędzej woda w La Manche wyschnie i połączy ich ziemie, niż to uczucie zniknie. Mógł tylko je zaakceptować, a z czasem - zapanować nad nim.
Ale to nie sprawiało, że czuł się choćby odrobinę mniej wściekły przez to, że to on wylądował na masce i nie miał już siły, by się kłócić. Mógł tylko udać, że to kolejny atut, poza tym... Preferował widok Francji pokonanego i upokorzonego, a nie osiągnąłby tego w ten sposób. Musiałby pokonać go w walce, odebrać coś cennego... Ach, no tak. Byli sojusznikami.
- Pieprzenie się po kątach jest ciekawsze niż to - sarknął tonem dowódcy karcącego nowicjuszy. O ile dowódca byłby w takiej chwili zdyszany i zamotany na tyle, by z trudem ukrywać kłębiące się emocje. Ale przecież był Anglią. Mógł nad tym panować. Jeśli nie kontroluje siebie, jak może kontrolować cokolwiek?
Tylko, że czasami w życie Anglii wtrącał się Arthur Kirkland i wszystko niszczył. Arthur z jego własnymi słabościami, w tym tą największą - ciałem, które można było uchwycić i zrobić z nim cokolwiek. Przecież Anglia nigdy nie pozwoliłby na taką sytuację, nie dałby Francji nawet się do niego zbliżyć, postawić stopy na brytyjskich ziemiach. Jednak mając to ciało stawał się równie żałosny, jak każdy inny człowiek. On, idealne odbicie narodu, wielkość i potęga, której serce biło rytmem całej Anglii. Od wieków musiał znosić ordynarne ludzkie problemy, złamania, ból, niewygodę i rzeczy, które wpływały na jego pojmowanie. Alkohole i trucizny, dotyk innych ludzi, który potrafi doprowadzić go do utraty zmysłów, zatracenia się w rzeczach, w których nigdy nie powinien. I które, na domiar złego, kompletnie przestawały go martwić.
Ludzie byli nieznośnie słabi i w chwilach jak ta Anglia nienawidził konkretnej części siebie, nazywającej się Arthurem. Ten, kto uwięził starą istotę jak on w tej cholernej kupie mięsa i krwi musiał mieć podłe poczucie humoru. Tylko głupiec stwierdziłby, że jego historia da zamknąć się w czymś tak wątłym i bezwartościowym, że reagowało na dotyk Francji z entuzjazmem. Nie potrafił o tym myśleć. Nawet go to nie interesowało, liczyło się tylko to, że Francis nie przestawał i, chociaż się nie śpieszył, tak przynajmniej znał się na rzeczy. Jeśli chciał, mógł myśleć, że dotykając tego ciała dotyka i zdobywa Anglię, chociaż to nawet nie zbliżało się do prawdy. Mógłby to zrobić, gdyby faktycznie kiedykolwiek udało mu się zdobyć ziemię, zmusić ludzi i rząd do posłuszeństwa. W innym wypadku prowadzili właśnie brudną ludzką gierkę polegającą na dotyku, pocieraniu i zapomnieniu. Faktycznie, to było przyjemne. Czasami Anglia lubił zapominać, lubił nie myśleć i odcinać się od wszystkiego, czym był. Liczyła się przyjemność, ręka, która powinna znaleźć się dużo niżej, gwałtowne ruchy i naprawdę, niewiele więcej. W takich momentach Francja bawił się sam, ale Anglia ani musiał się tym martwić. W końcu dziecko myślało, że dostało swoją zabawkę. Przez chwilę... Naprawdę był w stanie poświęcić się i mu na to pozwolić. Ale tylko przez chwilę, na pewno nie dłużej. W końcu nie udzielił mu pozwolenia na niekończącą się grę wstępną. Ledwo pamiętał o oddychaniu, napięcie doprowadzało go na granicę irytacji. Całe szczęście, że i Francja nie był tak cierpliwy, jak zwykł udawać.
Arthur zrozumiał to, gdy na krótki moment złapał jego spojrzenie. Uśmiechnął się krzywo, przygryzając wargę, choć sam miał zamglone, pociemniałe spojrzenie. Ledwo skupiał wzrok i nie był pewien, co właściwie próbuje mu przekazać. Coś na pewno mógłby. Na przykład, żeby się pośpieszył, nie patrzył w ten żałosny sposób i żeby... Żeby to wszystko doszło do skutku. Kolejny raz w historii, kolejny, który nie powinien się zdarzyć. Tylko, że nie obchodziło go to ani trochę.
Parsknął z rozdrażnieniem, może nawet powiedział coś, żeby go popędzić. Wolał panować nad swoim oddechem i głosem, przez cały czas nie pozwalając na nic głośniejszego niż najcichszy jęk, gdy poruszył się po raz pierwszy i sapnięcia, gdy robił to dalej. Tak. Zdecydowanie kazał mu się pośpieszyć, nawet jeśli nie słowami, to ciałem. Biodra i tak poruszały się bez jego udziału, więc nadał rytm, podnosząc się i przyciskając do Francji całym ciałem. Kiedy rozłożył szerzej nogi, tylko po to, by uczynić wszystko wygodniejszym, przeszło mu przez myśl, że chyba nigdy zostanie stereotypowym dżentelmenem.

[Wybacz, że popycham akcję tylko o małe kroczki. Zostawiam ten zaszczyt w twoich rękach <3]


Pâte à crêpes bretonnes. Przepis: z książki Soirée crêpes, Anne-Cecilie Fichaux.

Jak przystało na naleśniki francuskie - bardzo pyszne i pulchne. Te są wyjątkowe, bo z dodatkiem francuskiego specjału - cydru (fr. cidre), czyli jabłecznika, który stanowi naturalny środek spulchniający. Polecam wszystkim smakoszom naleśników. Poniższy przepis na naleśniki można wykorzystać do dowolnego nadzienia słodkiego lub słonego.

Cydr to wysokogatunkowy, orzeźwiający napój jabłkowy, lekko gazowany i półwytrawny, z małą zawartością alkoholu (4-6%). Do jego produkcji używany jest świeży sok jabłkowy i szlachetne odmiany drożdży winiarskich. Cydr klasyfikowany jest w kategorii win jabłkowych, o zawartości alkoholu od 1,2 - 8,5%.



Składniki (około 15 małych naleśników):

• 10 g masła, roztopionego
• 250 g mąki
• 2 łyżki cukru pudru
• 3 jajka
• 250 ml mleka
• 250 ml cydru
• szczypta soli

Przesiać mąkę, wymieszać z solą i cukrem pudrem. Wbić jajka i dokładnie wymieszać. Miksując wlewać stopniowo małymi porcjami mleko. Wlać roztopione masło i cydr i jeszcze trochę razem miksować. Przykryć ściereczką i odstawić na 1-2 godziny, aby ciasto odpoczęło. Naleśniki smażyć na patelni wysmarowanej niewielką ilością masła.


Naleśniki z cydrem po usmażeniu początkowo mają delikatnie wyczuwalny zapach i smak cydru, który z czasem jest mniej intensywny i prawie nie wyczuwalny. Dla mnie dzięki niemu naleśniki są ciekawsze i odrobinę bardziej wyszukane w smaku. Być może cydr o mniejszej zawartości alkoholu mógłby być mniej wyczuwalny. Ja używałam cydru o maksymalnej zawartości alkoholu.


Cydrem popija się naleśniki podczas degustacji naleśnikowych we Francji. Można go również podać jako napój do serów, potraw mięsnych, np. z boczkiem, porami zasmażanymi i żółtym serem, jak również do owoców morza np. ostryg i soli na maśle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sro Sty 30, 2013 10:08 pm

(*patrzy na gapiów spode łba* Ostrzeżenie. Spoiler nie jest dla rozrywki, jeśli już chcesz do niego zajrzeć, to skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. Chociaż i tak ocenzurowałam co mogłam w trosce o młodych <3)

Anglia zawsze wierzył, że w końcu go pokona. A im mocniej chciał, by Francja upadł, roztrzaskał sią na tysiące kawałeczków i nigdy nie pozbierał, tym bardziej Francis robił wszystko na przekór. Wciąż się podnosił, nie pozwalał sobie dotknąć dna i opaść na mieliźnie. Wstawał, strzepywał kurz bitwy, unosił bagnet. Jak w Marsyliance: kazał zmarłym wstać i z mieczem spadać jak huk na wroga. Niech zobaczy przeciwnik śmierć i tryumf twój i naszą chwałę… Dopóki jego ludzie będą śpiewać francuski hymn, póki słowa nie zatrą się w ich patriotycznych umysłach, dopóty Francja zobowiązał się walczyć. I nie upadać, nigdy. Mógł przegrywać, ale nigdy nie przegrać tak, by nic z niego nie zostało.
A ile pamięć go nie myliła – a tego w zwyczaju nie miała – wojnę stuletnią wygrał. Ciekawe, czy angielskie podręczniki nie zechciały uwzględnić jego dwukrotnego zwycięstwa nad Anglią. Kastylia i Szkocja okazali się wtedy wyjątkowo pomocni. Niemniej to Francji przypadł laur zwycięscy, nie Anglii. Z dwóch największych Królestw tego okresu, to Francis pozbył się ze swoich ziem Arthura.
- …to śmieszne. Naprawdę sądziłem, że nie będę ci musiał nic przypominać. Szczególnie nie w takiej sytuacji. Wygrałem wojnę stuletnią. Nie nazwałbym jej „pojedynczą bitwą”. – zauważył z namiastką serdecznego uśmiechu. Trudno się było cieszyć, gdy prócz zwycięstwa stawało się w obliczu katastrofalnych skutków wyniszczających bitew. Pocieszająca była jedynie myśl, że Anglia również wiele stracił.
Dalsze słowa zdawały się go rozbawić. Czy błagał? Skomlał, płaszczył się na kolanach? Nie, w całym swoim długim życiu nie ukląkł ani razu. Nigdy przed wrogiem, a szczególnie nie przed Anglią. Kilka razy się wahał, poczciwa i bezlitosna historia odnotowała każdą chwilę niepewności. Zaprzedająca się wszystkim fortuna, teatralnie pruderyjna i świętoszkowata, w gruncie rzeczy była bardziej rozwiązła niż on. Nie sprzyjała mu często, nie obdarzała tak hojnie względami jak pozostałych, ale potrafił sobie radzić bez jej udziału. Francja utrzymywał się na mapach przez całe wieki, nie bywał okrojony murami jak Chiny, nie znikał rozrywany na części przez wściekłe, zaborcze psy jak Polska. Nie miał w sobie nic z włoskiego rozłamu, prezentował stabilną i nieomal jednolitą strukturę społeczną. Miewał bunty, kłótnie, rozliczne roszczenia rodzeństwa względem własnych terenów. Jednak zawsze je zwalczał, uciszał, zagłuszał. Walczył z Normandią, nigdy otwarcie, nigdy pewnie i bezpośrednio. Metodą małych, powolnych kroków zasymilował największą zmorę swoich francuskich prowincji. Nawet Bretania, od dziecka przekonany o swojej wyższości, dziś nie miał nic do powiedzenia.
Walczył na różnych frontach, popierał wielorakie idee, przegrupowywał wartości i priorytety niezliczoną ilość razy. Ponosząc klęski, patrząc jak giną jego ludzie, niczego się nie uczył. Przynajmniej nie w obliczu historii, na przestrzeni lat każdy się przecież zmienia. Personifikacje krajów nie stanowiły w tej zasadzie wyjątku. Bez wzglądu na to, czy przyszło mu walczyć pod Sommą, Savannah czy Waterloo – Francja nigdy nie błagał, nie prosił o litość. Praktykował majestatyczny odwrót, ucieczkę, ale z uniesioną głową. Miał dumę wpisaną w krew, podobnie jak upór i zacięcie. Jedynie troska o swoich ludzi sprawiłaby, że zniżyłby się do poziomu bałagań.
Ale nie błagałby o Anglię. Mógł pragnąć jego ziem, błotnistych, kompletnie nieprzydatnych terenów; mógł chcieć zdobyć nad nim nieograniczoną władzę, ale u szczytu swojej hańby, nie ośmieliłby się o niego błagać. Cielesność, bliskość, w jakiekolwiek słowa ubrać pierwotne, ludzkie instynkty - ograniczały się tylko do ciała. Nawet jeśli chciał górować nad Anglią i zabrać mu wszystko co posiadał – dumę, koronę, miasta, całe Imperium – samo ciało nie mogło mu tego zapewnić. To tylko udawanie, mała gra, którą tak uwielbiał. Ilekroć zamknął oczy, błądząc dłonią po ciepłej skórze, mógł myśleć, że krąży po bitwach, po klęskach i wygranych; czuje pod opuszkami palców każde angielskie wzniesienie, zielone wzgórza i wszystko, co składało się na Anglię, którą znał. To nie było zdobywanie, a zwykły układ. Jeden wycinek, skradziona chwila, która kręciła się przy nich samopas. Nie pierwsza i nie ostatnia.
- Nie wątpię, że miewasz lepsze atrakcje. – przytaknął kpiąco, nie spuszczając zeń wzroku. Anglia otaczał się gigantycznym murem, odpornym na każdy rodzaj ataku. Chociaż to było tylko ciało, prawda? Ono reagowało za niego, zdradzało swojego właściciela. Przez tą krótką, namacalną chwilę mogli być ludźmi. Prawie, bo ciężar historii nie odstępował ich na krok. Czuli ciepło, dotyk, powolne ruchy, pośpieszające pragnienie. Pośród całej plejady minionych lat, które nieprzerwanie usiłowały wytępić w nich cząstkę człowieczeństwa, zachowali nieodzowną część ludzkiej natury. W końcu byli tworami swoich własnych ludzi, zdarzały się chwile gdy… czuli.
Ciało dawało rozkosz, zatracenie, moment zapomnienia. Przynosiło gorąc, mamiło zmysły, budziło uśpione pragnienie. Potrzebowało czułości, delikatności, troskliwego dotyku. Problem w tym, że Francja nie pamiętał kiedy ostatnio pozwalał sobie na podobne zachowanie w stosunku do Anglii. Kłócili się w każdej wolnej chwili, naskakiwali na siebie z częstotliwością przekraczającą przyjętą normę i szczerze nienawidzili. Anglia zasługiwał tylko na gwałtowne, posuwiste ruchy, chłód maski i całe to swoje błoto.
…chociaż czasem Francja zerkał na niego mimochodem, wracając myślami do tych dawnych czasów, gdy żyli we względnej zgodzie. I śmiało mógł nazywać się jego braciszkiem, ślącym pocieszenie i bezinteresowny uścisk. Zabawne jak wszystko diametralnie się zmienia.
Jeszcze śmieszniejszym było, jak Francja reagował na te minimalne, zapewne niekontrolowane ruchy bioder. Z jaką zachłannością wyłapywał ciche sapnięcia, i ten jeden, najcichszy jęk. Nie potrafił nie śledzić wzrokiem każdego drgnięcia Arthura, możliwe, że pośród wytyczonego rytmu nie chciał zgubić ani jednej sekundy z tego rzadkiego widoku. Wolał obserwować jak drga mur jego opanowania, jak Anglia stara się pozostać Anglią. A jednocześnie pragnie dotyku, może mniej niż Francis. Zaraz się okaże, pomyślał mimowolnie Francja, nieco zaciskając palce, że to ja najbardziej potrzebuje bliskości.
W myślach usłyszał krótki, ironiczny śmiech Arthura. Jakby to skomentował? „Żałosne”. Otóż to. Odpowiednie słowo.
Ciche parsknięcie, zbyt oczywistego właściciela, wywołało u niego mimowolny uśmiech. Zdaje się, że Anglia uważał grę wstępną za skończoną. Francję kusiło zabawić się jego ciałem jeszcze chwilę, minutę, dwie. Byleby uchwycić rozdrażnione spojrzenie i poczuć ponaglające ruchy bioder. Arthur coś wymamrotał, bodajby angielski przerywnik. W odczuciu Francisa był to bełkot, ale jednocześnie niósł ze sobą jawne przesłanie.
Spoiler:
 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   Sob Lut 02, 2013 5:21 pm

- A ja nie nazwałbym tego wygraną - odgryzł się stanowczo. - Po prostu jej nie przegrałeś... Jak i ja.
Szczerze mówiąc, tamtych ponad stu lat nie nazwałby w żaden sposób wojną. To była brudna codzienność, pokolenia ludzi z trudem udających, że w ogóle mają powody do walki. Wtedy nie chodziło nawet o to, by zdobyć Francję. Przeprawiał się na drugą stronę kanału po wiele rzeczy, po bogactwo, dorosłość i sławę, by udowodnić, na jak wiele go stać. Do tej pory przegrywał na własnych wyspach, ledwo bronił się przed zdradzieckim kontynentem, ale wojna stuletnia pozwoliła mu odwrócić kota ogonem. Przez lata cieszyły go kolejne wygrane bitwy, złupione wioski, wypalona do cna francuska ziemia. I tak, po tym wszystkim, naprawdę chciał wygrać i posiąść Francję. Mógłby urządzić na tamtych ziemiach to samo, co przyniósł mu Normandia, mógłby udowodnić światu, jak silny jest w rzeczywistości. Ale nie czuł tego przymusu, nie czuł wyniszczającego pragnienia posiadania. Dopóki nie pojawiła się Joanna d'Arc nie do końca rozumiał, jak mocno zależy mu na Francji.
Ale potem było już za późno. Wiedźma zniszczyła wszystko, zamieszała mu w głowie i zostawiła przerażonego własnymi uczuciami. Nawet nie potrafił się cieszyć z jej śmierci.
Podczas wojny stuletniej Anglia dorósł i zrozumiał, kim jest i kim może się stać. Poznał smak walki i zwycięstwa, przetrwał niejedną przegraną bitwę. I w końcu ocknął się słaby, rozbity i kompletnie bezsilny. Rzeczy zaczęły się komplikować. I to, że ostatecznie odpuścił nie zmieniało faktu, że w własnej prywatnej ocenie, nie przegrał. Nigdy oficjalnie nie zakończono wojny stuletniej, a historia zapisała ją na plus Francji, jednak... W tym przypadku bardziej liczyło się, kto w ostatecznym rachunku więcej stracił. Anglia nie czuł się tą osobą.
Dlatego Francja mógł chełpić się do woli jednym udawanym zwycięstwem, ale Arthur nie brał go na poważnie. Udowodnił, co zamierzał. Francja po prostu się bronił.
Poza tym, po tamtej wojnie nigdy nie zdarzyło się nic podobnego. Nikt nie wykazał się determinacją i cierpliwością co Anglia, gdy próbował przywłaszczyć sobie francuskie ziemie. Napoleon, choć wykazał się skutecznością, był tylko jednym człowiekiem, a kilka lat na świętej Helenie wystarczyło, by złamać jego ducha. Francja nigdy nie wykazał się podobnym zaparciem, co Anglia podczas stu lat grabieży, gwałtów i morderstw. Nie jako kraj, nigdy nie w walce.
Nie był w końcu urodzonym wojownikiem, ha, prędzej zdobywał nikomu niepotrzebne serca i kobiece łoża niż zwyciężał w bitwach i poszerzał terytoria. Anglia naprawdę tego nie znosił. Próbowano go wplątać w większą ilość intryg niż mógłby zliczyć, ale zrozumienie, że najbliższe wieki spędzi obok urodzonego intryganta i tchórza tylko podjudzało jego złość. Podejmował tę grę oczywiście, zrobiłby wszystko, by zniszczyć Francję, choć ten nie zawsze zwracał na to należytej uwagi. Przynajmniej zdawał się tego nie robić. A potem... Potem zdradzał się w najdziwniejszych momentach, albo to po prostu Anglia widział więcej, niż istniało w rzeczywistości.
Ale nie. To niemożliwe, żeby wyobraził sobie tyle rzeczy jednego dnia. Ta żałośnie skostniała maska Francji pękała dzisiaj w więcej niż jednym miejscu i, szczerze mówiąc, Anglia się z tego cieszył. Jeśli chodziło o tłumienie uczuć, zawsze był w tym lepszy niż ten żabojad. Nawet nie myśląc trzeźwo trudno było pomylić ten...
Ten brak opanowania, rosnące jak fala podczas sztormu pragnienie. Różne zwierzęce instynkty i uczucia unoszące się w powietrzu. Anglia uznawał to za obrzydliwe i ordynarne, przede wszystkim pozbawione klasy. On potrafił nad tym zapanować. Nawet leżąc na tym cholernym samochodzie, z Francją nad sobą i niemożnością zrobienia czegoś sensownego, czuł się w jakiś sposób... Wygrany. To było tylko złudne wrażenie i zdawał sobie z tego sprawę, ale dopóki potrafił nad sobą panować, w jakiś sposób zwyciężał.
Nie zatracić się do końca w tym szaleństwie. Tylko to się teraz liczyło.
Gra wstępna w takim miejscu i w takiej sytuacji naprawdę doprowadzała go do szału. Francja zmęczył go sobą już zbyt wiele razy, by Anglii zostały chociaż skrawki z poszarpanej cierpliwości. Obchodziły go już tylko dwie rzeczy. Pierwszą była nieustępliwa świadomość, że są niedaleko cholernych klifów i w każdej chwili może zobaczyć ich cały świat. Ludzie z miasta, zbłąkani rybacy, prawidłowa para szukająca samotności na elegancką rozmowę; nie na brudny seks na masce samochodu. Dobry Boże, nawet nie próbował sobie wyobrazić królowej Wiktorii, gdyby ktokolwiek... Nie. Po raz pierwszy Anglia cieszył się, że purytańską władczynię zastąpiono jej perwersyjnym, zakochanym w paryskich dewiacjach synem. Król Edward zapewnie nie miałby nic przeciwko, chociaż nawet jego naiwna wiara w przyjaźń angielsko-francuską pewnie nie ocierała się nawet o te granice. To było zbyt nieprawidłowe w każdym calu, w każdej sekundzie. Nawet tamten człowiek nie chciałby widzieć własnego narodu całym ciałem przylegającego do Francuza, pochłoniętego brudnym i obrzydliwym instynktem. I rozkoszującego się tym.
To właśnie był druga rzecz. Dopóki nikt ich nie widział, chciał mieć wszystko, co Francja był w stanie mu dać. I to nie tylko sprawne, ale wyjątkowo wolne i nudne ruchy dłoni. Było tego znacznie więcej i Arthur planował dostać wszystko w jak najszybciej. Brakowało im czasu, nikt nie przewidywał wieczności spędzonej w ten sposób.
Spoiler:
 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Dover [Anglia]   

Powrót do góry Go down
 
Dover [Anglia]
Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Wielka Brytania-
Skocz do: