IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Domy Anglii

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Pią Paź 05, 2012 9:41 pm

- Ach, Brytyjczycy. - zacmokał niezadowolony słysząc odpowiedź Arthura. - Za grosz kultury, tylko by porządnych ludzi bili, no co się dzieje z tymi ludźmi? - razem ze zwierzakiem skierował się z powrotem na kanapę. Kot całkowicie rozłożył się na jego kolanach, obierając czarne spodnie. Cóż spodnie zawsze można wyczyścić z kłaków, ale widok miny ,, Krzaczastego Idioty'' był tego wart. I znów był od niego lepszy. Przeczesał dłonią rozpuszczone włosy i z szarmanckim uśmieszkiem zerknął na Kirklanda.
- Ja nie wychowany? To ty obrażasz gościa, przetrzymujesz go przed drzwiami Bóg wie ile a do tego brzydko się do mnie odnosisz. - zrobił smutną minkę, jednak czując ciepło na kolanach i radosny pomruk kota, jego wyraz twarzy powrócił do normalności.
- Hm... Angleterre, powinieneś się cieszyć, że jednak znalazł się ktoś taki komu twoje regiony odpowiadają. A nie wielu jest takich... Nie żebym coś sugerował. - nie wiedział czy Anglik usłyszał tą część jego wypowiedzi, gdyż zniknął w kuchni.
Wziął podaną przez Anglika lampkę i upił łyk rozkoszując się pyszną, czerwoną cieczą.
- Mieliśmy obgadać nasz sojusz, oui? - spojrzał na niego wyczekująco. - No chyba, że twoja pamięć nie jest już tak trwała jak za dawnych czasów i wyleciało Ci z głowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Paź 06, 2012 1:21 pm

- Ach, wy cholerni Francuzi - odparł Arthur, przedrzeźniając jego ton, nie będąc jednak na tyle okrutnym, by spróbować powtórzyć żałosny francuski akcent. - Naród tchórzliwych zboczeńców, masz być z czego dumnym.
Przynajmniej Anglikom nikt tchórzostwa zarzucić nie mógł. Byli rozsądni, więc raz czy dwa zdarzało im się zastosować odwrót taktyczny, ale mimo to, mieli w zwyczaju walczyć aż do wygranej.
Za to najwyraźniej nie mieli ręki do kotów. Arthur zmarszczył brwi, wpatrując się dziwnie w rozłożonego na kolanach Francji kociaka. Niech to szlag tych cholernych zdradzieckich idiotów. Anglia wiedział, że powinien wziąć sobie buldoga. Gdyby tylko miał na niego czas... Przynajmniej Francja nie miałby teraz takiej zadowolonej miny.
- Przetrzymywałem cię pod drzwiami, bo byłem w łazience, próbując wykąpać tego pchlarza - burknął kwaśno. - A ty nie zasługujesz na status gościa, więc siedź już cicho.
W jakiś sposób było to komplementem, ale przecież Anglia nie miał zamiaru zwracać na ten fakt uwagi.
Szczęśliwie mógł udać, że nie słyszał wspomnienia Francji o terenach. W kuchni za to poprzeklinał trochę i wrócił w miarę uspokojony. Odetchnął, tylko odrobinkę uspokojony, bo tak naprawdę Francja zbyt go irytował, by rozluźnić się w jego towarzystwie.
- Tak - odparł jednak poważniej niż do tej pory i westchnął cicho. Rzadko kto widział Anglią, który z takim spokojem przemawiał do Francji. Prawie, jakby nie traktował go jak formy tylko odrobinę inteligentniejszej od kamienia. - Podczas Wielkiej Wojny nasza współpraca sprawdziła się w... W pewnym stopniu i uwierz, nie uśmiecha mi się to, że znowu będę musiał się z tobą użerać. Ale bądźmy poważni - podniósł kieliszek wina, jednak nawet go nie upił, a jedynie zaczął obracać w dłoniach, przyglądając się szkarłatnej cieczy.
- Bez mojej pomocy Niemcy nie będzie miał problemu z napadnięciem na ciebie. - powiedział cicho. - A mi niezbyt uśmiecha się wróg tak blisko mojej wyspy. To zrozumiałe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Pią Paź 12, 2012 11:22 pm

Prychnął, Anglik za bardzo wywnętrzniał to co było kiedyś. Ludzie jak i czasy się zmieniają. To, że nie miał w przeszłości zbyt wielu powodów do dumy świadczyć mogło tylko o tym jak cudowna przyszłość go czeka. Przynajmniej w to chciał wierzyć. Ale nie zaraz, miał jeden powód do dumy, jeden najważniejszy. I nie zamierzał zmieniać go na żaden inny. Uśmiechnięty i rozluźniony zwrócił swe spojrzenie na Anglika. Cały czas drapał za uchem rozłożonego na kolanach kota.
- Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze nam pójdzie. - pokiwał z uznaniem głową. - A co ja mam powiedzieć? Muszę tłamsić w sobie chęć zaszkodzenia Ci, wtedy kiedy mam idealną okazję i najzwyczajniej w świecie pomóc, wiesz ile mnie to kosztuje? - skrzywił się przypominając sobie ile to pięknych okazji przeszło mu pod nosem. - Wiesz, takimi słowami nie znajdziesz sobie prędko sojusznika. - kąciki ust uniosły mu się w złośliwym grymasie. - Dałem sobie radę podczas planu błyskawicznego, dam i teraz. Nie doceniasz mnie Angleterre. A błędem jest ignorowanie sił swego sojusznika bądź wroga. - wzruszył ramionami i upił kolejny łyk. Cóż za oszczerstwo. Sam doskonale da sobie radę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Paź 13, 2012 5:37 pm

Anglia nie tyle uzewnętrzniał to, co było kiedyś. On tym żył. Teraźniejszość liczyła się dla niego zazwyczaj wtedy, gdy już stawała się porządną przeszłością. Jednocześnie potrafił patrzeć w przyszłość lepiej niż ktokolwiek inny, dlatego zawczasu podejmował decyzje, które mogły zaowocować. Szkoda tylko, że tacy naiwniacy jak Francja nigdy tego nie rozumieli. Carpe Diem, chyba, że chodzi o żałosne mędzenie na temat głupiej nieżywej wiedźmy sprzed sześciuset lat.
- Poszło nam dobrze, bo nie było większej potęgi na kontynencie niż ja - odparł mało skromnie. - Teraz, oczywiście, jest podobnie, nawet jeśli wszyscy ucierpieliśmy. Nie zapominaj o tym, Francjo.
Chociaż wyglądał mało elegancko, to jednak udało mu się zachować pewną dumę, kiedy odchylił się w fotelu i uśmiechnął z pewnością siebie, zaplatając palce obu dłoni. Francja był wprost stworzony, by patrzyć na niego z góry.
- Znaleźć sojusznika? - zmarszczył brwi. - Nie, Francjo. To ty powinieneś ich szukać, nie ja. Jestem wyspą, mam flotę i, jak zdążyłeś się przekonać, nikt nie zdobył mnie od zawsze.
No, oprócz tamtego Holendra, ale akurat zrobił na złość Królowi Słońce. Wzruszająca historia. Póki co Anglia po prostu parsknął z rozbawieniem.
- Poradzisz sobie, tak? - zapytał kpiąco. - Więc powiedz mi, żabojadzie, jakie kroki już podjąłeś, żeby przestać być bezbronnym jak noworodek? - rzucił mu nieco pogardliwe spojrzenie, zanim przypomniał sobie, że przecież nie są wrogami. Ekhm. W porządku. Francja był i będzie ulubionym wrogiem Anglii, ale to przecież nie mogło stanąć im na przeszkodzie w tych czasach.
Dlatego Arthur westchnął i, zamiast zacząć się kłócić, dodał spokojniej:
- Zawsze cię doceniałem - mruknął. - To ty nigdy nie doceniałeś mnie i mojego sprytu. Myślę, że w tej sprawie powinieneś mi zaufać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Paź 13, 2012 11:31 pm

- Cóż chciałbym zaznaczyć, że było wiele lepszych potęg niż ty, cher, ale się nie skarżyłem. A nasze małżeństwo... Pamiętasz? - uśmiechnął się dziwnie zadowolony. Dla niego przeszłość była wspomnieniem, lepszym lub gorszym. Lubił do nich wracać bez względu na tym jakie były.
- Teraz? Teraz w potęgę rośnie ten niemiecki dzieciak, naprawdę nie dużo mu do Ciebie. - powiedział beznamiętnie. Nie miał zamiaru ukazywać mu żadnych emocji, które tak naprawdę towarzyszyły mu przy tej wypowiedzi.
- Powinienem, ale nie powiedziane jest, że to akurat ty miałbyś nim zostać. - uśmiechnął się złośliwie. - Jak już mówiłem jest wiele mocarstw silniejszych od Ciebie... Chociażby taki Amerique~ Pod twoją opieką nigdy nie osiągnął by tak wiele. Zawarcie z nim sojuszu na wiele by mi pozwoliło. Mimo iż jest odizolowany jest duże prawdopodobieństwo, że pomógłby komuś kto miał wiele wspólnego z jego wyzwoleniem. - uśmiechnął się do niego pobłażliwie. Arthur był taki napuszony i pewny siebie, że nawet nie starał się zauważyć, że jego były podopieczny bardzo go w tej chwili przewyższa.
- Jednak jak widzisz jestem u Ciebie, a to także ma jakieś znaczenie, oui? Byłoby źle, gdyby ktoś kto zna Cię prawie na wylot, twój wróg, stał się jeszcze silniejszy. Powiem Ci coś. Tylko ja mogę Cię zabić, nikt inny. - położył kota na kanapie obok i zbliżył się do blondyna. Złapał go za podbródek tak, że Anglik musiał spojrzeć wprost niebieskich tęczówek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Nie Paź 14, 2012 11:31 am

- Nie na Starym Kontynencie - odparł lekceważąco Anglia. - Ty jesteś słaby i lekkomyślny, a Rosja... Związek Radziecki jest nieprzewidywalny - spochmurniał nieco, myśląc o Rosji. Siła Iwana zawsze była czymś trudnym do określenia, więc figurowała w umyśle Anglii zwyczajnie jako niebezpieczna. Francja nigdy nie potrafił dobrze wykorzystać swoich zasobów, więc nie był problemem, Niemcy był za to wrogiem. I tyle. W Europie nie było ani lepszych ani silniejszych państw od Wielkiej Brytanii. Szkoda tylko, że sama Europa nie lubiła dopuszczać tego do wiadomości.
- Nasze małżeństwo? - zerknął na niego krzywo. - Nie przypominam sobie takiej bzdury.
Och, chyba nie chodziło o żadne kompletnie nieudane działania polityczne, ani o pijaną noc. To drugie zawsze przypominało Anglii, dlaczego nigdy nie zalegalizuje podobnych rzeczy. Za bardzo się martwił o własny tyłek. Jak zawsze zresztą.
- Wiele mocarstw silniejszych ode mnie? - parsknął z rozbawieniem. - Ach, Francjo, jesteś takim głupcem. To, że mnie nienawidzisz nie znaczy, że musisz pleść podobne bzdury.
Nie było innych mocarstw. Tylko Ameryka, ten cholerny Ameryka i nic więcej. Żaden inny kraj nie opętany przez tą faszystowską zarazę nie miał tylu środków, tak dobrych warunków i administracji jak Anglia.
- Skończ już - dodał lodowato, gdy tylko wspomniano Amerykę. To ciągle, nie, to zawsze był bolesny temat. Często bolesny dla Francji, jeśli Anglia miał wyjątkowo podły humor. Na szczęście, dzisiaj czuł się na tyle dobrze, by znosić głupotę Bonnefoya. - Ameryka nie sprzymierzy się z nikim z Europy. Twierdzi, że to nie jego wojna. Marz sobie dalej.
Anglia zawsze czuł, że wszystko, co robi Francja odnośnie Ameryki dzieje się prawie i wyłącznie po to, żeby zrobić mu na złość. Podobnie jak ta cała pomoc w zyskaniu niepodległości; Francja naprawdę się wtedy postarał, pozwolił, by umarło wielu jego ludzi i zatonęło wiele statków. Jednakże...
- Idiota - uśmiechnął się z niejaką satysfakcją. - Ameryka jest skrajnie niewdzięczny. Nie docenił twojej pieprzonej pomocy podczas wojny i nie doceni teraz... - urwał. Ciągle pamiętał, że jednym z niewielu plusów w tamtych wojnach był fakt, że Ameryka nie okazał Francji ani krzty wdzięczności. Nawet kiedy zaczęli rozmowy na temat zawieszenia wojny, Alfred nie spytał o zdanie swojego największego francuskiego sojusznika. I chociaż mieli traktat o przyjaźni, zresztą Anglia był pewien, że to wina Francji, to nie trwali w nim zbyt długo. No i zaraz potem wybuchła między nimi ta cała połowiczna wojna. Tak. To był dla Arthura kolejny powód do radości, patrzeć, jak Ameryka odsuwa się od Francji i w efekcie skazuje się na kompletną bezbronność na morzu. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, racja? Najlepsze w tym powiedzeniu było, że ostatni zwykle śmiał się Anglia.
- Skoro tak stawiasz sprawę - powiedział jednak, bo te wszystkie małe małe wygrane szybko uleciały mu z głowy. Jeśli ktoś potrafił sprawić, że Anglia z miejsca przestawał myśleć o Ameryce, był to Francja. - To specjalnie dla ciebie strzelę sobie w głowę, gdy przyjdzie mój czas.
Drgnął lekko, gdy Francja wstał z fotela, ale poza tym nie pokazał sobie wielu emocji. Dopiero, gdy do dotknął, wtedy Anglia uśmiechnął się dziwnie przekornie i prawie niezauważalnie skinął głową w kierunku ściany, pozwalając jednak, by Francja go dotykał.
- Siedem minut - wymruczał kpiąco. - Tyle wytrzymałeś bez dotykania ludzi bez ich zgody. Chciałbym powiedzieć, że się starzejesz, ale wygląda na to, że z wiekiem tracisz resztki cierpliwości... Francis.
Spojrzał mu w oczy, a następnie przechylił się do przodu i złapał go mocno za przód koszuli.
- Wracaj na miejsce, stary draniu - poradził mu spokojnie. - I pilnuj mi kota, zanim ucieknie. Dokończymy rozmowę i wtedy pomyślę, czy zaproponować ci nocleg.


Przepraszam za długość, tak jakoś wyszło :/
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Wto Paź 23, 2012 7:19 pm

- Cóż tak go wychowałeś Cher nie do mnie zastrzeżenia. - uśmiechnął się złośliwie i ręką zaczął jeździć po jego policzku. Jak już dawno nie silił się w stosunku do Anglika na tak czułe gesty? Sam nie pamiętał, zwykle było tak, że pijany Anglik dzwonił do niego w środku nocy wyzywając od najgorszych prosząc, nie, nakazując aby się pojawił i zabrał go stamtąd, oraz żałosny głos barmana. Dla wszystkich nacji wiadome było, że jak Arthur się urżnął był nie do zniesienia, a co dopiero powiedzieć miał zwykły śmiertelnik?
- Specjalnie dla mnie? Oh non, to nie ty masz się wykończyć, to ja mam tego dokonać. – uśmiechnął się zawadiacko i oblizał wargi.
- Czyżbym pobił swój rekord? Ostatni wynosił pięć minut. Pięć długich minut które musiałem spędzić pod twoimi drzwiami szukając zapasowego klucza, bo twój oficjalny Ci jakoś przepadł. Cóż mam już swoje lata gówniarzu. – jak gdyby nigdy nic potargał mu włosy, starając się ukazać jak duża dzieliła ich różnica wiekowa.
- Nie ucieknie, nie widzisz, że śpi w najlepsze? Mam wrażenie, że nic go nie obudzi. – przeczesał ręką włosy uśmiechając się złośliwie.
- A więc jednak masz w planach nocleg dla mnie? Tres bien, jestem strasznie zmęczony, a nie powiem dobrze by było nieco oszczędzić budżet, zamiast wydawać na motel. Cóż znając Cię tak długo mogę stwierdzić, iż na samych formalnościach zejdą dwa dni. – westchnął.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sro Paź 24, 2012 10:57 am

- Nie wychowałem go tak - odparł podirytowany. - Gówna nie urobisz w diament, wystarczy spojrzeć na ciebie.
Nieczęsto wyrażał się w ten sposób o Ameryce, ale udowodnienie Francji, że jest zły, głupi i w ogóle to się nie zna było zawsze ważniejsze. Poza tym Bonnefoy mógł powiedzieć coś choćby i z pozoru niewinnego, a Anglię i tak jego słowa doprowadzały do szału. Już tak miał. Zbyt długo nienawidził Francji, by tak po prostu przestać.
Chociaż ta nienawiść to była całkiem zabawna rzecz, jeśli spojrzeć na nią tak obiektywnie. Nie było dnia, którego Arthur nie pomyślałby czegoś złego o Francuzach, klną na nich z takim samym zacięciem, z jakim się kiedyś modlił. To była bardzo ważna nienawiść. Podczas, gdy innymi zwyczajnie pogardzał, to tylko Francisa wysmarowałby oliwą, przywiązał do metalowego stołu i włożył do pieca. Potem może byłoby mu odrobinę żal, że zabawa już się skończyła, bo byli, mimo wszystko, naprawdę porządnymi wrogami.
- Gdybym miał czekać, aż mnie wykończysz, nie starczyłoby czasu tego świata - prychnął cicho Anglia, mrużąc oczy i patrząc na niego bezczelnie. - Daj spokój, Francjo. To mi udawało się niszczyć ciebie, nie na odwrót.
Parsknął cicho, nie komentując już kwestii czekania pod drzwiami. Francja mu chyba nigdy nie wybaczy, że nie czekał na jego przybycie z chlebem i solą i miną pokornego sługi. I dobrze, niech nie wybacza, bo jeszcze im się powody do nienawiści skończą.
Za jakiś milion lat.
- Żabi idiota - mruknął pod nosem, zażenowany tym złośliwym gestem. I jeszcze bardziej w tym, że ten dotyk byłby przyjemny, gdyby nie zainicjowany z czystej kpiny. - Nie powiedziałem, że planuję dać ci nocleg. Mówiłem, że się zastanowię. A teraz powiedz - spojrzał na niego ostro, przesuwając się w fotelu. - Wolisz dalej rzucać zaokrąglone uwagi o seksie, czy uspokoić się i porozmawiać o tym, jak nie dać się zabić? Jestem poważny, Francjo - dodał i rzeczywiście, nie było chyba poważniejszego tonu, którego mógłby użyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Nie Paź 28, 2012 4:21 pm

- Chyba zapomniałeś cher, jak dużo mi zawdzięczasz. Ale cóż twoja wdzięczność jest na takim samym poziomie co u Alfreda. - westchnął. Od kogoś młody przecież musiał się nauczyć, a jak Francja podejrzewał Anglik próbował zrobić z Alfreda swoją mniejszą wersję, na darmo jednak. Choć panowie mieli dużo podobnych zachowań, równie wiele ich dzieliło. Na szczęście Alfred zorientował się co zamierza Anglik i właśnie w tym pomógł mu Francis, co prawda zostając z niczym i przyprawiając swojego wroga o kolejny smutek. Bonnefoy właśnie to tratował jako zapłatę. Choć widząc ten szczery smutek na twarzy Arthura zastanawiał się czy aby na pewno zrobił dobrze. Cóż Ameryka miał się świetnie ale Kirkland... Aż żal było patrzeć. O dziwo Anglia zamiast topić smutki samemu, często przychodził do niego, do swojego wroga. To był chyba przebojowy moment w ich relacjach. Bo zwykle nawet jak jedno czyniło krzywdę drugiemu, żadne z nich nie reagowało na to płaczem, tylko zemstą i odgrażaniem się. Tym razem Francji wydawało się, że trafił w jego czuły punkt. Sam przecież był ojcem i wiedział jak bardzo może go zaboleć strata dziecka, jednak nie spodziewał się, że aż tak bardzo będzie to miało na niego wpływ. Po chwili jednak z rozmyśleń wyrwał go głos Anglika.
- Po prostu usypiam twą czujność Angleterre. A kiedyś będzie trzeba zapłacić za swoje czyny. - uśmiechnął się przebiegle dalej spoglądając w głąb szmaragdowych oczu. - Dobrze wiec mon cher, porozmawiajmy o sojuszu, jeśli taka twa wola. - mruknął niechętnie i wrócił na miejsce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Pon Paź 29, 2012 11:02 am

- Niczego ci nie zawdzięczam - sprostował spokojnie i dobitnie Anglia. - Może poza moim wojskiem. Byłeś dobrym workiem treningowym.
Zmrużył kpiąco oczy. Że język? To Normandia mu go wepchnął i to przemocą, Arthur wcale nie chciał ani tego ani niczego innego, co zrobił mu tamten kraik. Wszystkie te rzeczy, które później przejął od Francji, były odrobinę inną sprawą. Sam je wziął, zmienił na swoją modłę: nie jego wina, że Francja była taka modna. Poza tym był wtedy dzieckiem.
Tak czy siak, nie czuł krztyny wdzięczności do tego żabojada.
Mimo to udało im się porozmawiać, chociaż nie była to szczególnie ambitna rozmowa. Głównie robili to, co zawsze; kłócili się. W ten sposób dzień zamienił się w noc, a potem znowu w dzień. I Francja wyjechał, nie ustaliwszy przedtem niczego konkretnego.

[z/t, dla obu]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Gru 29, 2012 8:11 pm

Ludzie wierzyli w różne rzeczy. We wróżki, które przynoszą słodycze za mleczny ząbek; w Père Noël, który zsyłał upragnione prezenty; w Boga, który wysłuchuje modłów wiernych. Kiedyś byli pewni, że po lasach kłusują jednorożce, kropla dziewiczej krwi odegna epidemię, a nimfy i driady rozkochują w sobie przystojnych młodzieńców. Ich wierzenia były różne, zmienne, trudno było za nimi czasem nadążyć. Poganie modlili się do tysiąca bóstw wszelakiej maści, praktycznie czcili wszystko co rzuciło im się w oczy. Katolicy wyznawali tylko jednego Boga. To wszystko się przetarło, a wśród ludzi narodziła się kultywowana tradycja. Nie było powodów by kraje nie celebrowały uroczystości tak jak ich obywatele. Phrase les bonnes nouvelles, nawet jeśli Bonnefoy coraz częściej uważany był za deistę, wciąż obowiązywała.
Niedawno obracał w dłoniach specyficzne zaproszenie. Ktoś, kogo nie miał przyjemności poznać, czułby się zaszczycony, gdyby zechciał pojawić się na wspólnej Wigilii. W mieście, którego nie znał, pośród znajomych duchów państw i, kto wie - może i ludzi. Czytając zaproszenie, wijące się litery tytułu już przygotowywał w myślach krótką, zwięzłą odpowiedź. Uprzejmą odmowę, z łaskawą wstawką o niepoprawności wysyłania tego typu listów w tak późnym terminie.
Bo przecie, każdy twór żyjący na jego poziomie miał już zaplanowane Święta.
Zamierzał odwiedzić Hiszpanię. Dawno się przecie nie widzieli. Chociaż Antonio świętował 6 stycznia, prezent w grudniu będzie zbędną przyjemnością. Zresztą, obiło mu się ostatnio o uszy, że u jego danego, serdecznego przyjaciela nie najlepiej się dzieję. Z drugiej strony, zauważył w myślowym monologu, wracając wzorkiem do ciągu liter na zaproszeniu, Lovino z pewnością nie pozwoli mu świętować samemu. Uwaga była zrozumiała i stanowiła taką oczywistość, że Francja porzucił myśl o odwiedzinach. Przełożył spotkanie na inny termin. Pozostawała Belgia, Holandia i Luksemburg, ale oni zwykle świętowali w swoim gronie, a drobne upominki zdążył im już zawczasu podesłać. Prusy odpadał, chociażby przez wgląd na tendencję do hucznych, rodzinnych zjazdów. W dodatku jodła... nie, idei choinki Francja nie rozumiał.
Przebiegł w myślach listę swoich przyjaciół, stwierdzając z nijakim znużeniem, że większość ugościłaby go z radosnym uśmiechem. Sam Świąt spędzać nie chciał, ale liczna grupka wyjątkowo go odstraszała. Politycy porozjeżdżali się do swoich domów, zapomnieli o sprawach nękających państwo. A Francis uciec od nich nie mógł, miały mu towarzyszyć jak lojalne psy.
Złożył kilkakrotnie list, wkładając go do koperty. Przez chwilę zastanawiał się kogo przywieje na Wigilię. Nagle olśnił go jeden ewenement, który z pewnością nie wyściubi swojego nosa. Kącik jego ust drgnął gdy rzucił list na biurko, by przepadł w odmętach dokumentów. Wstał, zarzucił na siebie płaszcz i dosłownie wybiegł z gabinetu. Wino, ostrygi, Bûche de Noël, ciche Sainte Nuit nucone przy błyskawicznym pakowaniu walizki. Kilka telefonów później, Francis zerkał niecierpliwie na zegarek, a samolot, którym leciał, lądował na londyńskim lotnisku.

~ * ~
Na pytanie co tu robi, zapewne nie znałby odpowiedzi. Przynajmniej nie do końca, bo poczucie obowiązku w sercu kazało mu odnaleźć taksówkę, wpakować do bagażnika swoją walizkę, popsioczyć na angielskie ulice i zalecić najszybszy dojazd pod dom, do którego praktycznie mógłby trafić i w środku ciemnej nocy. "Coś" mu kazało z determinacją w jasnych oczach pokonać rząd schodów, zebrać się z sobie i zapukać. Aż trzy razy. Z lekkością i pewnością, że lada moment ujrzy zirytowanego gospodarza.
...potem już niecierpliwość zmotywowała go do zerknięcia na zegarek i wypróbowania dzwonka. Również trzy razy. W końcu Francis zerknął ciekawie w pobliskie okno, nieświadomie podśpiewując Vive le vent. Światło było, a co za tym idzie właściciel również. Przewrócił oczami, i tym razem przełożył w dłoni pakunek z ciastem, pukając ponownie. Zaraz zadzwonił. Po chwili namysłu i spostrzeżeniu "na miłość boską, są Święta", zaczął bezceremonialnie dzwonić nieomal bez przerwy. Walizka stała obok, mała drobna, skrywająca kilka figurek santons, jeden pakunek i prowizorycznie zawinięte posiłki. Nawet wypełniła go pewna duma, gdy odruchowo wydzwaniał angielskim dzwonkiem "dzwonią dzwonki sań".
Przelotnie pomyślał, że na upartego, mógłby urządzić sobie Wigilią przed angielskim domem. Piknik na śniegu, cóż to dla niego?
- Le Réveillon zaraz się zacznie, a ja się tu zdążę zestarzeć. - stwierdził po chwili, z niezmordowanym, radosnym uśmiechem. Antonio nie zamykał drzwi na Święta, zawsze mógł się do niego zwrócić. Ale nie, Francja wyraźnie chciał spędzić ten "magiczny" czas z gburowatym Anglikiem.
Dziwcie się ludy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Nie Gru 30, 2012 12:16 am

Nie można powiedzieć, że pierwszy dzień świąt Anglia spędził samotnie. W końcu w parlamencie byli jacyś ludzie. Świat mógł ogarnąć świąteczny nastrój, ale za oknem nadal tkwił ten sam Londyn z tymi samymi problemami. Ktoś musiał pracować, choć może niekoniecznie Arthur, co najwyraźniej delikatnie próbowało wyperswadować mu kilka osób. Zwykle wystarczało rzucić im jedno ze swoich spojrzeń i dawały za wygraną.
Niektórzy nie potrafili zrozumieć, że jedne święta mniej czy więcej - co to za różnica dla kogoś, kto równie dobrze może przeżyć następne tysiąc. Albo, skontaktował, zwyczajnie woleli udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, tak, jak powinno być. Wcielenie państwa, które z jakiegoś powodu postanowiło podjąć próbę zaharowania się na śmierć, nie uspokajało zaznajomionych polityków. Ale miał na to poradzić? Nie czuł potrzeby wracania do domu, kiedy tu mógł chociaż zrobić coś pożytecznego. Święta miały być w końcu czasem spędzonym z rodziną, a jego... Była czymś oczywistym. Anglia zaprzestał zapraszania ich pod jeden dach, kiedy uznał, że nie będzie go naprawiał za każdym cholernym razem. Zresztą, sama myśl była bzdurna.
Co zabawne, Anglia miał dzisiaj naprawdę dobry humor. W Londynie było zimno jak w grobowcu, ulice pokrywała szara bezkształtna masa. Chlupała, gdy się w nią wdepnęło, a ludzie łamali kończyny przez oblodzone ulice. Parlament przypominał uśpiony ul, pełen sennych os niepewnych, co w ogóle tu robią, kiedy powinny spędzać czas ciekawiej, najlepiej z panią osą i małymi osiątkami.
Wieczorem nawet on opustoszał. Żagle Wielkiej Brytanii się zwinęły, statek dobił do portu, a Arthur Kirkland nie miał już nic ciekawego do zrobienia.
Kiedy Anglia wracał zmierzchało, a ledwo zapalone latarnie oblewały Londyn mętnym światłem. Zanim doszedł do domu zdał sobie sprawę, że czeka tam na niego spokój i cisza, a w ciszy myśli stawały się głośniejsze. Naszła go ochota, by wstąpić do pubu, ale... Jak by to wyglądało? Mimo wszystko były święta.
Dlatego wrócił, włączył radio i zajął się gotowaniem. W kuchni zapełniło się od woni mięty, pieczonej wołowiny i czegoś, co zwykle pachniało w kuchni Anglii i oddzielało się od mocnego zapachu herbaty. Nie było tego wiele. Tylko tyle, by oddać hołd tradycji.
Świąteczne piosenki zaczęły go irytować, więc zaczął męczyć się z radiem tak długo, dopóki nie odnalazł powtórki Today and Tomorrow. Dopiero po momencie zdał sobie sprawę, że pachnie spalenizną. Wołowina sczerniała, ale nie wyglądała aż tak źle. Polał ją większą ilością sosu miętowego i nawet wmówił sobie, że to dobrze, że nikogo nie zaprosił. Nie będzie musiał znowu wysłuchiwać tych wszystkich bredni o...
Dzwonek.
W takich momentach pierwsze odruchy najwięcej mówią o człowieku. Anglia pomyślał o swoich koloniach. Ułamek sekundy później zganił się za to głupie myślenie, bo przecież zdawał sobie sprawę i akceptował prawdę.
Dzwonek zadzwonił jeszcze trzy razy pod rząd. Anglia podszedł do drzwi i zawahał się znając tylko jedną osobę, która zawsze pukała i dzwoniła trzy razy, była uparta, natarczywa i na tyle bezczelna, żeby... Ach. To chyba jeszcze głupsza wizja niż brytyjskie kolonie, które nagle zrozumiały swoje błędy i postanowiły go docenić.
Przez moment Anglia stał pod drzwiami skonfundowany, jednak jego cierpliwość skończyła się razem z Jingle Bells. Otworzył drzwi szarpnięciem, nie martwiąc się, czy nie obije tym komuś twarzy. Ot, słynna angielska uprzejmość wobec gości.
- Kto do... - urwał natychmiast, gdy tylko jego spojrzenie spadło na Francję. Przez sekundy patrzył się na niego w ten sposób, który sugerował, że wewnątrz duszy Anglia właśnie stara sobie przypomnieć, ile dziś wypił i gdzie trzyma broń. Francja i jego głupkowaty uśmiech. - E-eh? To... Co dokładnie tutaj robisz? - zebrał w końcu słowa, mrugając. Nie zatrzasnął drzwi, ale nie pomyślał też, by otworzyć je szerzej. - Nie zamawiałem ducha przeszłości i... Gdzie się podziało twoje milion lepszych rzeczy do roboty?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Sty 05, 2013 6:47 pm

Święta miały swój klimat. Jakiś rodzaj niezapomnianej atmosfery, powszechnego ciepła i wspólnej radości. Ludzie odrywali się na chwilę od swoich spraw, zasiadli z rodziną przy suto zastawionych stołach, dzielili się prezentami, składali życzenia. Panowało przekonanie, że najwyższy czas się pogodzić, albo przynajmniej zawiesić broń. Mróz czy upał, brud czy nienagannie czysty obrus, ludzie potrafili go zadziwić. Mocniejsze były tradycje, dobre chęci i krótki, ulotny moment, gdy pobrzmiewała w tle kolęda. To wszystko było tak… fascynująco interesujące. Urzekające. A zarazem zabawne, bo niektórych ludzkich przywar nie sposób wytępić. Utemperować je również trudno. W każdym razie, kraje kultywowały ludzkie zwyczaje przez wzgląd na swoich obywateli. Niektórzy lubili się bawić, innym ten szczególny czas w roku nie robił specjalnej różnicy. Francja po stokroć wolałby spędzić Święta w Paryżu – Bóg mu świadkiem, że za Londynem nie przepadał. Jednak sytuacja była inna niż zwykle. Hiszpania miał problemy, Belgia wkroczyła na neutralny grunt, Prusy nie miał chęci na maraton po barach. Francis czuł coś na kształt samotności.
Być może to właśnie ona kazała mu wydzwaniać świąteczną melodyjkę. Nie sądził by kryło się za tym coś więcej. Podejrzewał, jeszcze w samolocie, że potrzebował pewnej… stałej w zmiennych czasach. Świat mógł się sypać, wojna mogła natrętnie zaglądać do okien, ludzie mogli szeptać po kątach, ale Arthur był tym, który nie wyrzuci cię z domu. Przynajmniej nie w Święta. A jeśli nawet, Francuz nie będzie żałował.
Z zamyślenia wyrwały go drzwi. Zmierzające niezaprzeczalnie w kierunku jego twarzy.
- Mon Dieu! – cofnął się natychmiast, mając na względzie dobro swojej idealnej fizjonomii. Przez kilka sekund zastanawiał się czy odpowiadać na urwane pytanie Anglii, czy darować mu grzecznościowe przytyki już w progu domu. Wciąż istniała możliwość, że ten po odrobienie namysłu i połączeniu faktów Francja-Londyn-Święta, zatrzaśnie mu drzwi przed nosem. A taka alternatywa nie przypadła mu do gustu. Planował coś kompletnie innego, przy ciepłej kawie i dobrym, francuskim jedzeniu.
Bonnefoy odczekał chwilę, aż na Kirklanda spłynie myślowe olśnienie. Przełożył pakunek w dłoni, ukradkowo zerkając ponad ramię Anglika. Jasne oczy nie zarejestrowały żadnego interesującego gościa i jakaś część Francisa westchnęła z ulgą. Pocieszająca była myśl, że nie tylko jemu towarzyszyła w samotnia. Teraz najważniejszym było zbyć Anglię błyskotliwym komentarzem i bezpardonowo władować się do jego posiadłości. Zadanie łatwe i proste w realizacji. Lata praktyki.
- Stoję, mon amour. – najprostsza możliwa odpowiedź. Spojrzał znacząco na swoje buty, jakby miały zaraz potwierdzić jego słowa. Uśmiechnął się ciepło, chwytając walizkę. – Nikt nie powinien być w Święta sam.
…jakiś slogan. Chwytliwe zdanie, zasłyszał je kiedyś, stojąc przed sklepową wystawą. Miało swój sens, urywane ciepło i tą ludzką prostotę. Dzieci potrafiły nim rozczulić, starsi pobłażliwie kiwali głowami. Francis wolał nie tłumaczyć swoich pobudek, bo sam ich czasem nie rozumiał. Albo rozumiał, i właśnie dlatego wolał je przemilczeć. Fakt, że naprawdę chciałby spędzić święta w towarzystwie Anglika kwitował śmiechem. Z pewnością stało za tym coś prozaicznego, tak trywialnego, że francuski umysł nie zamierzał rozkładać tego jakoś szczególnie. „Impuls” uchodziłby zapewne za równie dobre wyjaśnienie.
- Jestem Duchem Teraźniejszych Świąt, przynoszę ci dobrą nowinę. – wyśpiewał radośnie, z gracją uchylając drzwi szerzej. Darował sobie tyradę o niewychowaniu, braku poszanowaniu dla gościa i serię narzekań na niedogodności podróży. Bezceremonialnie minął go w progu, a z racji tego, że oszczędził mu monologu o poświęceniu na jakie się zdobył, szybko musnął policzek Arthura ustami. Mała rekompensata za niecierpliwe wyczekiwanie gospodarza pod drzwiami.
Rozejrzał się wokół ze szczątkowym zainteresowaniem. Zupełnie jak stały bywalec, który urządził sobie krótki urlop i teraz wracał w znajome miejsce. Przebiegł wzrokiem po ścianach, zsuwając ze stóp buty. Istotą francuskiej akrobacji było ściąganie płaszcza, utrzymanie w chwiejnej równowadze pakunku z ciastem i zachowanie wrodzonej elegancji. Bonnefoy w końcu wyswobodził się z płaszcza i… znieruchomiał. Wydawało się mu czy wyczuwał spaleniznę? Otaksował Kirklanda wzrokiem, ale nie zauważył kuchennego fartucha. Wcale go to nie uspokoiło, wręcz przeciwnie. Szybko odłożył ubranie na najbliższą szafkę, czując jak serce podchodzi mu do gardła. Zawał w Święta?
- Gotujesz coś? – może powiedział to o pół tonu wyższym głosem niż zamierzał. Chrząknął, rzucając bojaźliwe spojrzenie na kuchnię. A jeśli zaraz coś stamtąd wypełznie? Jakiś… pudding?
Trzeba było zostać w Paryżu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Wto Sty 08, 2013 9:15 pm

Każdego innego dnia Anglia poradziłby Francji, by ten postał sobie gdzie indziej. Najlepiej na skraju urwiska w wietrzną pogodę. Ciężko powiedzieć, czy dzisiaj taka myśl powstała w ogóle w jego głowie, czy nawet na to nie wpadł. Brytyjskie brwi zmarszczyły się i ściągnęły w dół, a trzeba zaznaczyć, że patrzyć na ruszające się brwi Anglii to jak oglądać powstanie i upadek imperiów. Nawet fakt, że Francja był na tyle głupi, by stać zaraz przy drzwiach i odskoczył w ostatniej chwili nie był dla Arthur powodem do śmiechu. Właściwie, jakaś niewdzięczna część jego osobowości stwierdziła, że w gruncie rzeczy to dobrze, że żaba ma takie zdolności robienia uników. Rozpłaszczenie jej przyniosłoby tylko sporo kłopotów; w świąteczną noc sąsiedzi usłyszeliby krzyk bólu i jak jeden mąż spojrzeli przez okna, by zobaczyć, co się stało.
- A-ah. Skąd głupie przypuszczenie, że będę sam? - zapytał po prostu, samego siebie zadziwiając neutralnym tonem głosu. Chociaż na wszelki wypadek poszukał w sobie wściekłości na Francję, to nie mógł znaleźć niczego poza zwyczajnym rozdrażnieniem na jego widok. Akcent, wygląd, ubiór, idiotyczny uśmiech człowieka, który za dużo czasu spędzał wśród oparów sera. Ale przyszedł tutaj. To było... Dziwne. - Takie rzeczy omawia się wcześniej. Jeszcze trochę i zostałbyś w Londynie całą noc sam na święta, bo byłbym w innym miejscu. To idiotyczne. Nie, żebym naprawdę się tym przejmował...
Następne zdanie pochlebiło Anglii, czego i tak nie przyznał na głos. Świadomość, że Francja powiedział coś związanego bezpośrednio z brytyjską kulturą, była praktycznie komplementem. Francja mógł w ten sposób bardzo łatwo ułagodzić Anglię, ale nic dziwnego, że zazwyczaj z tego nie korzystał. Choć Imperium Brytyjskie stało się na pewien czas wzorem kultury, tak Francja pozostawała w tym przypadku samotną, pełną ignorancji wyspą.
- W twoim przypadku nie istnieje coś takiego jak dobra nowina - mruknął tylko w odpowiedzi, ciągle patrząc na Francję trochę nieswojo. Naprawdę, to było coś nowego i, co niepokojące, Anglia powoli zdawał sobie sprawę, że nie denerwuje go to, choć powinno. - Sam jesteś jedną tragiczną. Ale w porządku...
Krótki rzut oka na trzymaną przez Francję walizkę podtrzymał Anglię w przekonaniu, że wie, czym jest dobra nowina. Musiałby przespać ostatnie tysiąc lat, by nie podejrzewać, co takiego Francja przywiózł ze sobą. Co za... Idiota.
- Masz trochę racji. Wróżki nie lubią miast, więc nie zjawiają się na święta, które i tak planowałem odpuścić. Sprawiasz problem - uśmiechnął się niespodziewanie i chociaż nie był to uśmiech skierowany do Francji, brakowało w nim zwyczajowego jadu. Anglia odchrząknął i odsunął się, by zrobić Francji przejście. Trudno. Skoro już do tego doszło, nie może go przecież wyrzucić. Bycie dżentelmenem to coś głębszego niż martwienie się ubłoconymi płaszczami.
- Wejdź. I tak, właśnie gotuję. - Może to tylko gra świateł, ale przez chwilę w oczach Anglii widniało prawdziwe rozbawienie. - W końcu to tradycja. Akurat zrobiłem trochę za dużo, więc... Wygląda na to, że masz szczęście.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Nie Sty 13, 2013 4:08 pm

- ...wybacz bezpośredniość, mon amour, ale zwykle przesiadujesz sam. - rzucił zwyczajnie, przekręcając głowę. Nie było w tym litości, zmartwienia, troski czy współczucia. Zwykłe stwierdzenie faktu, nawet francuski akcent nie zmienił tego znaczenia. Francis popatrzył na Anglię z cieniem uśmiechu. - Nikt nie powinien w takie Święto być sam. Sojusznik czy nie, jesteś na mnie skazany.
Tutaj już nie ukrywał wesołości, zdobył się nawet na anielski uśmiech. Święta to w końcu czas zgody, rozejmów, wstrzymania broni. U ludzi przynajmniej. A nacje kreowali właśnie obywatele, wpływali na nich, kształtowali i niekiedy zmieniali. Kraje mogły mieć swoje zdanie, ale jednocześnie były ściśle zależne od swoich ludzi. A tego wieczora, w Paryżu wszyscy życzyli sobie pokoju, radości i szczęścia w nadchodzącym roku. Bonnefoy stwierdził, że skoro już ma marnować świąteczny czas, to może to zrobić w towarzystwie Kirklanda. Anglia w końcu nie zatrzasnął mu drzwi przed nosem (chociaż ewidentnie chciał mu wybić zęby na powitanie), nie kazał iść do diabła i nawet nie wyglądał jak rozjuszony byk przez krwistą płachtą. Wszystko to było dobrym znakiem.
Święta miały zbawienny wpływ!
- Gdybym umówił się wcześniej, miałbyś czas na wymówkę. - machnął dłonią, kręcąc głową. - W święta każdy przyjmie nieproszonego gościa pod swój dach. - zauważył, mrugając wesoło. Jakby Arthura faktycznie nie było, Francis wróciłby się do Hiszpanii. Co prawda nie marzyła mu się Wigilia na angielskim lotnisku, jakkolwiek ciepło nie zostały przyjęty. Mimo wszystko wolał swoje tereny.
Przewrócił tylko oczami na dalsze słowa Anglii. Trzymanie gościa przed progiem to widać angielski zwyczaj. Jakiś nowy, bo wcześniej nie rzucił mu się specjalnie w oczy. Gdy już znalazł się domu uświadomił sobie jak wielki błąd popełnił. Na drugi raz powinien odwiedzić Antonio. Nawet Gilbert wydawał się lepszym kompanem - w przypadku Prus było od razu wiadome, że spali się wyłącznie choinka, a nie cała kuchnia.
- ...szczęściem byłoby, gdybyś nic nie gotował. - wymamrotał pod nosem, czując serce zaczyna wybijać niepokojąco szybki rytm. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Każdy wiedział, że jeden kęs angielskiego posiłku może zabić. - Tradycyjnie... jadam ostrygi. Ty też masz wyjątkowy fart, przywiozłem coś... - zjadliwego. - Swojego.
Zawsze można uciec przez okno. Ewentualnie drzwi, o ile Anglia ich nie zamknie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Wto Sty 15, 2013 9:55 pm

Nie zawsze przesiadywał sam. Życie trwało zbyt długo, by każdego roku uparcie trwać w jednym punkcie. Anglia po prostu... Nie szukał towarzystwa. I tak czasami spędzał święta z okolicznymi rodzinami, czasem u ważniejszych polityków; rzadziej, acz były to zwykle bardziej pamiętne okazje, urządzał święta z braćmi. Te były wyjątkowo okropne. Jeszcze kiedy indziej wyjeżdżał gdzieś, gdzie magiczne istoty ciągle mogły żyć w spokoju. Czasami zwyczajnie wybierał pracę i... I Francja był idiotą.
- Nie zawsze - rzucił mu poirytowane spojrzenie. - Nie jesteś jedynym, który może mieć towarzystwo, Francjo.
Czasami nawet innej osoby, ale Anglia bardzo rzadko pozwalał sobie na związki z ludźmi. Łatwiej było ich nie zauważać i skupiać się na pracy, nie przyzwyczajać się do żadnych konkretnych czasów, nie zostawiać za sobą niczego, za czym mogłoby się tęsknić. Co nie znaczy, że zawsze odmawiał sobie zabawy.
Uśmiechnął się cynicznie i wpuścił Francję do środka, puszczając jego słowa mimo uszu. Przez krótki moment zastanawiał się też, czy przypadkiem nie udać, że nie słyszał typowego dla Francji zrzędzenia na temat jego angielskiej kuchni. Ale słyszał to już tyle razy i za każdym robił się tak samo zirytowany, więc...
- Przestań. Są święta, wprosiłeś się do mojego domu - przeszedł przez niewielki przedpokój i zatrzymał się przy drzwiach, zza których dobiegała Woń. Wtedy też odwrócił się w kierunku Francji, z uśmiechem błąkającym się na ustach i nie obejmującym oczu. Te ciągle obserwowały Francję uważnie, jakby gotowe na odkrycie podstępu. - Tradycyjnie jem pieczoną wołowinę w sosie miętowym. Twoje muszle możemy zostawić na poranek.
To mu uświadomiło, że Francja zostanie tu na noc, ale nie przejął się tym zbytnio. Tworząc pokój gościnny specjalnie wybrał takie tapety, by Francja mógł się godzinami rozwodzić nad ich okropnością, a na ścianie powiesił replikę obrazu bitwy pod Groix, specjalnie wybierając jedno ze swoich mniejszych zwycięstw, by nie przypominać Francji tylko o tych wielkich. Być może pokój gościnny, który Anglia przygotował po części z myślą o Bonnefoyu, nie świadczył o nim najlepiej... Ale zawsze mógł się wyprzeć. Zazwyczaj tak robił.
- Cóż - dodał, zmieniając temat oraz ton na bardziej neutralny. - Rozgość się. Zostaw swoje jedzenie w kuchni, a potem... Myślę, że w takim wypadku możesz mi pomóc nakryć do stołu - zawyrokował bez entuzjazmu. Gdyby wiedział, że Francja naprawdę się pojawi, prawdopodobnie zaprosiłby go do jednego z dworków za miastem, ze służbą i całą resztą. W ten sposób spotkanie byłoby mniej prywatne i bardziej okazałe. Z drugiej strony... Ostatnio praktycznie zapomniał o tej części relacji łączących go z Francją. Przytrafiała im się na tyle rzadko, a jednak żaden z nich nie był szczególnie zdziwiony, gdy niespodziewanie się przytrafiała. Jedna z tych dziwnych chwil, których umownie nie komentowali. Cóż... Ciekawe, co z tego wyjdzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Nie Sty 20, 2013 10:14 pm

Nie przejmował się jego słowami, albo zwyczajowo je zignorował. Machnąłby na nie dłonią, gdyby nie pakunek, może nawet wszcząłby kłótnie. Wszystko to było schematyczne, Arthur coś mówił, Francis ciągnął temat dalej i koniec końców kończyło się na awanturze. Nierzadko rękoczynach, a tego francuska twarz nie mogłaby wytrzymać. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, nieszablonowe milczenie Francji było jedyną reakcją. Możliwe, że nie chciał się już spierać – bo były Święta, bo sam nie miał na to specjalnie ochoty, bo wolał nie zaczynać afery już w progu. Dla zachowania pozorów, odpowiedział krótkim skinieniem głowy i pełnym politowania uśmiechem, czającym się w kąciku ust.
Angielska kuchnia była specyficzna. Jednych przyprawiała o zawał z miejsca, innym wypalała kubki smakowe, a byli i tacy, którzy od samego patrzenia dokonywali żywota. W mękach. Bardzo bolesnych i bardzo długich. Nie było tajemnicą, że te pogłoski przywarły do Anglii równie mocno co przekonanie, że nikt go nie podbije. Sam zresztą przypalał wszystko co miało styczność z patelnią, garnkiem, blachą, łyżką, chochlą – słowem czymkolwiek co było w kuchni. Chodziły pogłoski, że jego ciastkom, gâteau, było bliżej do kul armatnich niż chrupiących przekąsek.
Stąd każdy rozumiał podszytą elegancją nerwowość Francji.
- A ty, jak dobrze wychowany człowiek podjąłeś mnie… zrzędząc jak stara kura domowa. – uzupełnił z uśmiechem, zerkając profilaktycznie przez ramię. Drzwi zamknięte, okna również. Taktyka „wiej i nie oglądaj się za siebie, roztaczając po drodze swój majestat” mogła się okazać nienajlepszym wyjściem z sytuacji.
Kąciki ust Francji uniosły się w zapowiedzi wesołego uśmiechu, choć ten nigdy się nie pokazał. Tylko się czaił, w jasnych oczach mignęło coś nieuchwytnego, szybko zlewającego się w jedno z morzem błękitu. Aż dziw, że Anglia tak dobrze zniósł fakt, że Francis zagrzeje tu miejsce na noc. A jeszcze bardziej intersująca była świadomość z jakim spokojem i obojętnością to stwierdził. To wszystko sprawiało, że Francja pierwszy raz od wielu lat poczuł… coś. Czym było to zagadkowe uczucie ciepła, wolał nie wyrokować za wcześnie. Noc była jeszcze młoda, kłótnia w ich przypadku zawsze wisiała gdzieś w górze, pojawiając się jak grom z jasnego nieba. Nie należało cieszyć się przedwcześnie. W końcu pierwsza część wypowiedzi rzutowała na drugą. A wołowina w sosie miętowym dziwnym trafem wywołała u Francisa chrząknięcie.
- Trzeba sobie urozmaicać smaki. Możemy podać i jedno i drugie. – kompromis w ich przypadku był nierealny, ale spróbować zawsze można. W dodatku Francja czuł, że pierwszy kęs będzie jak dobrowolne podpisanie własnej egzekucji, a na tym mu nie zależało. – Są Święta, czas zgody. Zachowajmy odrobinę klasy i zjedzmy prawdziwą wieczerzę. Ze wszystkimi specjałami. I nie wmówisz mi, że tego nie przewidziałeś. Nie zostawiłbym cię w święta.
To wydawało się takie oczywiste. W myślach, gdy to mówił, owszem zdawało się takie. Gdy wymówił te słowa głośno, zabrzmiały zbyt spokojnie. Zbyt łatwo przeszły przez gardło. Tłumaczył to ciąż tą samą granicą, niezmienną od lat. Mieszkali obok siebie, żyli przez wieki. Jasnym było, że zwykle albo się tłukli, albo ze sobą rywalizowali. Byli nierozłączni. Na swój dziwny i wyjątkowo niekonwencjonalny sposób.
Mimowolnie zmierzył kuchnię nienawistnym spojrzeniem. Jakby ta osobiście go znieważyła, a on miał jeszcze przepraszać z swoje istnienie. Francuskie dobro narodowe, jego chluba i prywatny triumf kulinarny miały stać obok angielskich… tworów? Niewybaczalne. Hańbiące. A z drugiej strony to tak niewymowny zaszczyt dla tych marnych potraw, że Francja postanowił być wyjątkowo miłosierny. Wszedł do kuchni, łapiąc odruchowo chochlę. Wolał mieć pewność, że nic na niego nie wyskoczy z rondla jak będzie wykładał swoje dania.
Rozstawiał je na stole powoli, ostrożnie. Z namysłem. Po kolei otwierał każde wieczko, wąchał, przypatrywał się uważnie, czy aby wszystko jest tak idealne jak być powinno. Najbardziej obawiał się o ciasto, je odwijał wolniej, z nabożną czcią. Dotknął opuszkami palców miękkiej skórki, a kącik jego ust mimowolnie zawędrował ku górze. Idealnie. Nagle jakby sobie przypomniał o całej reszcie świata. Wyprostował się, przykładając dłoń do policzka, zastygając w niemym zachwycie. Wszystko psuła woń spalenizny.
- Gdybyś sprecyzował gdzie trzymasz talerze i sztućce, to może mógłbyś liczyć na moją pomoc. – dodał głośniej, zerkając badawczo na szafki. Pamiętał ich ułożenie, bo miał już okazję bywać w tym konkretnym domostwie, ale nie miał ochoty zaglądać do większości z nich. Uchylił jedną, na chybił trafił, i nie trafiając na nic szczególnego, zamknął ją z cichym trzaskiem. Znaczna część odmian liści herbaty niespecjalnie go interesowała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Pon Sty 21, 2013 7:49 pm

To był ten moment, który większość ludzi znających ich choć przelotnie, wybrałaby na początek kolejnej kłótni. Tymczasem Anglia nie próbował się obrazić, z uśmiechnął pod nosem i stwierdził.
- Dobrze wychowany gość wiedząc, że ma do czynienia ze starą kurą domową powinien wcześniej się zadeklarować. Wytrzyj buty przed wejściem, Francjo - dodał prawie wesoło.
Bo zaskoczył, przyznał przed samym sobą, wpuszczając Bonnefoya do domu i wzdychając pod nosem. Tacy goście nie zdarzali się często. Zwłaszcza w ostatnich czasach, kiedy wszystko było tak napięte i wystarczył jeden zły krok, by wszystko pękło. W tych latach większość normalnych ludzi nie miałoby ochoty spotkać Anglii prywatnie wiedząc, jak wiele ma na głowie i łącząc to z jego temperamentem. Ale Francja, rzecz jasna, zawsze musiał być tą jedną czarną owcą, która zrobi wszystko na odwrót. Czasami Anglia nienawidził go za to szczerze. Czasami, w momentach takich jak te, dodawał jedną wstydliwą cegiełkę do muru rzeczy, za jakie go cenił. Żałosne, że taki w ogóle istniał.
Rzucił przelotne spojrzenie na walizkę pełną największej wartości narodowej Francuzów. Kolejna cegiełka.
Francja mówił o angielsko-brytyjskich świętach i Anglia prawie powiedział to na głos, ale coś, czego starał się słuchać, kazało mu siedzieć cicho. W porządku. To wyglądało jak kompromis, a Anglia był dobry we wmawianiu sobie, że lubi kompromisy. Zwłaszcza te jednostronnie, podyktowane własnoręcznie i wysłane w eleganckim liście przy asyście widma potęgi imperium czekającej za rogiem, aż druga strona podrze list w kominku.
- Niech będzie - rzucił z rezygnacją, ale jednocześnie zesztywniał słysząc drugą część zdania. Spojrzał na Francję z nieskrywaną irytacją, jakby powiedzenie czegoś miłego w ich przypadku było skrajną obrazą. - Och tak? Gdybym spotkał cię umierającego w święta, podrzuciłbym ci paczkę zapałek - oświadczył dumnie, z jakąś zgryźliwością w głosie, która sprawiała, że nie brzmiał poważnie. Nie, żeby Anglia szczególnie niechętnie podchodził do miłych deklaracji...
W porządku, kogo próbował oszukać. Najłatwiej było zostać w nienaruszalnej strefie, niewiele znaczących rozmów i drobnych zgryźliwości. Takie nagłe deklaracje zawsze budziły w nim zażenowanie, chociaż z drugiej strony... Nie miał nic przeciwko tej sytuacji. Odrobina spokoju, zwłaszcza w święta, była dziwnym, ale zadowalającym prezentem. Postanowił to zaakceptować i w ramach własnego prezentu nie mordować Francję za spojrzenie, które posłał jego kuchni.
W powietrzu nadal roztaczał się mocny zapach wołowiny i mięty, ale większość jedzenia (którego rzeczywiście było zbyt wiele jak dla jednej osoby, ale Anglia milczał), stała już gotowa. Panował nieporządek, jaki zwykle panował, gdy kuchnia znowu wyrywała się Arthurowi spod kontroli. I znowu pomyślał, że gdyby wiedział o Francji wcześniej, zaprosiłby go do dworu za miastem, a potem stwierdził, że to czyste bzdury. Ten idiota zasługiwał by być tutaj, bo tak jak ten dom był jedną z niewielu prawdziwych rzeczy, jakie zawsze towarzyszyły mu w życiu. Zmarszczył lekko brwi na tą myśl i rzucił nieprzytomnie:
- Górna szafka, druga od prawej. Sztućce masz w dolnej, tam, gdzie są mince pie. Możesz wziąć jedno teraz, jeśli chcesz spróbować.
Babeczki uśmiechnęły się do Francji. Nie były czarne ani nadpalone.
Anglia tymczasem ciągle opierał się o drzwi i dopiero teraz zdał sprawę, że zamiast działać, po prostu przygląda się Francji. Spuścił zirytowany wzrok i podszedł do czegoś bliżej niezidentyfikowanego w garnku, co powoli kończyło gotować się na ogniu. Zajrzał do środka z miną krytyka. Ciemna ciecz zabulgotała radośnie w odpowiedzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Nie Sty 27, 2013 8:41 pm

Powstrzymał się od komentarza, z dobroci serca. Czasem należało wzruszyć ramionami, przemilczeć niektóry kwestie, albo po prostu potraktować je znaczącym spojrzeniem. Tym razem Francja wybrał najwygodniejszą opcję, ograniczając się do zwykłego, przekornego spojrzenia. Mały znak, że mógłby zacząć dłuższą kłótnię, ale z racji świątecznego nastroju zdecydował się ją przełożyć na inny termin. Nie wytarł butów, obarczając za to winą początkowe stadium roztrzepania i złowróżbny zapach krążący po mieszkaniu. Świat już drżał w fasadach, a teraz rozgorączkowanie dopadło i Francisa. Ucieczka wydała się odruchową nawykiem, nawet zerknął profilaktycznie na drzwi.
Jednak naprawdę wierzył, że nikt nie powinien być sam w święta. Ciepła, przyjazna atmosfera była wskazana. Zwykle pozwala chociaż na chwilę zapomnieć o sprawach wyższej wagi, dawała okazję do udawania, że kraj może być człowiekiem. Mała, drobna przyjemność, której Francja nigdy sobie nie żałował.
Uśmiechnął się lekko, gdy kompromis został przyjęty. Zapowiadało się, że Francja pożyje jeszcze kilka lat. Same dobre strony, jak do tej pory. A Anglia dostąpi zaszczytu spróbowania prawdziwego, z całą pewnością zjadliwego jedzenia. Oby to docenił.
- Jak dobrze, że spotykamy się w innych okolicznościach. Zapałki mogłyby się okazać nieprzydatne, wystarczyłoby dobre wino. I róża, jeśli dałbyś radę uczynić mi tę przyjemność w ostatniej chwili mojego wspaniałego życia. - nie ukrywał serdecznego śmiechu, to byłoby za wiele. Anglia ze swoją zgryźliwością bywał zabawny. Szczególnie gdy nie wierzyło się w żadne jego słowo i interpretowało się je wedle własnego gustu. Francja był w tym niezaprzeczalnym mistrzem. Arthur mógł się odgrażać, wymachiwać bronią, nawet przystawiać mu pistolet do czoła, Francis zawsze wykorzystywał nieskazitelną, aktorską maskę. W gruncie rzeczy wszystko było grą, trzeba tylko było wiedzieć kiedy przychodził czas by wejść na scenę. Kurtyna opadała na krótko, przerwy były chwilowe. I lepiej wtedy spowić się ciszą, nie próbować się do nikogo zbliżyć.
A szczególnie nie Anglii.
Kuchnia wyglądała jak po przejściu małego tornada. Właściwie rządził w niej angielski chaos, jakby Arthur przed gotowaniem chciał sprawdzić, ile składników zdołałby wcisnąć do pojedynczego garnka z zamkniętymi oczami. Francja chciał odruchowo sprzątnąć małe, kucharskie królestwo; wyczyścić lady, dodać garść przypraw, odratować wszystko, co tylko podejrzliwie bulgotało pod przykrywką. Zrezygnował, chociaż dłoń aż świerzbiła. Mógłby pokazać wyższość francuskiej kuchni nad angielską. W całym swoim życiu sprzeczali się o to już tyle razy, że w końcu temat powinien się wyczerpać. Ale on wciąż był żywy, stały i tak charakterystyczny, że Francja już dawno wpisał go do kanonu ich spotkań. Chociaż dzisiaj, uparcie twierdząc, że spotkania jako tako powinny być zaplanowane z wyprzedzeniem, darował wykład o swoich wspaniałościach. Jeszcze będzie miał ku temu niejedną okazję.
- Górna szafka. – powtórzył pod nosem, rozglądając się badawczo po kuchni. Istotnie, druga od prawej należała do talerzy. Przeciętne, angielskie, bez jakichkolwiek oryginalnych motywów. Żadnej korony, Big Bena, Tamizy czy innego brytyjskiego symbolu. Banalne. Tak zwykłe, że Francja aż się uśmiechnął. Jego zastawa była wystawna, specjalna, porcelanowa. Z wyszukanymi motywami, ozdobami, wszystkim co zaświadczyłoby o jego słabości do ładnych rzeczy. – Nie masz żadnej zastawy reprezentacyjnej? Takie zwykłe talerze dla tak niezwykłych dań… Nie uważasz, że mógłbyś się wystarać o cos lepszego? Porcelanę, na przykład. Albo...
Ugryzł się w język, wyciągając naczynia. Prawić o cudach swojej kuchni mógł długo, chociaż musiał przyznać, że to w jaki sposób zostaną podane nie ma znaczenia. Wciąż będą uważane ósmym cudem świata. Nawet w glinianych miskach – aczkolwiek wolałby opcję bardziej wyszukaną. W końcu to były francuskie perły, mistrzowie kuchni szczycili wytrawność jego potraw.
Sięgnął po sztućce. Zawahał się, może kilka sekund. Spojrzał podejrzliwie na babeczki, jakby one odpowiadały za najgorsze kataklizmy na ziemi, ale nie chciały się do tego przyznać. W końcu, niepewnie uszczknął jedną. Wciąż nie był przekonany czy to nie były jego ostatnie chwile życia, gdy nieufnie przygryzł kawałek.
Chyba… będzie żył. Ale tego nie mógł być pewien.
- Nie jestem specjalistą od twoich specjałów, ale czy to powinno tak wyglądać? – zapytał z ciekawością, odkładając podejrzaną babeczkę do jej bliźniaczych sióstr. Co za dużo ryzyka to niezdrowo. Stanął za Anglią, bezpardonowo zaglądając mu przez ramię. – Zawsze możemy zjeść coś mojego. W końcu i tak ci się narzucam, czułbym się nieelegancko wyjadając ci twoje specjały. - cokolwiek to jest.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Pon Sty 28, 2013 9:20 pm

Kiedy zeszli na temat ostatniego momentu w życiu Francji Anglia powoli zaczął się przekonywać, że może ten wieczór nie będzie katastrofą. Koniec końców, znaleźli już jeden przyjemny temat.
- Możemy porozmawiać o tym później - zaproponował dobrodusznie. Rozpogodził się, a za nim chóry anielskie pospadały z chmur ze zdziwienia. W porządku... To nie działo się aż tak rzadko. Zwykle był przykładem dobrego wychowania, nie wahał się przed przeprowadzaniem staruszek przez ulicę i nie protestował, gdy służba nalegała, by osobiście pozapinać mu guziki. Oczywiście, liczyłoby się to o wiele bardziej, gdyby pamiętał, kiedy ostatnio miał służbę. Nie miałaby niczego do zrobienia w londyńskim domku dla klasy średniej. Czasami tego żałował. Ani on ani Francis nie pasowali do wizji dwóch... znających się osób przygotowujących wspólnie świąteczną kolację. Nigdy nie podejrzewał się o zdolności do przewidywania przyszłości, ale mimo to nie podejrzewał, by udało im się przetrwać bez kłótni. Pogratulował sobie własnej przenikliwości w momencie, gdy Francja spytał o talerze. W odpowiedzi Arthur zmarszczył brwi i skrzyżował ramiona nad piersią.
- Nie jesteśmy w Whitehall - przypomniał mu, zdając się nie pamiętać, że pałac spłoną setki lat wcześniej. Zresztą, to i tak był tylko kolejny dowód na to, że nie znajdowali się w nim obecnie. - Używam talerzy do jedzenia. Te, które by ci odpowiadały prawdopodobnie wiszą w The National Gallery.
Przez kolejną chwilę mało pomocnie stał w miejscu i obserwował Francję. Nie mógł zdecydować, czy jego widok bardziej go denerwuje, bawi czy, nie, nie istniała trzecia opcja, do której przyznałby się w myślach.
- Mam eleganckie zestawy do herbaty - dodał uczciwie, na wypadek, gdyby to miało pomóc. I właściwie... Od kiedy niby pozwalał Francji napadać na jego własną kuchnię? I na dodatek jeszcze się tłumaczyć?
Cóż, uspokoił się w myślach, najwyraźniej od teraz.
Prawdę mówiąc, czy tego chciał czy nie, zaczynał czuć się niczym kiepski gospodarz. Oczywiście, mógłby poinformować Francję, że już od kilkunastu lat używał rzeczy, które mógł dostać względnie tanio, a które wyglądały przy tym dobrze. Funkcjonalność przede wszystkim. Piękno zostało na wsi.
- Oczywiście, że tak - przewrócił oczami. Ciecz zabulgotała ponownie, jak pies cieszący się na widok właściciela. Arthur uśmiechnął się kwaśno. - Nie, nie dokładnie. Kiedy z nim skończę, będzie trzymał się jak ciasto. Już niedługo.
Zabrzmiało to jakoś... Mrocznie. Posępne nuty, z których istnienia Anglia nawet nie zdawał sobie sprawę. Zakrył z powrotem garnek i zgrabnie odsunął się od Francji, nie poświęcając temu śladowej uwagi.
- Zapewniam cię, że przyjemność stoi po mojej stronie - przyznał z przekornym uśmiechem. Zdecydował w końcu, że, przynajmniej na razie, zapowiadało się całkiem wesoło. Francja z jego obsesją na punkcie jedzenia był trochę jak niepełnosprawny pies, którego aż żal kopnąć. Oczywiście, dopóki zbyt nie czepiał się angielskiej kuchni, która przecież była doskonała. Nie wyglądała dobrze, bo jedzenie służyło do jedzenia, a nie prezentowania się. Dodatkowo naprawdę czuło się ją w żołądku, nie to co te lekkie francuskie dania, których trzeba było szukać na talerzu. - W końcu jesteś gościem. Weź talerze i zaczekaj w salonie, przygotuję resztę. - rozkazał mu mimochodem. Francja panoszący się w kuchni był nawet zabawny, ale na pewno nie pomagał w organizacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Cze 08, 2013 8:22 am

Alfred nie spodziewał się ucieczki Arthura. Myślał, że jest na tyle odważny by stawić czoła rozmowie. Cóż najwidoczniej bał się...tak samo jak Alfred. Jednak zostawianie niedokończonych spraw i to w taki sposób było najgorszym co mogło się zdarzyć i tego Jones nie mógł wybaczyć. Udał się w podróż do Londynu. Miasta znającego historię i pełne konserwatystów. Chyba zatem możecie się domyślić co niebieskooki o nim myślał. Dopiero gdy stanął na Brytyjskiej ziemi zrozumiał iż zadziałał zbyt impulsywnie. Zbyt głupio. Przybył tutaj nawet nie obmyślając planu działania czy tego co miał powiedzieć, a raczej wykrzyczeć w twarz Arthura. Jednak nie było odwrotu... Było ciemno i żadnego transportu powrotnego.
Wsiadł do taksówki i przeszukał kieszenie. Musiało to śmiesznie wyglądać gdyż było późno w nocy, a on jak głupi miotał się na tylnym siedzeniu szukając czegoś w ubraniu. W końcu zrezygnowany opadł na siedzenie i przymknął oczy. Taksówkarz ze swym irytującym akcentem spytał a raczej warknął "dokąd" i chyba nie był zadowolony z zasypiania pasażera. Jednak Jones nie spał próbował sobie przypomnieć adres i dzięki Bogu nie wyrzucił z pamięci nazwy ulicy. Podał ją kierowcy i miał nadzieję, że znajdzie domek Anglii.
Został wysadzony na początku długiej ulicy, która zatopiona w nikłym świetle latarni ukazywała wszystkie jednakowe domki. Alfred jęknął i rozglądał się niecierpliwie. Może któryś z sąsiadów wskaże mu drogę do "mr. Kirkland" no ale...Wszystkie okna wypełniał mrok. Było zbyt późno by nie spali. Jankes zagryzł dolną wargę bo uświadomił sobie, że pewnie Arthura też by obudził. Rozejrzał się jeszcze raz na boki i mimo wszystko postanowił spróbować znaleźć dom. W końcu był tu raz już jako dorosły więc może się uda. A jak nie wróci do jakiegoś hotelu...
Podniósł kołnierz kurtki i wcisnął dłonie do kieszeni. Chłód nie był zły raczej orzeźwiający i na szczęście nie padało... Mimo to Alfred szedł szybkim krokiem. Po prostu miał za dużo energii i nie lubił chodzić wolno jakby to było zbyt nudne. Rozglądał się dookoła i nagle, przy płocie jednego z domów dostrzegł zarys sylwetki blondwłosego mężczyzny. Stał dziwnie i twarz miał skrytą w cieniu jednak chyba nie spał...chyba. Jones postanowił jednak spróbować poprosić o pomoc. Podszedł bliżej i z uśmiechem spytał:
- Przepraszam, nie wiesz gdzie mieszka Arthur Kirkland? - Brak Brytyjskiego akcentu zdradzał iż nie jest z europy. Mówił jednak poprawnie, nie jak Chińczycy i nie bez wyraźnego "r" charakterystycznego dla Rosjan więc mógł być z Kanady lub Stanów Zjednoczonych Ameryki. Zapewne każdy Kanadyjczyk od razu rozpoznałby amerykański jednak przed sobą miał Brytyjczyka więc kto wie co pomyśli. Choć nie... od razu spoufalanie się z rozmówcą i mówienie mu na "ty" było typowe tylko dla Amerykanów. Jones jednak się nie przejmował co pomyśli mężczyzna. Zostawi go jak tylko wskaże mu drogę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Cze 08, 2013 5:53 pm

Wietrznego wieczoru roku 1939 Anglia wiedział, kim jest. Przestarzałe już latarnie rzucały miodowy blask na spokojną dzielnicę domków klasy średniej. Wszystkie z czerwonych cegiełek, z malutkim ogrodem i, z rzadka, dumnym samochodem upchniętym w niewielką wolną przestrzeń. Było tu jak na wielkiej wersji obrazka "znajdź dziesięć różnic."
Ale Anglia wiedział, kim jest i wiedział, gdzie mieszka. Zaskoczyło go jednak, że mieszka tam już ktoś inny. Dziwna magia. Czarnoksięstwo. Ale przecież nie odbiorą jemu, wspaniałemu Imperium własnego cholernego domu...
Mamrotał właśnie coś w tym stylu, gdy stał sobie na chłodnej uliczce przez długi moment, dopóki naprawdę zimny wiatr nie sprawił, że poruszył się i poczłapał wzdłuż uliczki cholernie prostym zygzakiem. I niech jakiś pieprzony gnój spróbuje powiedzieć mu, że jest inaczej, to weźmie te słowa i każe mu wsadzić mu do dupy razem z rozparzonym prętem.
O Anglii trzeba wiedzieć wiele rzeczy. Na początku upijał się wesoło. Potem, kiedy jeszcze był w stanie chodzić, zaczęła rozpierać go złość, a jeszcze potem przechodził do trybu niemowlęcego i płakał, obśliniając stolik i zasypiając na zmianę.
Dzisiaj wyszedł za pubu za wcześnie, by się cieszyć i za późno, by płakać.
Ale był Anglią. Londyn był jego własną kieszenią! No przecież nie ma możliwości, żeby zgubił się we własnej ulicy.
Zatrzymał się nawet na rozwidleniu i kompletował tą myśl z dumą. Stając chwiał się jak listek na wietrze. I wtedy właśnie zaczepiła go senna mara.
Arthur powoli zogniskował wzrok na twarzy, krzywiąc się przy słyszanym akcencie. Znowu coś wymamrotał, średnio zrozumiało. Ale było tam coś o wróżkach i coś o gorących prętach.
- Osz-wiście, że wiem, zasrańcu - zadarł podbródek tak wysoko, że jeszcze trochę wyżej i uderzyłby głową w jakiś samolot. - Do-doskonale wiem, gdzie... 'stem. To ty... Czbie'u nie ma. Ha!
Parsknął z wyraźną satysfakcją i wykonał skomplikowany manewr, w którym ruszało się całe jego ciało, w tym uniesiona wysoko ręka, którą dźgnął Amerykę prosto w pierś. Arthur uśmiechnął się do skrytej w ciemności twarzy tak szeroko, jak kot z Cheshire. Potem musiał się o ową pierś oprzeć, więc tylko poklepał ją szeroko rozwartą dłonią, mrużąc przy tym oczy.
- 'Steś... Duchem - wytłumaczył mu z miną i tonem odkrywcy Ameryki. - Pierdolonym duchem i lepiej, żebyś 'ąt znikał albo... - Ręka ścisnęła przód koszuli Alfreda. - Nah. J'szteś dobrym duchem, eh?
Nadal patrzył na niego podejrzliwie. Nadal się kiwał i cuchnął alkoholem i, z jakiegoś powodu, kobiecymi perfumami. Chwała i potęga Imperium Brytyjskiego, prze państwa. Albo jakby to powiedział teraz Anglia "Chwaga i Potęła."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Cze 08, 2013 7:43 pm

Stał chwilę czekając na odpowiedź jednak dostał jakieś mamrotanie i to, z którego wyłapał tylko coś o wróżkach i chyba prętach... Zdziwienie w sumie nie było aż tak duże do czasu aż owy osobnik podniósł głowę i w słabym świetle latarni nie ukazały się charakterystyczne brwi i piękne choć zamglone oczy w kolorze trawy. Jones nabrał powietrza przez zaciśnięte zęby i odchylił się lekko do tyłu nie dowierzając iż przed nim stoi sam Arthur. Brwi uniosły się wysoko do góry i niemal na chwilę zamarł. Dopiero po chwili zaczęły docierać do niego słowa Arthura, jak przez mgłę. Zatrzepotał rzęsami wysilając się na zrozumienie słów. Nie chwila to nie on jakoś niewyraźnie słyszał, to zielonooki niewyraźnie mówił. Alfred przechylił głowę w bok starając się zrozumieć o co chodzi z tym duchem jednak zaraz zalała go fala złości. Właśnie został obrażony i jeszcze dźgnięty! Jednak nie zdołał tego skomentować gdyż Anglia opadł na jego tors więc tylko odruchowo złapał go, by nie zleciał dalej ku ziemi ciągnięty prawem grawitacji. Dalsze groźby też nie były motywujące jednak wziął głęboki wdech i niemal momentalnie skrzywił się od zapachu alkoholu i chyba kobiecych perfum. Aż bał się pomyśleć co robił Anglia zanim dotarł aż tu, co pewnie było nie lichym dla niego wyczynem. Poklepał po przyjacielsku zielonookiego i postanowił go nie irytować tłumaczeniem.
- Tak jestem dobrym duchem - odparł zbyt szybko by dało się usłyszeć jakiekolwiek emocje. Jednak dalej starał się wykazać miły, uśmiechną się i spytał łagodnie: - Więc może razem wejdziemy do twojego domu? - "o ile wiesz, który to?" dodał w myślach i zadrżał na samą myśl spędzenia nocy z pijanym Arthurem błądząc od domu do domu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Sob Cze 08, 2013 8:54 pm

- Wiedziałem! - wykrzyknął z wręcz dziecinną satysfakcją i kontynuował majstrowanie przy piersi Alfreda. Znowu go poklepał. - Nie mógłbyś być niczym innym niż... 'obrym cholernym duchem, 'meryko. Jak u Dick...ensa.
Nagle parsknął do siebie zupełnie tak, jakby rozśmieszyło go powietrze. Jednak to był tylko moment, bo chwilę potem znowu był zły. Choć teraz już raczej naburmuszony, zupełnie tak, jakby on i jego wyobraźnia zostali właśnie śmiertelnymi wrogami. Co zwykle się działo, ale zupełnie na trzeźwo. Teraz Arthur był wyraźnie zły, ponieważ jego umysł albo magia, jedno z dwojga, podesłało mu Amerykę jako zjawę w momencie, w którym próbował zapomnieć... Tylko o czym?
Już nie pamiętał.
- Ah, tak. Tak - wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu, który wychodził mu nawet po pijanemu. - Ty tu 'stesz dobrym 'uchem. Przysłano cię, żeby mnie tam zaprowadzić. Ale potem zniknij. Nie chcę cię widzieć. Koniec końców... Wyglądasz jak on.
Prychnął z irytacją i odsunął się od niego tylko po to, żeby potwornie się zachwiać. Zasępiony patrzył na Alfreda wrogo. Najwyraźniej układ przedstawiał się dla niego następująco:
Wróżki zesłały mu dobrego ducha, który ma mu pomóc odnaleźć jego dom spośród przynajmniej pięćdziesięciu identycznych, po czym ma zniknąć, ponieważ z jakiegoś irytującego powodu przypomina Amerykę. A to już było złe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Domy Anglii   Nie Cze 09, 2013 4:00 am

Starał się nie załamać widząc jak łatwo uwierzył mu Arthur i jaką miał satysfakcję z owego kłamstwa. W sumie książki o jakiej mówił Anglia nie znał...albo po prostu nie pamiętał bo był zbyt mały by spamiętać jak Anglia mu opowiadał. Nieważne. Gorszym problemem było zachowanie Arthura zmienne i nieprzewidywalne jak pogoda w Londynie. Ale to nie ważne, odstawi Anglię do domu, ten się wyśpi i na następny dzień wszystko sobie wyjaśnią. Co to za głupoty? Arthur jak się obudzi będzie jak zombie. No ale mniejsza o to...jako bohater, no i w ramach wdzięczności za wychowanie, postanowił odprowadzić zielonookiego do samego łóżka. Słysząc jednak iż to on- Jones ma być dobrym duszkiem, który znajdzie drogę jęknął przerażony. Czyli teraz ma sprawdzać klucze Anglii od drzwi do drzwi? A jeśli nawet domy mają wszystkie takie same klucze do zamków? O zgrozo! Tak lekka panika zawładnęła blondynem jednak chyba innego wyjścia nie miał. Nie mógł zostać na chodniku z pijanym byłym opiekunem.
Widząc jak towarzysz zachwiał się niemal odruchowo złapał go i nie przejmując się wrogim spojrzeniem przytulił do siebie.
- Dobrze, dobrze. Zniknę. Ale musisz dać mi podpowiedź jak dostać się do twojego domu. - starał się mówić miło i łagodnie co było niemal irytujące zważywszy na obecną sytuacje i dokonane przez Anglię czyny w czasie bliższej przeszłości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Domy Anglii   

Powrót do góry Go down
 
Domy Anglii
Powrót do góry 
Strona 2 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Wielka Brytania-
Skocz do: