IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Pon Lis 26, 2012 7:59 pm

Nieświadomy morderczych myśli Bonnefoya Anglia po prostu uśmiechał się i dalej wyglądał na rozluźnionego. Tym bardziej, że byli w obecności Sudanu, a podkopanie autorytetu Francji leżało w wiecznych i niezmiennych interesach Anglików. Jedna z tych rzeczy tak oczywistych, jak to, że pada deszcz, a świat śmieje się z brytyjskich wypieków.
- Wybacz - uniósł z rozbawieniem brwi. - Ale nie zarejestrowałem momentu, w którym miałbym się tobą przejmować.
Jego radość przygasła może o jeden ton na to typowo irytujące mon amour. Niby nie zwracał uwagi, a nadal go drażniło. Być może kiedyś, w dalekiej przyszłości, kiedy będą jeździć na wakacje do domków letniskowych na Marsie, wydusi z Francji, czemu właściwie tak się uparł akurat na to określenie. Ale póki co o wiele ciekawszym zagadnieniem był tu wściekły Francja i jego kolonia.
- Obudź się. Niemcy ostrzy na nas zęby, a ty tylko o jednym - zbył go, nie odrywając jednak spojrzenia od Sudanu. - Poza tym miałem w końcu okazję spotkać się z naszym przyjacielem. To, że się napatoczyłeś to tylko twoja wina.
A potem Anglia obserwował Przedstawienie. Francja zabierający Sudanowi dzidę i chłopak, który robi minę Szkota, któremu ktoś wypomniał zaległy dług. Zerwał się i pobiegł za tą swoją dzidą, wobec czego Arthur wykazał się niesamowitym więc taktem. Spróbował przynajmniej udać, że parsknięcie śmiechem to tak naprawdę jakiś niezwykły rodzaj kaszlu. Idealnie. Sytuacja nie mogła ułożyć się w lepszy sposób.
Anglia spojrzał na Francję wyjątkowo radośnie, posyłając mu uśmiech zarezerwowany dla ludzi, którzy nadepnęli mu na odcisk, a teraz spotkali się nocą, w ciemnej uliczce.
- Problemy wychowawcze? - zagadał mimochodem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Pon Lis 26, 2012 11:31 pm

Ktoś postronny mógłby powiedzieć, że Francis nie lubił swoich kolonii. Brednie. Kochał je jak swoje małe ptaszynki, ale niekiedy, podobnie jak chmara ornitologicznych zagadek ze świata zwierząt, niezmiernie go frustrowały. Bywały przydatne, fakt. Ale czasy się zmieniły i wszystkie jak jeden brat zachciały nagle niepodległości. Albo przynajmniej ograniczenia francuskich wpływów. Przykre, ale prawdziwe.
- A powinieneś, mon amour. Ktoś by pomyślał, że się starzejesz i na stara lata zapominasz co się do ciebie mówi. - posłał mu przyjazny uśmiech, połowicznie obszyty tłumioną złością. Gdyby nie było tu tych wszystkich ludzi, osobiście starłby Anglii z twarzy ten godny pożałowania grymas. Tudzież marną, typowo brytyjską imitację uśmiechu. - Dostrzegam powagę sytuacji. Pytanie tylko czy ty ją widzisz równie wyraźnie, skoro przesiadujesz w mojej kawiarence jak gdyby nigdy nic.
Swoją drogą, wciąż nie potrafił zrozumieć dlaczego spotkali się akurat tu. Sudan nie wyglądał na wielbiciela Łuku Triumfalnego, prawdopodobnie nawet nie wiedział jak ważny dla Bonnefoya jest. L'Arc de Triomphe, to nie tylko zwykły pomnik. To symbol, którego nikt kto Francuzem nie był nie zrozumie. Anglia tym bardziej.
- I, nie obrażając nikogo, Safir nigdy nie będzie twoim przyjacielem.
Niestety... z koloniami bywało tak, że choćbyś przelewał na nie duszę i serce, one i tak pójdą w swoją stronę. W przypadku Francji było to głównie wpajanie manier, nauka francuskiego, ćwiczenia dykcji i najzwyklejszego savoir-vivre. Ja mu poszło - każdy widzi. Dzida wyraźnie była najlepszym kompanem chłopca.
Bonnefoy mimowolnie zacisnął szczęki. Nie powinien się tak poniżać. A przynajmniej nie w obecności Arthura.
- Coś o nich wiesz, prawda? Alfred to chyba najlepszy przykład? - za ten kaszel mógłby wepchnąć mu butelkę wina do gardła. Z radością patrzyłby jak ten się krztusi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Czw Gru 06, 2012 12:22 pm

- Niczego nie zapominam - odparł, posyłając Francji uroczy uśmiech. To znaczy, o ile przypominanie szczerzącego zęby krokodyla może być w jakikolwiek sposób urocze. Ale Anglia nie przywykł do bycia miłym, gdy w promieniu mili znajdował się Bonnefoy. Teraz dodał leniwie: - Zwyczajnie mnie to nie obchodzi.
Parsknął cicho, co mogło być odkaszlnięciem, albo kolejnym gestem świadczącym, w jak głębokim poważaniu ma Anglia fakt, że właśnie łamie jakiej święte i starożytne francuskie prawo mówiące, że Anglicy nie mają prawa przebywać w pobliżu urokliwych i nierozsądnie drogich francuskich kawiarenek bez specjalnej zgody personifikacji kraju i pewnie kilku urzędów. Dramat. Na pewno zapewniło mu to szczególne miejsce w jakimś piekle.
Utkwił w Francji roziskrzone i rozbawione spojrzenie, które nie miałoby prawa istnieć, gdyby nie spotkali się właśnie w takiej sytuacji. Nadepnięcie Bonnefoyowi na odcisk równało się dla Anglii z dobrym humorem do końca dnia. Mała rzecz a cieszy.
- Tak sądzisz? - zapytał przekornie w kwestii Sudanu. - Więc może niedokładnie znasz swoją kolonię. Sam poprosił mnie o to spotkanie.
Właśnie sprawiał coraz więcej kłopotów ich małemu dzikiemu koledze, ale nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Niech Francja zacznie się bać. Mogli mieć to cholerne serdeczne porozumienie (choć ktoś niemyślący zapomniał dopisać serdecznie niechętne), mogli stać ramię w ramię przeciwko rosnącej potędze Rzeszy i szaleństwu Związku Radzieckiego. Mogli dzielić się problemami, ale kiedy dochodziło do tych sytuacji żaden z nich nie mógł przewidzieć czy nie oberwie nożem w plecy tylko dlatego, że to niezbyt przyjemne uczucie. Powiedzieć, że marni z nich sojusznicy, to tak, jakby stwierdzić, że ryby czują się odrobinę nieswojo poza wodą.
A tymczasem sprawy układały się coraz weselej, kiedy Sudan uciekł gonić biednego kelnera.
- Alfred to tylko pojedynczy przykład - sprostował tylko odrobinkę ostrzej, niż przed chwilą, bo tego dnia nawet cholerny Ameryka nie mógł zniszczyć satysfakcji płynącej z dzidy. - Wszystkie inne moje kolonie wyszły na ludzi, ale nie martw się, rozumiem, że całkiem trudno jest zabrać dzidę dzikusowi.
Nie no, że wojny burskie? Hah... Stare dzieje, poza tym faktycznie mógł być wtedy troszkę zbyt pewny swego. Poza tym nie mówił teraz o tym, bo co innego prowadzić walkę z dzikusami na ich ziemi a co innego zabrać dzidę podległej sobie personifikacji, której zamiast tego pozwala się latać w ten sposób po Paryżu. To była ewidentnie porażka Francji. A każda porażka Francji była dla Anglii powodem do otwarcie szampana. Tak, żeby było ironiczniej.
- Biegniesz za nim? - zapytał z uśmiechem, przekrzywiając troszkę głowy. - Możemy też poczekać, aż wygra z kelnerem i wróci. Możesz usiąść przy moim stoliku, jeśli chcesz - dodał łaskawie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Pią Gru 07, 2012 7:48 am

Czasami się zastanawiał czy jego najukochańsza istota na świecie byłaby z niego dumna, gdyby zaprzepaścił swoją długoletnią reputację eleganta i rzucił się na Arthura z pięściami. Te myśli znikały jednak szybciej niż się pojawiały. Po pierwsze i najważniejsze: maska ideału paryskich ulic nie mogłaby zostać bezczelnie zbrukana w francuskiej stolicy. Nawet Anglia nie był wart tego zaszczytu. Po drugie: niezaprzeczalnie, ta jedyna, nie byłaby zadowolona.
Jednak przez ułamek sekundy Bonnefoy to ignorował. I wyobraził sobie Arthura rozpłaszczonego na podłodze, pod francuską podeszwą. Z ręką na sercu i prawdą w jasnych oczach, przemówiłby uroczyście, że to jego ideał.
- Ah, faktycznie niczego. Rozpamiętujesz wszystko. Jak się odnajdujesz w teraźniejszości, wciąż żyjąc przeszłością? Mon amour, jeszcze utkniesz gdzieś pomiędzy. – szepnął beznamiętnie, spoglądając gdzieś w dal, ponad ramieniem Anglika. Za oknem były jego kochane uliczki, ludzie, Łuk. Znajome kamieniczki, zapachy z pobliskich kawiarenek. Paryż. Arthur na tle tego wszystkiego blaknął tak znacząco, że Francja przez chwilę o nim zapomniał. Na krótko. Wrócił do niego spojrzeniem, unosząc brew. Jakby sobie uświadomił, że Anglia jednak tu jest. Niedostatecznie wychowany by zniknąć bez słowa. - …może zademonstrujesz jak wygląda „angielskie wyjście”? Nawet teraz, nie obrażę się, wierz mi.
Postaram się nie skoczyć za wysoko z radości. Chociaż obiecywać nic nie mógł, można by to nazwać odruchem bezwarunkowym. Zerknął na niego, puszczając mimo uszu nagły atak kaszlu. Roziskrzone oczy – psie ślepia. Ale nie przyjacielskie, wesołe i miłe, jakiegoś złocistego labradora, machającego zawzięcie ogonem. Gdzieżby. To prędzej złośliwy doberman, czyhający na wbicie zębów w dłoń właściciela.
- Zawiodłem się na tobie, miły. – rzekł niczym rozczarowany ojciec, który odkrył, że jedyne dziecko rezygnuje ze wszystkiego co zostało mu ofiarowane. – Nisko upadłeś. Spotkania z kolonią? W dodatku moją, która obchodzi mnie tylko od święta? Jeszcze pomyślę, że znów wracasz do nauki francuskiego.
Sudanu nie było, a prawda miała to do siebie, że zwykle do słodkich ciastek nie należała. Francis kochał, oczywiście. Cały świat. Swoje kolonie również. Ale nie były Paryżem, by oddawał im serce i duszę. Chociaż całe te ciche rozmowy z małym Safirem nie podziałały na niego uspokajająco. Arthur miał to do siebie, że kleił się do terenów, które nie były jego. Miał manię podporządkowywać wszystkich Koronie. Nieudacznik, z francuskimi ziemiami mu się nie uda. Choćby przez dzidy… te małe, przeklęte, haniebnie szpecące paryskie uliczki. To osobista hańba Francisa, jedno drgnięcie kącika ust, wiecznie rozciągniętych w uśmiechu. Bród, nieczystości i wszystkie te brzydkie rzeczy, od których Francja miał manię uciekać. Jak najdalej.
- Alfred to wyjątkowo wdzięczny przykład. – zauważył z anielskim uśmiechem. Pod przyjacielską postawą tliła się mała, mordercza myśl. Obejmowała nie tylko Arthura, ale i Sudan. Możliwe, że gdyby Safir znaczył coś więcej, maska Francisa dostałaby w znacznym stopniu zdruzgotana. Chociaż cień hańby został, a satysfakcja w oczach Kirkland tylko to potwierdzała. – Uwieńczenie posłuszeństwa, hm? Możesz go pozdrowić 4 lipca.
Na dalsze słowa Anglii uniósł brew. Biec za kolonią…?
- A wyglądam jak ty, mon amour? Podpowiem ci, nie. – przewrócił oczami, zaszczycając Arthura tylko przelotnym spojrzeniem. Więc uwagi skupił na oknie. To zawsze będzie ładniejszy widok. Nie skomentował jego łaskawej propozycji. Po prostu się przysiadł, w nonszalanckiej pozie, zainteresowany wyłącznie swoimi uliczkami.
No dobrze, od czasu do czasu zerkał na Arthura, sprawdzając czy jednak się nie wyniósł. Niestety, został.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Wto Gru 11, 2012 6:36 am

Wreszcie murzynek wyszedł z tamtego lokalu, oczywiście, ze trzymając swoją dzidę. Pokierował się do wyjścia z ławek. Był fochnięty, jak na dziecko, któremu mało co nie wyrzucono ulubionego misia przystało. Pogrzebał tylko chwilę w kieszeni czerwonych spodenek, po czym podszedł do stolika Anglii i Francji, gdzie położył im na stole pięć franków.
- Tyle powinno wystarczyć za mój sok. Panowie wybaczą jednak, ale nie zostanę dłużej. K'an bεn
I tu odwrócił się na pięcie i pokierował ostatecznie do wyjścia.

{ k'an bεn - do widzenia (Bambara)}
Powrót do góry Go down
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Czw Gru 13, 2012 1:09 pm

W oczach Anglii błysnęło rozbawienie, jak zawsze, kiedy pojawiali się ludzie, którzy twierdzili, że znają go lepiej niż on sam. Francja sam przyznawał, że nigdy nie próbował mieć nic do czynienia z Anglikami. Nie próbował ich poznać ani zrozumieć, a potem przychodził do Anglii i wmawiał mu, że zna go lepiej niż ktokolwiek. Miał rację w połowie. Znali się setki lat, dziesiątki konfliktów, zbyt wiele wojen. Zdołali poznać od najgorszej strony, przejrzeć duszę na wskroś i zobaczyć w niej wszystkie brudy. Według Anglii nie sprawiało to, że Francja go rozumiał, w końcu sam o sobie nie mówił wybitnie często. Teraz też nie wiedział, czy powinien wyprowadzić Bonnefoya z błędu czy wzruszyć ramionami i pozwalać mu nadal wierzyć w to, co zechce.
- Ostatnio niezbyt często bywam w teraźniejszości - sprostował w końcu z lekkim i kąśliwym uśmiechem. - Mam zbyt wiele rzeczy do zaplanowania na przyszłość. Nie oczekuję, że to zrozumiesz. Jesteś Francuzem.
Dawniej... Dawniej żył w teraźniejszości. Za czasów największych władców mógł sobie pozwolić na docenienie każdego kolejnego dnia. Jeszcze niedawno wierzył w to, że jego Imperium i potęga będą trwać wiecznie. Nie musiał wtedy wspominać przeszłości, bo jego złote czasy trwały. Ale ostatnio... To znaczy kilkadziesiąt lat temu odkrył, że w sercu jego imperium tkwił robak. Ciągle był potęgą, ciągle miał siłę. Jednak teraz nie mógł już zostawiać przyszłości samej sobie. Teraźniejszość nosiła znamiona upadku, Wielka Wojna i ta druga, która niedługo nadejdzie. Teraz na walce, by wyjść z obecnego stanu, ustabilizować się, powrócić do pełni chwały, na jaką zasługiwał. Przepracowywał się, marnował dnie w parlamencie, na podróżach dyplomatycznych. Robił to, bo nie przywiązywał żadnej uwagi do teraźniejszości. Obecnie jej najjaśniejszym aspektem była szansa, by wściec Francję na jego własnym terytorium.
Uniósł na niego wzrok i prychnął z lekkim rozbawieniem w odpowiedzi na ciętą uwagę.
- Dobrze wiedzieć, że spotkanie z twoim własnym podwładnym uznajesz za upadek - rzucił, wzruszając lekko ramionami. Ludzie uważali go za konserwatystę, ale to Francja był tym z obsesją na punkcie wykształcenia. Anglia potrafił docenić każdego, kto wykazał się odpowiednimi umiejętnościami, a to, że był rasistą i nigdy w życiu nie potraktowałby francuskiej kolonii na poważnie... To mógł pominąć. - Nie szanujesz go, więc postanowił spotkać się z kimś, kto go doceni. To tylko podkreśla, że jesteś beznadziejny.
Jego brwi zadrżały lekko, gdy Francja pociągnął temat o Ameryce. Oczywiście, najłatwiej było się tego uczepić. Cholernego bachora. Nie dość, że oderwał się od Anglii zbyt wcześnie, to potem śmiał wygrać kolejną wojnę. I stać się potęgą, chociaż to... To coś innego.
- To pojedynczy przykład - powtórzył nieco ostrzejszym tonem niż poprzednio, wciąż nie wytrącony z równowagi. - Za to o twoich koloniach nie można powiedzieć, że do czegokolwiek doszły. Nie oduczyłeś ich nawet noszenia dzidy.
Tego, że znajomy niewidoczny ciężar opadł mu na serce, wcale nie skomentował. Ukrył głęboko i tylko w duchu pomyślał ponuro o cholernym lipcu. Szkoda, że nawet jego potęga nie potrafiła wymazać tego miesiąca z kalendarza. Urodziny Ameryki i Francji, nie wspominając o Kanadzie i Hong Kongu, którzy byli w tym przypadku raczej znośni. Paskudny miesiąc.
- Nie jesteś mną - odparł i machinalnie potarł jedną brew. Wbrew oczekiwaniom świata nie spowodowało to niczego dziwnego. Nawet wróżkowy pyłek nie opadł, co mogło sugerować, że jego brwi naprawdę nie skrywają żadnej tajemnicy. Dziwne. - Pewnie dlatego do niczego nie doszedłeś.
Uśmiechnął się przelotnie, kiedy Francja usiadł przy stoliku, zachowując się przy tym jak obrażone dziecko. Pewnie nie odejdzie, choćby miał tysiąc ważniejszych spraw. Musiał dopilnować, by Anglia stąd odszedł, albo... Albo bycie obok siebie było dla nich po prostu całkiem naturalne. Anglia stawiał na to pierwsze, co stawiało go w o tyle kłopotliwej sytuacji, że teraz będzie musiał tu zostać. Statek pewnie odpłynie, ale... Cóż, może się poświęci. Jeśli tylko Francję to zirytuje.
W tym momencie wrócił Sudan, jednak nie zabawił długo. Arthur posłał mu krótkie spojrzenie, skinął głową i obserwował, jak kolonia odchodzi.
Ciekawe, czy zabił kelnera.
- Przynajmniej nauczyłeś go mówić - zauważył zdawkowo, gdy kolonia odeszła.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Sro Gru 19, 2012 8:09 pm

Zmrużył powieki, ignorując te błyski rozbawienia w zielonych ślepiach. Humor Arthura był tak niepojęty dla znaczącej części kontynentu, że w dobrym tonie wypadało go zignorować. A przynajmniej Francis lubował się w podobnym postępowaniu, bo było najprzyjemniejsze dla reszty świata. Zresztą to był Anglia, osobnik już sam w sobie niewarty głębszej analizy. Za dobrze się ukrywał za murem cynizmu i sarkazmu, żeby ktokolwiek mógł się przezeń przebić. Ktokolwiek próbował, musiał obejść się ze smakiem. Kamienny mur wokół Anglii nie chciał drgnąć. Oblegany czułymi słowami, taranowany drobnymi gestami, poddawany armatnim pociskom miłości i przyjaźni… nie uległ. Nigdy. Wciąż prężył się dumnie jak jego właściciel, broniąc wszystkich zakamarków angielskiej duszy. A szkoda, czasem Arthur mógłby uchylić rąbka tajemnicy. Nie ugodziłoby to weń specjalnie.
- Nie sposób nie zauważyć. Kiedy utniesz, mon amour. – szepnął, nie patrząc na Arthura. To nie było zmartwienie czy troska. Nie kierowało nim nic, czego mógłby się kiedykolwiek wstydzić. Ot, stwierdzał fakt. Przewrócił oczami na jego dalsze słowa. Nawet się uśmiechnął, tak charakterystycznie, anielsko. W jasnych oczach zatańczyły wesołe ogniki. – Rozumiem więcej niż ci się wydaje, kochanie. Ale jestem Francuzem, a ty Anglikiem. Wolisz się przepracowywać niż dobrze bawić. Zakładając, że w ogóle potrafisz.
Francis nie musiał nic zakładać, stwierdzać czy analizować. Wiedział, że Anglia nie przepada za rozrywką. Nie w dzisiejszych czasach, kiedy wojna była praktycznie kwestią chwili, a papiery stawały się bliżsi niż ludzie. Cóż, każdy radził sobie z tym wszystkim inaczej. Arthur topił się w raportach, aktach i wszelkiej innej, powszechnej makulaturze. Stronił od wszystkiego, co mogłoby go rozkojarzyć, zepchnąć z toru pracy. Aż dziw, że znalazł się akurat u Francji, w jednej z droższych kawiarenek pod łukiem Triumfalnym. Brakowało jeszcze tylko kawy w dłoni, a Francis podejrzewałby go o chęć odpoczynku od ciasnych ścian gabinetu. Gdyby nie fakt, że spotkał się z niepozorną, z dawna zapomnianą, francuską kolonią. Mała skaza na wizji relaksu. Kolejna, znacząca rysa: Paryż nie był odpowiednim miejscem dla Kirklanda. Podobnie jak Londyn w przypadku Francji. Gdyby Bonnefoy miał zamiar uknuć spisek przeciwko własnemu tymczasowemu sojusznikowi, nie omawiałby szczegółów planu w Londynie. Nie był głupi – w końcu Francuz, a nie Anglik.
- W twoim przypadku? Oui, uznaję to za upadek. – cóż poradzić, że miał takie a nie inne zdanie? Sam Sudanem specjalnie się nie interesował. Mała kolonia, której już dawno nie poświęcał znaczącej uwagi. Wiedział, ze Safir istniał i gdzieś tam, na dnie podświadomości wyczuwał jego drażniącą obecność. Był jak mała zadra, coś jak skaza na idealnej reputacji. Mówił, co samo w sobie zakrawało na cud. Na tym jego zalety się kończyły. I nawet jeśli Francis kochał swoje słodkie kolonie, tak w niektórych przypadkach nie dostrzegał sensu ich posiadania. Prócz przyjemnej satysfakcji. – Powiedz mi tylko kiedy już padniesz na kolana, chcę to zobaczyć.
Uśmiechnął się wesoło na słowa Anglii.
- „Beznadziejny” to twoje ulubione słowo? Tylko to jedno masz w swoim słowniku, że tak często je używasz, mon amour? – postanowił wspaniałomyślnie zignorować pozostałe słowa Anglika. Kolonie były naprawdę ładnym nabytkiem. Co prawda nie dało rady włożyć je w ramki i powiesić na ścianie, ale i tak, mile łechtały francuską dumę. Miał je, czy to ważne jak je traktował? – Ja przynajmniej nie posyłam ich do wojska, nie wymagam od nich poświęcenia, nie zmuszam do niczego wbrew ich woli. Nie postępuję z nimi tak jak ty z… z moją Seszele. – nie, mała, słodka księżniczka była tylko i wyłącznie Francisa. Fakt, że Arthur sprawował nad nią tymczasową pieczę należało z grzeczności pominąć. W dobrym tonie byłoby przytaknąć i nawet podpisać dokumenty, na mocy których ciemnowłosa powróciłaby do swojego papy.
Machnął dłonią, jakby odganiał namolną muszę. Doprawdy, dzida była tylko drobnym defektem. Szczęśliwym zrządzeniem losu Sudan nosił spodnie, co było prywatnym, francuskim zwycięstwem.
- Ten „pojedynczy przykład” będzie miał niedługo urodziny. – rzucił mimochodem, jasne oczy pomknęły ku przechodniom. Francuz z nijakim pomrukiem niezadowolenia stwierdził, że nie wyposażył się jeszcze w odpowiedni prezent. – …moje kolonie noszą dzidy, ty do dziś latałbyś z łukiem.
Bezczelny dzikusie z wysp. Oh, non. Nie da się rozdrażnić, to tylko mała, okropna dzida. Brzydka, paskudna i obrzydliwa, przekreślająca francuskie wychowanie. Skandal. Ale i tak usta Francisa drgnęły w uśmiechu. Pozory nade wszystko.
Zerknął przelotnie na Anglika, nieruchomiejąc. Zawsze ciekawiło go, skąd ma te brwi. Było już tyle teorii, że ruch Arthura – zapewne wyrażający coś na kształt zirytowania – przywiódł mu na myśl koniec świata. Kirkland tarmosi swoje brwi, zaraz pojawią się jednorożce i tęcza. Bonnefoy rozejrzał się ukradkowo wokół. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Łuk prężył się dumnie za oknem, ludzie krzątali się przy swoich stolikach, kelner lawirował zgrabnie w kawiarence. Żadnego wybuchu.
- Ciekawy dobór słów, mon amour. Chociaż błędny. – znów poświęcił całą swoją uwagę przechodniom. Mignęła mu w tłumie dziwnie znajoma blondynka. Drobna, o żywych oczach, stąpająca pewnie pośród pośpiesznych, zamazanych sylwetek. Jak jego Joanna. Odwrócił wzrok, spychając drażliwe myśli.
Dosiadł się bez zbędnych słów. Taka naturalna reakcja, nawet jeśli drażniła go obecność Anglii. Zresztą to Arthur powinien stąd wyjść i pójść w cholerę, nie Francis. Jak zawsze.
Na swoją kolonię nawet nie spojrzał. Dzida nie była dobrym kompanem, a już szczególnie nie podkreślała inteligencji chłopca. Przekreślała ją, poświadczała o braku europejskiego wychowania. Była zniewagą i lekceważeniem Francji. Co prawda Bonnefoy nie miał zamiaru nigdy się z Sudanem pokazywać – Mon Dieu, to wstyd przecie! – ale frustrowała go świadomość, że Arthur miał przyjemność konwersować z… z dzidą. Szczyt.
- Miło, że to zauważyłeś. Pytanie tylko czy dopiero teraz. – obdarzył go krótkim spojrzeniem w parze z anielskim uśmiechem. Znów poświęcił się obserwacji przechodniów. – Powiedz… długo zamierzasz zostać, mon amour?
Czysta ciekawość. Nic więcej. To tylko Anglia, Francja stara się podtrzymać rozmowę. Oczywiście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Czw Gru 20, 2012 1:45 pm

Nieważne, co w tej chwili próbował reprezentować Francja, był już zirytowany. Świetnie, kolejny punkt dla Anglii w ich dwuosobowej grze, która była o tyle trudna, że żaden z nich nie znał zasad. Może nawet takich nie było. W tym momencie liczyło się tylko to, że tym razem to Anglia jest na wygranej pozycji w tej rozmowie. Ta drobna rzecz poprawiła mu humor. Ta i fakt, że Francja naprawdę go nie znał, albo po prostu nie próbował znać.
- Wolę przepracowywać się teraz i zapewnić sobie mnóstwo odpoczynku potem - odparł w końcu na część rozmowy, która nosiła chociaż ślady sensowności. - W przeciwieństwie do ciebie, kiedy w twoim kraju to praca jest przerywnikiem przerw. Obudzisz się z ręką z nocniku. Znowu. Nie, żeby mnie to kiedykolwiek obchodziło.
Powiedział to nie bez satysfakcji, choć od krótkiej chwili nie patrzył już na samego Francję, a na plac za nim. Miejsce to było dla niego o tyle nieciekawe, nieładne i irytujące, że zaczął nieświadomie stukać palcami w kraniec stolika.
- Beznadziejny pasuje do ciebie wręcz beznadziejnie - odparł z uśmiechem, który tego dnia wyglądał na wyjątkowo nie do zdarcia. - Nie jesteś wart większego wysiłku z mojej strony. Chociaż, zawsze uważałem, że ordynarny pasuje ci jeszcze lepiej.
Nikt mądry nie próbowałby zarzucić Anglii, że nie zna wystarczająco wielu obraźliwych określeń. W swoich młodszych czasach poznał wyrażenia, które nawet długoletnich marynarzy zmuszały do otworzenia słownika, a pokolenie dżentelmenów lepiej niż jakiekolwiek inne poradziło sobie ze sztuką obrażania ludzi tak, by ci nawet nie wiedzieli, że zostali obrażeni. Znał się na słowach. Po prostu nie był tak fałszywy, jak Francja, by używać ich wszystkich w rozmowie z kimś, kto znał go zbyt dobrze, by uwierzyć w dobrze ujęte słowa.
Rzucił mu spojrzenie, które nawet nie próbowało udawać zainteresowania.
- Moją Seszele - poprawił kpiąco. - I mój Kanada, tak samo jak cała reszta.
Nie skomentował jednego, chociaż przez krótką chwilę miał to na końcu języka. Nie zmuszał swoich kolonii. Część z nich nie była już nawet jego koloniami, pozwolił im na stanie się dominami, na dorosłość i początki samodzielności. Wychował ich najlepiej, jak mógł i większość z nich nawet nie była mu z tego powodu wdzięczna. Mimo to ciągle mieli dług wdzięczności i przywiązanie do Wielkiej Brytanii. Pomogą mu w tej wojnie, ale dlatego, że będą zmuszeni. W marzeniach Anglii zdawali się robić nawet więcej; po podarowaniu im niepodległości sami wracali i kto wie, zawsze lubił ideę federacji. Jeszcze przed pierwszą wojną nawet wierzył, że coś takiego mogłoby się stać.
Ale Francja nie musiał o tym wiedzieć, podobnie, jak Anglia nie czuł potrzeby, by nikomu mówić. I tak nikt nie brał go za tak twardego, jak był kiedyś.
- Oczywiście - parsknął ironicznie. - Opowiedz mi o tym więcej.
Przytknął na moment palec wskazujący do delikatnego boku filiżanki. Dobrze, że Sudan za nią zapłacił, sam czułby się źle, gdyby musiał zostawić we Francji pieniądze za herbatę tak oburzającej jakości. Może mógłby mu zwrócić na to uwagę?
Spojrzał na Bonnefoya z ukosa i rzucił mu jeden ze swoich uśmiechów, tych niekoniecznie anielskich.
- Śpieszy ci się?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Francja
Cichy Głos
avatar

Male Liczba postów : 127

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Nie Gru 23, 2012 11:41 am

Nawet teraz, w tej trudnej i niepewnej chwili, nie zamierzał nadwyrężać się pracą. Jego rząd stawiał obronny mur, odsuwając od siebie myśli o walkach. Ludzie byli pewni, że jeśli dojdzie do Wielkiej Wojny, Francja wygra. A Bonnefoy wolał zaciskać zęby na otaczający go teatrzyk, cierpliwie wyczekując momentu, gdy zejdzie ze sceny. Nie wymagano od niego napoleońskiej armii, kolonizacji Azji czy powstrzymania Austrii. Jedyne czego politycy oczekiwali, to ślepe posłuszeństwo. Ale czasy monarchii absolutnej przeminęły, a Francis nie czuł się szczególnie zobligowany. Oczywiście liczył się ze słowami polityków. Wywiązywał się z powierzonych mu obowiązków, dopełniał niezbędnych formalności. Co prawda rzadko w terminie, ale cóż poradzić. To wszystko nie zabraniało mu wątpić w słuszność ustępstw dla Hitlera. W dodatku uważał za swój obowiązek krytykować uległość polityków względem Wielkij Brytanii. Sojusznik czy nie, miał za duży wpływ na decyzje rządu.
W swoim własnym mniemaniu, Francis pracował niestrudzenie.
- Oui, wyjątkowo się przepracowujesz. Szczególnie teraz, popijając herbatę. - zauważył mimochodem z anielskim uśmiechem. Nie jego sprawa czy Anglia topił się w papierach, miał zespół pourazowy nadgarstka od ciągłego podpisywania tony makulatury, czy też bolały go o oczy znudzone oficjalnymi pismami. Nawet jeśli każda nieprzespana noc chodziła za Kirklandem jak cień i zdradzała się w postaci koszmarnyvh worów. Co dziwne Anglik siedział właśnie tu, z uśmiechem wyraźnie przyklejonym na stałe i wydawał się... Francja uciszył swoje myśli, niedowierzając. Skąd one się brały? - Tak często bywasz w Paryżu, że orientujesz się w moim grafiku? Urocze. Niestety, jesteś w błędzie.
Resztę wypowiedzi puścił w niepamięć, zaintrygowany wyłącznie tą interesującą kwestią. Wszystko inne uznał za angielskie dopełnienie - coś co można spokojnie pominąć, koncentrując się na przyjemniejszych rzeczach. Francis robił tak praktycznie zawsze gdy przychodziło mu rozmawiać z Kirklandem. Może stąd przypuszczenie, zwykle go nie słuchał.
- Inni nie podzielają twojego zdania. - grę słów skwitował uniesioną brwią. Zdaje się, że słownik Anglików został ostatnio brutalnie uszczuplony. Tylko czekać aż wszystko będzie się ograniczać do pospolitego "beznadziejnie". - Częściej słyszę, że jestem cudowny, wspaniały i niezwykły. Nie bywam tak wulgarny jak ty, ani tak prymitywny. Pędzej ciebie określiłbym ordynarnym, mon amour. Na drugi raz nie używaj słów, których znaczenia nie znasz.
Przez chwilę przyglądaj się Anglii jakby był wielce interesującym zjawiskiem. Nawet pochylił się nieco, odruchowo układając głowę na dłoni. Oparł się ramieniem o stół, nie spuszczając zeń wzroku. Szukał czegoś znajomego, jakiegoś błysku w zielonych tęczówkach. Czegoś co potwierdziłoby kolejną koalicję antyfrancuską, wyjaśniło dlaczego Arthur wciąż oddycha, udowodniło, że Kirkland jest tylko głupim złudzeniem. Ale był realny, naprawdę siedział w jego kawiarence i wygadywał głupoty. Bonnefoy opadł na krzesło, kręcąc z politowaniem głową.
- Mój Mathieu. Moja Victoria. - wzdrygnął się mentalnie na to feralne imię. Seszele, mała francuska księżniczka. I kochany Kanada, zupełnie nieświadomy francuskiego poświęcenia. Arthur na nich nie zasługiwał. - Alfreda przy sobie nie utrzymałeś. Oni też odejdą.
Wszyscy odchodzili. Chyba, że zatrzymywałeś ich siłą, przywiązywałeś do siebie mocno i nie dawałeś prawa głosu. Miło było patrzeć jak słodkie dziatki dorastają podzielając twoje zdanie. A potem zwykle odwracają się od ciebie, chcą wolności. Jak francuskie ptaszynki, łakną nieznanego. Bywa.
Dopiero po chwili Bonnefoy znowu zerknął na Kirklanda. Całą swoją siłą woli powstrzymywał się od trzaśnięcia go tą niepozorną filiżanką. Przymknął powieki, nagle tęskniąc do swojego Króla Słońce. Nie pochwaliłby go. Francis reprezentuje kraj i swojego władcę, winien olśniewać nienagannymi manierami. Chociaż pokusa była duża.
- Jeśli opowiem "tak", będziesz tu siedział do zamknięcia. "Nie" niczego w twoim życiu nie zmieni, hm? - znów oparł twarz na dłoni, patrząc na Arthura z lekkim rozbawieniem. - A jeśli zaproszę cię na późny obiad, zaraz uciekniesz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   Nie Gru 30, 2012 1:35 pm

Anglia przez chwilę mierzył Francję badawczym spojrzeniem. Prawie, jakby nie znał na pamięć jego wyglądu, zachowania i mimiki. W środku nocy z zamkniętymi oczami mógłby powiedzieć, jak wygląda zirytowany Francja, jak zachowuje się, gdy jest zadowolony i sposób, w jaki błyszczą jego oczy, kiedy jest naprawdę wściekły, ale maskuje to uśmiechem. Lata doświadczeń. Jedyne, z czym Anglia miał problem, to odtworzenie w umyśle Bonnefoya naprawdę szczęśliwego, uśmiechniętego najszczerszym uśmiechem i z wzrokiem, który niczego nie ukrywał. Jeśli już, ten widok należał najczęściej do jego prywatnych wyobrażeń, które zwykle atakowały go znienacka i znikały, zanim zdążył je schwytać i zadusić, żeby przypadkiem nie postanowiły kiedyś wrócić. W jednym z tych wyobrażeń Francja zajmował się swoim rolnictwem, przesadnie modne ubrania zamieniał w najprostsze, pobrudzone koszule, a babranie w błocie w imię zasadzenia warzyw uważał za szczyt rozrywki. To była dziwna wizja dla Anglii, zwłaszcza, że wystarczyło rzucić okiem na snoba siedzącego naprzeciwko. Mógł wyglądać na zadowolonego z życia, ale nigdy nie prosto szczęśliwego. I był zarozumiały. W końcu mówił o Francji, o czym zapominał, gdy w dość niejasnych momentach przypominało mu się to drugie odległe o wieki państwo, które nachodziło go, gdy obaj byli dziećmi. Inne czasy, inni ludzie. Ale wtedy nie wątpił w szczere uczucia Francji, podczas gdy dzisiaj czasami nachodziła go myśl, ile z tych wszystkich rzeczy Francja naprawdę czuje. I czy w ogóle potrafi to robić.
- Słucham? - zamrugał. Nagle zdał sobie sprawę, że zamyślił się patrząc w Francję. Warknął w duchu na własną głupotę i przygotował się na złośliwą uwagę. Wszystko jedno. Potrzebował po prostu trochę więcej snu, ale to nie dzisiaj, o osiemnastej miał spotkanie w sprawie ostatnich utarczek Żydów z muzułmanami z podlegających mu terenów. Sprawili dość kłopotów i z tego, co Anglia widział, większość jego ludzi zmęczyła się próbami dyplomacji. Czyli czekała go dzisiaj kolejna trudna, ale konieczna decyzja. - ...na herbatę zawsze jest czas, jeśli o tym mówiłeś.
Francja znowu insynuował tak beznadziejnie głupie rzeczy, jak to, że Anglia mógłby się orientować w jego grafiku, co akurat Arthur doskonale dosłyszał. Postanowił udawać, że nie. Zabawne, ale mimo wszystko nie miał dzisiaj głowy do użerania się z francuską wizją świata.
- Znam znaczenie większej ilości słów, niż ty kiedykolwiek będziesz mógł. Przynajmniej dopóki nie przestaniesz uważać francuskiego za pępek świata - odparł za to, zmuszając się całą siłą, by samemu wrócić do rzeczywistości. Być może dlatego tyle pracował; to pomagało mu utrzymać koncentrację na bieżących sprawach, z czym miał ostatnio problem. Gubił się myślami, przeszłość przelewała się przez czarę i próbowała wyleźć na wierzch. A Anglia problemów z przejrzystością umysłu zazwyczaj nie miewał, więc i ten jeden postanowił zignorować stwierdzając, że to tylko czasowy problem. Prawdopodobnie kwestia podziałów w rządzie, jego ludzie już sami nie wiedzieli, czego dokładnie chcą. Na pewno nie wojny, żadnej powtórki z rozrywki. Jednocześnie większości ludzi w samym rządzie wcale nie odpowiadała polityka premiera; tak jak i on mieli swoją dumę i wierzyli w to, co powinna stanowić Wielka Brytania. Ustępstwa, pchanie się w sprawy kontynentu, sojusze z słabymi krajami... Nie każdemu to odpowiadało. Dlatego część Anglików wolałaby zdecydowanego działania, dumy i siły; i niedopuszczenia do wojny. Zabawne. Mogliby się w końcu zdecydować, bo mętlik w głowie naprawdę zaczynał być męczący, zwłaszcza, jeśli sprawiał, że nagle wychodził na idiotę przed Francją. Szczególnie, że akurat teraz Anglia miał powody do zadowolenia - żabojad był zirytowany.
Uśmiechnął się krzywo. Wspominanie o koloniach, tak? Może Francja uważał to za cios poniżej pasa, ale nie, nie da się sprowokować taką drobnostką.
- Słyszałem to zbyt wiele razy, by miało jakieś znaczenia - wzruszył ramionami, wyglądając na nieprzejętego. - Ale fakty są takie same. Należą do mnie, a Kanada dorósł na tyle, że sam pozwoliłem mu na samodzielność.
Drugiej strony opowieści Francja na pewno od Anglii nie usłyszy. Ani tego, że dał swoim koloniom większą wolność, bo i tak nie miałby wyboru, a chciał, by to była jego własna decyzja. Że w gruncie rzeczy liczył, że wychował ich na tyle dobrze, będą na tyle wdzięczni, że sami nie odejdą, a zostaną i będą, cóż... Dobrym wsparciem. Przez pewien czas przez myślał o konfederacji, bo chociaż nie był głupi i wiedział, że ograniczeniem koloni niczego sobie nie nie zapewni, tak chyba zbyt wiele oczekiwał po zachowaniu się wobec nich fair. Tak, jak powinien prawdziwy opiekun. Nie był przecież Hiszpanią. Jego podopieczni mogli bywać niezadowoleni, ale... To normalne dla krnąbrnych dzieci, które chciałyby decydować za siebie. Ameryka był tu tylko jednym błędem, który oderwał się od niego o wiele za szybko. Całą resztę dobrze wychował, a oni... Cóż, dzisiaj ich szacunek do niego kończył się wtedy, gdy wkraczały ich osobiste interesy. To w pewien sposób go ostudziło i zrozumiał, że dokładnie tego powinien spodziewać się od początku. Nawet jeśli nie potrafił stłumić irracjonalnego żalu. Poza tym, żaden z nich nie zostawił go do końca. Ani Kanada ani Australia z Nową Zelandią, nawet kraje ze Związku Południowej Afryki. Bo, wbrew wszystkiemu, Anglia nie był złym opiekunem. Od dawna wiedział, że nadejdzie moment, w którym będzie musiał ich puścić (I Indie, jego Indie też, ale jeszcze nie dzisiaj, najlepiej nie w tym stuleciu.).
Oczywiście, Francja musiał powiedzieć swoje. Cóż, kolejne państwo, które nawet nie próbowało dokładniej poznać prawdy, wolało pójść prostszą drogą i krytykować brytyjski kolonializm. Anglia go za to nie winił - przynajmniej nie w głębi duszy, bo gdyby Francja usłyszał, że Arthur nie ma do niego żalu o każdą rzeczy, to zrobiłoby się kłopotliwie.
Odchrząknął i zaklął, choć tylko w duchu, starając się wyglądać normalnie. Znowu to zrobił. Uciekł myślami tam, gdzie nie powinien.
- Właściwie - spojrzał na zegarek i uśmiechnął się chłodno. - Może i utrzymałbym twoje przekonanie, że interesujesz mnie na tyle, by marnować czas na robienie ci na złość... Ale nie dzisiaj. - Miał sporo czasu do rejsu, ale przecież swego czasu sto szesnaście lat nie wystarczyło, by dostać się z Calais do Paryża, a pociągi nie jeździły aż tak często. - Ci idioci odrzucili moją propozycję podziału Palestyny. Żydzi i muzułmanie wolą dalej gryźć się między sobą jak psy - rzucił, ciągle z tym ponurym rozbawieniem, które tylko sugerowało, że ta sprawa to kolejny wrzód na i tak obolałym angielskim tyłku. - Muszę coś z tym zrobić i dzisiaj mam spotkanie. Innym razem, Francjo.
Wstał i spojrzał na Bonnefoya z góry; coś, co lubił robić i robił, choć byli tego samego wzrostu. Anglia patrzyłby na Francję z góry, choćby ten był stopę wyższy.
- Trzymaj swój Sudan na smyczy - dodał jeszcze, dość niespodziewanie. - Wygląda na to, że szuka nowego właściciela.


[I z łuku wyszło drugie Dover \o/ Wiem, że to miał być ostatni post, ale masz łaskawe pozwolenie, gdybyś zechciała jeszcze raz odpisać <3]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)   

Powrót do góry Go down
 
Pod Łukiem Triumfalnym (Paryż)
Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Francja-
Skocz do: