IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Chiny 1931-1937 i wybuch wojny.

Go down 
AutorWiadomość
Republika Chińska
Administrator
avatar

Male Liczba postów : 254

PisanieTemat: Chiny 1931-1937 i wybuch wojny.   Sro Sie 28, 2013 3:25 am

Kontynuacja wydarzeń z 1931 roku i lat późniejszych.



18 września 1931 rozpoczął się proces, który miał całkowicie odmienić Daleki Wschód. Nie potrzeba było wielkich koalicji na miarę Europy, nikt nie bawił się w zmyślne dzielenie kontynentu między setki państw, brakowało dumnie brzmiących korespondencji, które głosiły ultimatum, a świat i jego problemy zostały odsunięty na dalszy plan. Przemyślane działania taktyczne nie były czymś tak szokującym, aby wywołać natychmiastowy efekt domina. Nie zdarzyło się nic, co przywodziłoby na myśl I wojnę światową, a jednak nadeszły czasy, które miały wnieść w Azji nie mniej zamieszania niż przeżyła Europa kilkanaście lat wcześniej. Pomimo mnogości państw, praktycznie cały Wschód był zdominowany przez zaledwie dwójkę, której każdy patrzył na rękę, aby odczytać niepewną przyszłość. Bo Azja była duża, lecz nikt nie dorównywał wielkością Chinom, Azja miała swój potencjał, ale pierwszeństwo głosu przypadało Japonii, Azja była różnorodna, choć każdy śmiało wskazywał na Chiny jako kolebkę ich kultury i ostatecznie - Azja była zamknięta, miała żyć sama dla siebie, a to Japonia znał smak izolacji i nie klęczał przed przybyszami z zachodu. W obecnym czasie to właśnie oni mieli, niezależnie czy tego pragnęli, czy nie, wskazywać drogę, którą miała podążać większość kontynentu.
Relacje chińsko-japońskie nie należały do prostych, korzyści fizyczne przeplatały się z ideami, a wszelkie działania nie były tylko posunięciami taktycznymi, lecz odzwierciedlały wartości, kulturę i własne przekonania. Chińczycy kreowali się na twórców kultury, wciąż wierzyli, że ich kraj jest darem niebios, który pomimo chwilowych słabości wciąż ma prawo dzierżyć władzę nad 'wszystkim tym, co pod niebem'. Japończycy zaś nie przytakiwali samozwańczym 'władcą świata' tylko działali i tworzyli własną potęgę. Oliwy do ognia natomiast dodawało wzajemne przekonanie, przyzwolenie na tworzenie relacji 'starszych' i 'młodszych' braci w kulturze, religii i języku. W takim przypadku Japończycy uznawali sąsiadów zza wody jako tych, którym zawdzięczają cywilizację, lecz jednocześnie wiedzieli, że w oczach Chińczyków klęska z ich ręki przewyższy nawet wojny opiumowe uważane z jedną z największych tragedii w dziejach Państwa Środka.


Incydent mukdeński był niczym pierwszy objaw tego, że zaczyna się źle dziać. Pociągnął za sobą ostrą krytykę, częściowo spowodowaną faktycznym stanem rzeczy, częściowo napędzaną przez mistrza manipulacji jakim były Chiny. Faktem było, że Japonia wkraczała wgłąb kraju i wykorzystując element zaskoczenia i słabe przygotowanie wojsk przeciwników zajmowali kolejne miasta i prowincje. Jedyną rzeczą, której się obawiano była reakcja ZSRR, który, pomimo wielu powiązań z obiema stronami konfliktu, milczał. Reakcja świata była zaledwie drobną przeszkodą, którą zlikwidowano poprzez wystąpienie Japonii z Ligi Narodów, a Republika Chińska była dosłownie niczym, zwykłą zabawką do gnębienia. W marcu 1934 roku przemianowano okupowaną Mandżurię na Wielkie Cesarstwo Mandżurii. Na oczach milionów Chińczyków pamiętających dawne Cesarstwo i na oczach ludzi, których cały świat zawalił się w momencie strąceniem z tronu władcy, który był zwierzchnikiem ich Bogów, Japończycy nie tylko zmieszali z błotem wszystko w co wierzyli i kochali, lecz wyniszczyli ich wszystkich psychicznie osadzając na tronie marionetkowego państwa ostatniego cesarza Chin. Bo nagle człowiek, którego podporą było całe państwo, osoba do której się modlono i której się kłaniano, ktoś kto miał być nadzieją i kogo uhonorowano równymi zaszczytami co największych władców w historii, jawnie pokazał, że jego ojczyzna, będąca dla Azjaty największą wartością, jest mniej warta niż głupia korona.


Wszyscy w Azji wiedzieli, że wojna zbliża się wielkimi krokami. Czekano na jeden moment, bezpośrednią przyczynę, punkt zapalny, który jedna bądź druga strona mogłaby wykorzystać. Nie stało się to jednak ani rok po utworzeniu Mandżukuo, ani dwa lata później. Na trzeci rok, w 1937 Japonia kontrolowała już wszystkie tereny dookoła Beipingu (znanego wcześniej jako Beijing), który choć stracił na znaczeni w momencie przeniesienia stolicy do Nankinu, wciąż był jednym z najważniejszych miast, głównie ze względów historycznych.




Chiny nie były przygotowane do konfliktu z Japonią. Nawet jeśli pod względem militarnym nie istniały większe problemy, to wciąż kraj tkwił w chaosie. Dwie władze, dwie idee, dwie armie, praktycznie wszystko było podzielone między komunistów i demokratów. Wewnętrzne spory toczyły się praktycznie o wszystko - od wizji państwa, poprzez krytykę działań przeciw Japonii, a skończywszy na tym, kogo bardziej wspiera Stalin i jaką politykę przyjąć w stosunku do ZSRR.
Nawet sam Chiny nie wiedział jak właściwie ma funkcjonować. Nie zdziwiłby się gdyby pewnego dnia ktoś oświadczył mu, że nie jest już republiką, lub, że kraj zostanie podzielony. Ale nie to było teraz jego największym problemem. Właściwie do rozłamu politycznego zdołał się przyzwyczaić, odsunął go gdzieś na drugi plan zostawiając najwięcej miejsca na sprawę, która nie zniknie tak szybko z jego głowy - Japonię. Ilekroć dostawał kolejne wiadomości o dzielnej obronie, o porażkach, o tym co stracił na rzecz młodszego brata, po prostu zamykał się gdzieś w odosobnieniu i płakał prosząc wszystkich własnych Bogów o wsparcie. Nie mógł robić tego publicznie. Dla ludzi miał być silnym oparciem, kimś kto po przeczytaniu wiadomości, że kolejne chińskie miasto padło odkładał ją w kąt i szedł obmyślać plan działania. Nie chciał również, aby jego młodsza siostra, jedyna z jego rodzeństwa, która uchowała się w Chinach, widziała jakiekolwiek łzy. Zawsze powtarzał sobie w myślach, że ma być dla niej silny, dawać jej opiekę i bezpieczeństwo, a głosik w jego głowie odpowiadał, że musi podarować jej dokładnie to samo, co kiedyś Japonii. I tak w kółko, każdego dnia praktycznie nawiedzały go obrazy sprzed wielu lat, gdy jeszcze miał młodszego brata od opieką. Kiedyś próbował opowiedzieć o swoich uczuciach Korei, lecz szybko uznał, że nikt prócz niego nie zrozumie jak wiele znaczył dla niego Japonia i dlaczego tak ciężko podejmował jakiekolwiek decyzje. Po wszystkim co przeszli, wspólnych latach i dramatycznym rozstaniu, z którego po dziś dzień ma pamiątkę na plecach, po tym wszystkim już żadnego ze swoich wychowanków nie darzył aż tak mocną miłością i nie poświęcał dla nich aż tyle. Owszem, wciąż starał się być najlepszym bratem, jednak sentyment do 'pierwszego' pozostał na zawsze.
Każda wojna z Japonią była dotkliwa. Ludziom ciężko było walczyć z kimś, kto wygląda dokładnie tak samo, czasem wyznaje tą samą religię i używa tego samego alfabetu, co oni. A dla Yao? Była podwójnie dotkliwa, bo o ile Chińczycy i Japończycy mogli tylko nazywać siebie 'starszymi' i 'młodszymi' braćmi, tak on i Kiku rzeczywiście nimi byli.
Długo odwlekał z jakimkolwiek poważniejszym ruchem. Problemy wewnętrzne, niejasna sytuacja międzynarodowa i prywatne pobudki każdego dnia odkładały decyzje na późniejsze terminy. Doszło do sytuacji, że mimo iż fizycznie trwała wojna, to wojną ona nie było, gdyż żadna ze stron takowej nie wypowiedziała. Mówiąc krótko - trwała zabawa w kotka i myszkę.



Koniec czerwca 1937 roku przyniósł kilkuset japońskich żołnierzy tuż pod granice Beipingu. Z początku, jak na okoliczności sytuacja była całkiem normalna. Wojsko Kuomintangu pilnowało oddziały japońskie, pierwsze dni upłynęły bez sensacji. Dopiero 7 lipca 1937 doszło do Incydentu na moście Marco Polo. 5 dni później dowódcy Kuomintangu doszli do wniosku, iż incydent można rozwiązać drogą negocjacji.
Na nieszczęście Chińczyków dobre chęci zakończyły się szturmem Japonii i ostateczną walką o Beiping.




Chiny naprawdę nie wiedział co robić. Ślęczał nad stertą kartek już dłuższą chwilę. Nie, nie miał czasu, reakcja musiała być zdecydowana, w każdej chwili mogła dość informacja czy ostatecznie Pekin obroniono, czy jego największa duma znalazła się w rękach Japończyków. Mógł zrozumieć wszelkie działanie starszego brata - tłumaczył jego chęć ekspansji, wyjaśniał sam sobie sprawę z Mandżukuo, nawet usprawiedliwiał go czasem mówiąc, że przecież każdy z nich miał okres w życiu gdy zachowywał się podobnie. Ale nie mógł nawet przyjąć do wiadomości, że Beijing, gdyż wciąż sam używał tej nazwy, może być mu odebrany w tak brutalny sposób.
Każde inne miasto.. Nad wybrzeżem jest ich pełno, więc dlaczego akurat..
Oparł się o stół chowając twarz w rękach. Czemu aż tak to przeżywał? Był związany z tym miastem, praktycznie całe życie się właśnie tam wychował. To była główna stolica Chin, na każdym kroku można było poczuć klimat cesarstwa, prawie każdy uosabiał Pekin z cesarzem, Zakazanym Miastem, świątyniami, wzgórzami.... To było dzieło tysięcy ludzi, którzy wykopali każde jezioro i usypali każdą górę i najważniejsze - to nie było zwykłe chińskie miasto, to był wręcz symbol, dar od Mongołów, który nie tylko przypominał o Cesarstwie Chińskim ale o tym jak wielkiego imperium kiedyś Chiny były częścią.
Nawet gdybym mu odebrał Tokio i Kioto na raz to i tak nie byłoby to tyle samo warte...
Już miał znów dać się pogrążyć własnym myślom, jak spokój zakłóciła mu jedyna osoba, którą jeszcze miał i której jeszcze nikt mu nie odebrał - Tajwan. Niby drobna rzecz, dzieci często przeszkadzają, martwią się, chcą być blisko kogoś kto je kocha.. Tak codzienna sprawa, a jednak go tknęła. Bo jeśli dla kogoś musi działać to właśnie dla takich jak ona - dla przyszłości tego kraju.
Wziął siostrę na kolana i przytulając ją jedną ręką, drugą zaczął kreślić na karce kolejne informacje dla brata. Po japońsku, z szacunkiem, mimo wszystko. Musiał się z nim spotkać, musieli albo dojść do porozumienia albo całkowicie pogrzebać ich kontakty.
...Neutralny teren.. Nie chcę go widzieć w Chinach.. Nie pojadę też na pewną śmierć do Japonii...
Chwilę rozmyślał nad adekwatnym miejscem spotkania. Musiało być chińskie, żeby miał pewność, lecz na tyle neutralne, aby brat nie kusił się do żadnych podstępnych ruchów. A do nich ostatnimi czasy miał wybitną zdolność.
Korea odpada zdecydowanie... Tego paskudnego tworu w Mandżurii nie uznaję.. Związek Radziecki?
Już miał rozważać kolejny pomysł, jak młodsza siostra delikatnie pociągnęła go za ubranie, ściągając jego wzrok na siebie. To też była myśl. Chińskie i względnie neutralne. Uśmiechnął się do niej, jednocześnie zaczynając głaskać jej główkę.
-Braciszek Cię jutro zostawi i pójdzie spotkać się z Japonią, dobrze? Nic poważnego, po prostu musimy oboje porozmawiać, podyskutować.. Pokaże mu Tajwan, co Ty na to skarbie..? Teraz pięknie kwitnie tam wiele roślin, a Kiku lubi kwiaty, więc mu się spodoba... Tylko bądź grzeczną dziewczyną i się nie martw, braciszek wróci cały i zdrowy do swojego kwiatuszka.
Miał świadomość, że okłamuje dziecko. Nie mógł postąpić inaczej, nie powie jej przecież, że ma 'siedzieć w domu, bo starszy brat idzie na jej wyspę wypowiedzieć wojnę komuś, kto prawdopodobnie ich zabije w najbliższym czasie'. Niech dziecko będzie myśleć, że wraz z Japonią będą rozmawiać o czymś przyjemnym podziwiając kolorowe kwiatki na wyspie.


Ale nie było ani kwiatków, ani kolorów. Keelung, zwany przez Japończyków Kirunem, był dużym portowym miasteczkiem na północy Tajwanu. Ulokowane między wzgórzami, nad zatoką raczyło przyjezdnych pięknymi widokami, egzotyczną roślinnością i spokojną zabudową. Było to wręcz idealne miejscem - na Tajwanie, więc z dala od Chin, z międzynarodowym portem przyjmującym statki z wielu stron świata, oraz wpływami zarówno chińskimi jak i japońskimi.
Nikt nie czekał z utęsknieniem na tą wizytę, ani nikt specjalnie się nie przygotował. Chiny jednak nie czekał sam, na 'wszelki wypadek' dostał ochronę kilku żołnierzy. Co prawda Yao był świadom, że równie dobrze mógłby od razu rzucić ich pod nogi brata mówiąc, że może ich pozabijać. O wiele lepiej czułby się w towarzystwie komunistów. Zrobienie krzywdy komunistom zawsze mogłoby być potraktowane jako atak przeciw Armii Ludowej. A atak przeciw Armii Ludowej jest atakiem przeciw komunizmowi, a co za tym idzie - zwraca uwagę ZSRR. Lecz nie, najwspanialszy rząd Republiki Chińskiej podarował mu młodych demokratów, których życie jest warte tyle, że w przypadku śmierci nawet nikt by nie poinformował rodziny.
Nie tylko z swoją 'ochroną' czuł się niekomfortowo. Podobnież było z wyglądem i prezentacją. Znał brata, widział jego stroje, pięknie skrojone mundury na widok których Chińczykom świeciły się oczy. Elegancja i klasa... A u niego? Paskudne kolory, wszystko robione na siłę, bez dbania o szczegóły, krój, dopasowanie do sylwetki i ogólne wrażenie. Do tego obowiązkowo dopięte symbole Kuomintangu - białe słońce na niebieskim tle. To nie tak, że nich nie lubił. Po prostu po wszystkich smokach i kolorach nie mógł od tak przerzucić się na coś innego. W obecnej chwili nawet przeklinał ten symbol. Z wszystkich znanych rzeczy musiało paść na słońce. Chora ironia, że on i jego własny brat z którym być może niedługo będzie w stanie wojny używają tego samego symbolu.
Jednak trzeba było się prezentować. Poprawił znienawidzony mundur i stał przed swoimi żołnierzami, cierpliwie czekając. Miał nadzieję, że brat pojawi się w miarę szybko i że nie będzie zmuszony posunąć się do najgorszego. Sam nie wiedział jakby znów zareagował. Starał się co prawda zachowywać emocje dla siebie, jednak miał świadomość, że zdolny jest do nieracjonalnego reagowania na pewne kwestie, zwłaszcza teraz, gdy pozbawiony jakiegokolwiek poczucia własnej wartości musiał czekać na kogoś, kto od kilku lat niszczy jego kraj i być może niedługo zdobędzie jedno z najważniejszych dla niego miast.

_________________


'All wars are civil wars, because all men are brothers.'
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cesarstwo Japonii
Szept
avatar

Male Liczba postów : 25

PisanieTemat: Re: Chiny 1931-1937 i wybuch wojny.   Nie Wrz 15, 2013 1:43 pm

Kwintesencją chińskiego wojska był upór. Musiał nim być. Przynajmniej tak wmawiał sobie Japonia, gdy 7 lipca mierzył wzrokiem twierdzę Wanping. Jego armia czekała cierpliwie, ludzie nieruchomo śledzili wycelowane artyleryjskie działa. Oficjalnie prosili o pozwolenie na przeszukanie obiektu, w którym rzekomo miał ukrywać się japoński wojskowy. Jak przystało na kogoś, kto nie nawykł błagać, Honda zebrał pokaźny oddział szturmowy. Za odmową generała Songa musiał stać upór, być może sam Yao. Widać nawet w czasach chaosu, politycznej rozbieżności, stary umysł wyrafinowanego taktyka nie zawodzi.

Japonia nigdy nie atakował bez przyczyny. We wszystkim miał cel, nawet jeśli było to tylko zaparzenie herbaty. Podejmowanie jakiejkolwiek czynności, która nie wznosiła nic znaczącego do jego egzystencji, nie miała prawa bytu. Nawet teraz, wpatrując się z niezachwianym spokojem w kwitnącą wiśnię, miał cel. Delikatne płatki, kruche, tak łatwe do zniszczenia, znaczyły dla niego więcej niż amerykańskie depesze. Nie chciał znów przebiegać wzrokiem po formalnościach, szczególnie jeśli tyczyły się Stanów Zjednoczonych. Jones nie znał głównych zasad, obracał się po azjatyckim kontynencie obojętny na prawa starego świata. Próbował zakorzenić się w Chinach, przyjmował z błogą nieświadomością oblegi skryte w rozlicznych niedomówieniach. Nie pojmował skomplikowanych kulturowych powiązań całej Azji, nie doceniał drobnych dłoni zaciskających się na tsubie katany, nie czuł wiszącego w powietrzu zagrożenia. Nie rozumiał wojny, wypowiedzianej pośród kwiecistych uprzejmości. Nie wiedział, że jeśli naprawdę chciał utrzymać swoje wpływy w Chinach, powinien się nimi zainteresować przed Japonią. To był jego główny, podstawowy błąd.
Na domiar złego pisał najnudniejsze depesze, jakie Honda kiedykolwiek miał okazję przeczytać.
Kiku rzucił okiem na oficjalny tytuł najnowszego listu od USA. Chwilę mierzył cier-pliwość japońskiego ambasadora, zastanawiał się ile dni może upłynąć nim udzieli odpowiedzi. Szacunku do wroga uczył się każdy samuraj i tylko dlatego Cesarstwo Ja-pońskie porzucił swoje kalkulacje. Nie należało lekceważyć dyplomacji, szczególnie gdy warunkowała prowizoryczną ugodę. Skrupulatnie kaligrafując każdą literę zaczął spisywać krótkie, możliwie niezobowiązujące zapewnienia o pokojowych zamiarach. Przerwał po chwili, wracając wzrokiem do kwitnącego kwiecia, bezwiednie pocierając prawą dłonią lewy nadgarstek. Dotyk gładkiej skóry na moment zbił go z tropu.
Ślad po oparzeniu zniknął szybciej niż się tego spodziewał.

Wystrzeliło pięć pierwszych kul. Nie było sygnałów ostrzegawczych, jedynie za-mieszanie na murach, ostrzał mostu i japońskie wojska szturmujące. Pośród wrzawy, ogólnego rozgardiaszu, nieoczekiwanego oporu chińskiego – Japonia zbyt szybko wyce-lował. Za mocno podciągnął działo, a niekontrolowany odrzut i krótki wybuch zbił go z nóg. Oparzona dłoń bolała jak diabli, paliła bardziej niż wściekłość – Chiny nie miał dostatecznie dużo taktu, by ustąpić. Wolał patrzeć jak jego ludzie padają jak muchy. Przegrywając, wolał zginąć z honorem, broniąc twierdzy do ostatniej kropli krwi.
Japonia chciał nienawidzić Yao za upór. Chciał wściekać się jak dziecko, któremu opiekun odmawia zabawy. Ale nie miałoby to sensu. Byłoby bezcelowe. Lepiej wygrać, niż pozwolić by pochłaniała cię złość.


Atak na Chiny, pierwszy objaw ekspansywnej polityki, nie był zdradą.
Japonia spojrzał uważniej na spisane zdanie, zdecydowanie je przekreślając. USA nie zrozumie – nie znał skomplikowanej relacji azjatyckiego rodzeństwa. Nie wiedział ile krwi wchłonęła żarłoczna ziemia, nie widział ostrza przecinającego znajome ciało. Absurdem były wszelkie próby rozjaśnienia umysłu Amerykanina. Chociażby sam fakt, że Jones wychował się w kompletnie innym środowisku, tworzył między nim a Azją przepaść nie do przeskoczenia. Tak jak Japonia nigdy nie pojmie beztroski Amerykanów, ich rozluźnienia i pojęcia wolności, tak USA nigdy nie zgłębi kruchej konstrukcji relacji Kiku i Yao.
Oczywiście Honda nie wątpił, że Stany Zjednoczone rozróżnia granicę między krajem a bratem. Rodzina, szczególnie w przypadku państw, miała często znaczenie zamazane, rozchwiane, przetarte w niektórych miejscach. Między Kiku a Yao pojawiały się dziwne napięcia, godziny milczenia, których nie potrafili przełamać ciepłym słowem. Chwile gdy stali za blisko, gdy oczy nie krążyły po pokoju, a koncentrowały się wyłącznie na drugiej istocie. Momenty zaborczości, gdy wszystko co chińskie miało być również japońskie. Kiku nawykł wszystko zbywać wymownym „era Kofun”, kończąc wszelkie dyskusje. Czasy się zmieniają, nadchodzą zmiany, których nic nie było w stanie zatrzymać. I USA, jak nikt inny powinien wiedzieć, że to właśnie różne podejścia do tego samego problemu sprzyjają rozłamom.
Nie tylko w rodzinie.
Kiku westchnął, odkładając depeszę na bok. Rozprostował dłonie, śledził wędrówkę długich palców wzdłuż blatu. Były szorstkie, drobne, miejscami nieprzyjemnie po-przecinane przez lata kurczowego chwytania tsuby. Nie miały w sobie nic z kobiecej delikatności, z męskiego zdecydowania. Były tylko wskaźnikiem pracy, życia wojownika. Samuraj zwykle skrywał dłonie w połach haori, ukrywał je przed ciekawskim wzrokiem. Być może nie lubił, gdy ludzie patrzyli mu na ręce, widzieli ślady po bitwach. Były narzędziami pracy, które należało szanować.
Honda miał powód, by nie wymieniać uścisków dłoni. Wolał o końca nie zdradzać, że przypisywana mu bezczynność niewiele ma z nim wspólnego.

Japończycy nie zajęli twierdzy. Nie na początku.
O wygranej Chińczyków przesądziła przewaga liczebna. Do czasu.


Dopiero po chwili spostrzegł kolejną depeszę. Odruchowo przygotował się na kolejne monotonie dukane słowa ambasadora, który pragnie potwierdzenia bezpieczeństwa inte-resów Stanów Zjednoczonych na terenie Azji. Kiku nie pierwszy i nie ostatni raz miał ochotę od razu napisać, by amerykański polityk pojawił się u niego osobiście i zażądał pełnego poszanowania wpływów swojego państwa. Wtedy Honda mógłby mu przyzwoicie odmówić.
Zaskoczyły go płynne japońskie słowa. Jeszcze bardziej zdziwił się przeskakując wzrokiem do nadawcy. Chiny rzadko pisał, szczególnie gdy wewnętrzny chaos pochłaniał każdą jego wolną chwilę. Ostatni raz Kiku czytał chińską depeszę w… 1919? Może 1912? Był pewny, że dotyczyła obalonego cesarza, ale doszukując się w pamięci szczegółów napotkał pustkę.

Podobnie zareagował na widok Zhanga, imrpowizowanego posła Kuomintangu, którego ugościł generał Hashimoto na moment przed podjęciem kolejnego szturmu. Zdziwienie przemieszało się z politowaniem. Chińczyk mógł uosabiać dobrą wolę Yao – albo na-dzieję, ze konflikt można rozwiązać pokojem. A przecież negocjacje miały kompletnie inny cel.
Były zasłoną dla Hashimoto. Grzecznościowym mydleniem oczu, by wróg zignorował za-ognione spojrzenia Armii Kwantuńskiej. Japonia uczestniczył w negocjacjach osobiście, z czystej przekory domagając się publicznych przeprosin chińskiego generała Songa. Był ciekaw ile byłby w stanie utargować, jak daleko mógłby się posunąć upokarzając Chiny raz jeszcze. Główny dowódca twierdzy Wanping przepraszający całą armię japońską? Interesujące posunięcie. Honda aż żałował, że Song nie pojawił się osobiście, ale widać Yao miał pewne… przeczucia. Nie wypada posyłać swojego najlepszego człowieka w szpony wroga. Przez krótką chwilę Kiku obserwował z chłodnym uśmiechem jak zadowolony Zhang opuszcza siedzibę japońskiego generała, wyraźnie zadowolony z przebiegu negocjacji. Niespełna godzinę później Hashimoto wydał rozkaz ataku twierdzy.


Propozycja spotkania miała cel. Zarówno w przypadku Japonii i Chin było to posunięcie czysto taktyczne i wiązało się z nim więcej pozytywów niż negatywów. Kiku mierzył wzrokiem list, analizował kolejno każde słowa. Z depeszy nie wylewały się podejrzane zamiary, ale braterskiego uczucia Honda również nie uświadczył. Miejsce spotkania równało się neutralności, nie narzucało ani wzmożonego zainteresowania ZSRR, nie sprowadzało uwagi Ligi Narodów, nie komplikowało japońskiej polityki. Chińskiej też nie, skoro Yao proponował akurat Tajwan. Mimo wszystko Japonia się wahał.
Nie był pewny na ile będzie to spotkanie towarzyskie, a na ile czysto praktyczne. Po nietakcie Yao w czasie badania incydentu mykeńskiego, unikał wszelkich kontaktów z Chińską Republiką. Słabości łatwo wślizgują się w ludzką podświadomość i zwykle zagrzewają tam miejsce na dłużej. W dodatku mogły być dziedziczne. A Wang z całą pewnością przejawiał ich ostatnimi czasy w nadmiarze. Kontakt z istotą, którą trawi wewnętrza wojna, która nie przewiduje oblężenia własnej stolicy i nawet nie potrafi pogodzić się z przegraną, może przynieść za sobą więcej szkody niż pożytku.
- Azja nie jest miejscem dla słabych - szepnął Kiku, przebiegając placem po wykali-grafowanych słowach. Jakby się znów uczył swojego pisma; śledził płynne kształty ciemnego tuszu, kończąc wędrówkę na krawędzi listu. Podobnie czynił przed wiekami, obserwując jak Yao powoli, niemal osowiale kreśli nieznane znaki. Specjalnie pisał wolniej niż zazwyczaj, ostentacyjnie unosił zabawny pędzelek osadzony na bambusowym kijku. Wiedział, że Japonia dokładnie studiuje każdy jego ruch. A potem odtwarza, wiernie kopiując na pali jedwabiu. Dziś równo kreślone znaki japońskiego wydały się Kiku irracjonalnie zabawne*. – Sentyment, starcze?
Honda potrzebował chwili – dłuższej, namacalnej chwili milczenia – nim zdecydował się odpisać. W pierwszej kolejności dokończył odpowiedź na depeszę amerykańską. Gładko ominął temat interesów Jonesa, lawirując między skąpymi zapewnieniami pokoju i ostatecznym zaznaczeniem, że polityka japońska odnosi się wyłącznie do terenów, które cesarzowi Hirohito były nadane już w niebiosach. Nie uściślił, które ziemie należały się cesarzowi, pozostawiając wątek do boskiej interwencji.
Dłużej walczył z listem do Chin. Wypadałoby odpisać wedle modły chińskiej, dla po-szanowania tradycji. Jednak im dłużej Kiku wpatrywał się w pustą kartę, tym nabierał głębszego przekonania, że ciągnie za nim widmo słabości. Zrezygnował z wymogów tradycji, bezczelnie kontynuując korespondencję kaligrafią japońską. Zasadniczo nie pisało mu się łatwiej, ale przynajmniej nie musiał zatrzymywać się przy każdym znaku. Narzucił oficjalny ton, nie pozostawiając złudzeń co do motywów spotkania. Polityka, wojna i katana, to sfery, do których rodzinie powinno być najdalej. Szczególnie kobiecie. Dłużej ostał się przy podpisie. Formalności uzupełniał jako kraj, oszczędzał swoich ludzkich personaliów na specjalne okazje. W końcu zakreślił wyrywkowe, obdarte w emocji „Cesarstwo Japońskie”.
Sentyment może przecież zgubić tylko jednego z nich. I to nie będzie Honda.

Zdobycie chińskiej twierdzy miało jeden cel – ułatwić zogniskowanie oddziałów wokół stolicy. To otworzyłoby przed Japonią Nizinę Chińską. Honda nie szedł za swoją armią wściekły, zły, przepełniony żalem czy nienawiścią. Maszerował ku chwale, zwycięstwie, nawet jeśli musiał posunąć się do oszustwa. Na wojnie nie było przecież miejsca na braterskie uczucia.
Szczególnie gdy twój brat sam wystawia się pod strzał.


Pojawił się na miejscu spotkania z kilkoma ochotnikami z Armii Kwantuńskiej. Cesarz Hirohito był gotów przekazać mu własną straż pałacową, ale Honda nie mógł przyjąć tak wielkiego zaszczytu. Wybrał kilku młodych żołnierzy, którzy w przeddzień podróży pojawili się na placu cesarskim. Uważali to za przywilej – eskortowanie swojego własnego państwa na neutralne ziemie, tylko po to, by zamienił kilka słów ze swoim bratem. Wyglądali jak młode żurawie, co to mimo urzekającego upierzenie wciąż jeszcze potrzebują stada, by zaatakować. Kiku ograniczył się krótkich, zwięzłych wyjaśnień odnośnie przewidywalnego toku rozmowy. Nie musiał zaznaczać, że na pewno w całej konwersacji pojawią się momenty, których usłyszeć nie powinni. Wystarczyłoby jedno spojrzenie, by Japończycy wycofali się powoli, szanując tajemnice, których nie dane im będzie poznać. Jedyne przed czym Honda przestrzegał swoją kilkuosobową eskortę to możliwość wymiany ognia.
Wolał uniknąć rozlewu krwi na wyspie siostry. Wystarczająco podburzający bywali Hani, dodatkowych zamieszek nie potrzebował.
Zawitał w mundurze marynarki Cesarstwa Japońskiego. Była najwygodniejsza, najprostsza i przyzwoicie wyglądała z narzuconym haori. O tej porze roku wiśnia zrzucała kwiaty, kolory znikały, a chłód podchodził nocą do łóżka. Rozsądnym było więc założenie cieplejszego odpowiednika umundurowania. Co prawda przytroczona do boku katana nie negowała zdroworozsądkowego podejścia Kiku, ale rzucała cień wątpliwości na pokojową atmosferę spotkania. Nie zawsze neutralne podłoże rzutowało na samym spotkaniu – w każdym razie jeśli obie strony wciąż trwały w stanie wojny, rzadko spotykały się z przyjaznym uśmiechem. Częściej z bronią. Najlepiej nożem wycelowanym w pierś przeciwnika. Wtedy spotkanie nabierało zupełnie nowego zabarwienia.
Honda się nie śpieszył, co rzutowało na jego kompanach. Trudno było maszerować, gdy człon grupy przystawał co jakiś czas, rozglądał się melancholijnie wokół. Nawet coś tak prozaicznego miało swój sens. Odwlekanie spotkania z Chinami to jedno, ale od-najdywanie pośród tajwańskich osobliwości nutę japońskości, to drugie. Drobne po-tknięcia w zbiorowej synchronizacji nadrobiono krótkim, nieszczególnie niskim po-kłonem. Japonia ledwo skinął Chinom głową, łatwo odnajdując się w roli wyższego rangą. Patrząc obiektywnie, teraz Azją rządził Japonia, to on dominował, to jego izolacja sprawiła, że wpływy europejskie nie osłabiły go w równym stopniu co Yao. On i Stany Zjednoczone wyszli z Pierwszej Wojny na tyle dobrze, by przejąć dominację na swoich kontynentach. I na tym podobieństwa względem Japonii i USA się kończyły. Kiku miał pełne prawo spoglądać na Chińczyka z mieszaniną politowania, skrywanej pogardy i subtelnej wyższości. Alfred raczej nie posiadał takich praw w przypadku Anglii.
- Rozsądny wybór. – Zamiast powitania Cesarstwo Japonii pozwolił sobie skomentować dogodne miejsce spotkania. Rzucił okiem na chińskie pionki, ustawione w równym rzę-dzie, Kuomintang w pełnej krasie. Yao do nich nie pasował, nieszczególnie prezentował się w umundurowaniu własnego wojska. Honda słyszał o demokratycznych bredniach, sam przyczynił się do obalenia ostatniego chińskiego cesarza. Wyglądało na to, że trafił w odpowiednie tony. Trudno było jednak przywyknąć do obrazu Chin, który popierałby demokratyczne nurty. – Wolałbym jednak, byśmy dyskutowali na osobności. Nie ufam twoim ludziom po niedawnych… incydentach.
Nic w nieruchomym spojrzeniu Hondy nie uległo zmianie. Jeśli obawiał się czegokolwiek, nie okazywał strachu. Jego wzrok spoczął na Chinach, oczekując rozsądnego podejścia do zaistniałej sytuacji.
- Mamy czas i środki, by rozmawiać twarzą w twarz. Jakkolwiek bym nie ufał własnym ludziom, o twoich nie mogę wyrazić się równie hojnie. – Japończyk powiódł wzrokiem po białych symbolach Kuomintangu. Zdecydowanie wolał swoje krwiste słońce. – O ile sprowadziłeś mnie tutaj z myślą o poważnej rozmowie, o tyle zrozumiesz moje po-strzeganie prywatności.
Żołnierze za nim skinęli głowami, jakby na niewidzialny znak. W odpowiedzi na krótkie, rzucone przez ramię spojrzenie Kiku, jego ludzie cofnęli się ugodowo. Był to niemal namacalny dowód dobrej woli i japońskiej neutralności. Przynajmniej na wyspach Tajwanu.




Nie, nie mogłabym przeżyć, gdybym odpowiedziała marnym, krótkim postem <3 Teraz, skoro już wszystko zostało wyjaśnione, możemy przejść do krótszych form postów.

* W kaligrafii chińskiej na ogół nie występują kształty okrągłe. Inaczej jest w przypadku japońskiego i koreańskiego. Tak mówi ciocia wikipedia, chociaż raz się jej posłucham.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Republika Chińska
Administrator
avatar

Male Liczba postów : 254

PisanieTemat: Re: Chiny 1931-1937 i wybuch wojny.   Pią Lis 15, 2013 3:21 am

Jedna Azja Wschodnia, jeden krąg kulturowy, jedna rodzina. Nie mieszkali daleko, Morze Wschodniochińskie nie było barierą nie do pokonania, a ludzie po obu jego stronach nazywali siebie braćmi widząc jak bardzo splata się ich kultura. Nawet gdyby przelano całą krew Chin i Japonii, to wciąż nie mogliby oni wyzbyć się swojego pokrewieństwa. Byli po prostu rodziną, czymś, co dla każdego powinno być rzeczą najważniejszą, podstawową jednostką społeczną. I gdyby ktoś postronny widział tylko tą stronę medalu mógłby się zdziwić na wieść, że wojna nie ma wybuchnąć w niepewnej Europie, gdzie wszyscy są sobie wrogami, lecz gdzieś daleko od centrum świata, aż na końcu Azji i to z powodu dwóch braci.
Yao żył w swoistej iluzji, że gdyby to zależało tylko od nich, gdyby nie byli wplątani w politykę międzynarodową, a sami, niezależnie od ludzi kształtowaliby świat, to ich obecne życie nie różniłoby się niczym od tego, jakie wiedli za młodu. Wierzył, naiwny i głupi w swoich przekonaniach, że Japonia nie jest zły, a jedynie, tak samo jak i on, czyni to, co mu nakazano. Zapominał jedynie, że Cesarstwo Japonii nie było ani Republiką Chińską, ani Cesarstwem Chińskim.

Przedłużające się czekanie było niczym zbawienie. Chiny nie interesował się zbytnio nastawieniem psychicznym jego żołnierzy, większą uwagę skupiał na tym, aby z każdą kolejną upływającą minutą wyzbywać się emocji. Lęk przed tym jak on sam zareaguje, gdy ujrzy brata był większy niż sama świadomość, że stanie przed wrogiem.
I choć miał wrażenie, że odpowiednio się przygotował i żadne błahostki nie zakłócą jego wewnętrznej równowagi, gdy tylko ujrzał znaną, tak samo ukochaną jak i znienawidzoną twarz Japonii poczuł jak jakaś niewidzialna pętla plącze jego serce powodując niewyobrażalny ból. Wyimaginowany, a jednak odczuwalny.
Westchnął rzucając spojrzenie żołnierzom. Dopiero teraz odkrył, jak bardzo ta 'pomoc' jest nieprzydatna. Nie dość, że ich zdolność do walki nie była nawet połową tego, co prezentowali Japończycy to jeszcze wszyscy mieli nie więcej niż 25 lat, a co za tym idzie urodzili się już w Republice Chińskiej*. Błahostka, aczkolwiek chłopcy, którzy nigdy nie zaznali cesarstwa, wychowani ponadto w kraju, gdzie owy temat był tabu, nie mogli w żadnym stopniu rozumieć ani Yao, który jeszcze miewał nawyki po starym systemie, ani Kiku, który owym cesarstwem w gruncie rzeczy był.
Chiny nie mógł zbyt długo skupiać się na własnych ludziach. Jego rozmówcy przybyli i choć japońskich żołnierzy i tak traktował jak powietrze, to bratu już musiał poświęcić uwagę. Nie ukłonił mu się, choć był świadom tego, że powinien. Jedynie skrzywił się na pierwsze słowa Japonii, uznając je za jakiś głupi żart.
-Ni hao didi. Konnichiwa watashi no ototo.* -Skoro Kiku się nie przywitał, on sam to uczynił, dodatkowo pozwalając sobie na swobodniejszy ton. -Rozsądny wybór? Oh, jednak prosiłbym abyś nie traktował tego terenu tak, jak innych. To wbrew pozorom nie jest nasza ziemia, a meimei raczej nie jest osobą na tyle dojrzałą, aby mieszać ją w nasze własne problemy, shi de?
Choć jego słowa były raczej swobodnym językiem, on sam wydawał się być spiętym. Pętla gdzieś tam w jego sercu nie chciała puścić, a te najgłupsze myśli w jego głowie głosiły, żeby się rozpłakał i przytulił młodszego brata. W takiej sytuacji mógł tylko walczyć sam ze sobą i udawać na zewnątrz, że nic się nie dzieje.
-Incydentach? Masz namyśli ten cały teatrzyk, którym mnie raczyłeś? -Już chciał prychnąć, jednak w porę zaświeciła mu się czerwona lampka przypominająca, że rozmówcy ma aż tak bardzo nie irytować -Ty nie ufasz mym ludziom, ja również im nie ufam... Aczkolwiek piekące plecy przypominają mi, że jeszcze bardziej nie ufam Tobie.
W rzeczywistości o żadnym fizycznym pieczeniu mowy nie było. Jedynie wplótł on we własne słowa drobną aluzję, którą rozumieli tylko oni obaj.
-Imponujące.. -Mruknął widząc posłuszeństwo Japończyków. Zaraz odwrócił głowę w stronę własnego wojska. -Robię to tylko dlatego, że sprawa jest dla nas obu równie ważna.
O ile Japonia nie miał problemu z armią, tak Chiny zdawał się nie posiadać aż tak dużego autorytetu. Na polecenie zostawienia ich w spokoju usłyszał jedynie sprzeciw oparty na 'rozkazach dowództwa'. Nawet zwykłe tłumaczenie o tym, że wbrew pozorom w hierarchii jest wyżej niż owe 'dowództwo' nie przyniósł skutku i żołnierze posłuchali się dopiero wtedy, gdy zmuszony był użyć metody zastraszenia. Następnie po prostu, jakby udając, że takowa sytuacja nie miała miejsca zwrócił swą uwagę na Japonię.
-Proszę, oto i zostaniemy sami. Zapewniam, że nie będą nas podsłuchiwać. Jakieś inne życzenia? Tajwan jest równie piękny co i nasza młodsza siostra, a ja jestem swoistym organizatorem tej wizyty... I nawet jeśli moje intencje nie są już tak miłe jak aktualne zachowanie to jednak wolałbym aby wszystko było dopięte na ostatni guzik, nim przejdziemy do sedna sprawy.



..............................
* Chińskie i japońskie 'witaj młodszy bracie'.

Tym razem to Ty musiałaś czekać długo na mojego posta. Przepraszam, chyba aż wiszę Ci kawę za te sesje. *ukłonik*

_________________


'All wars are civil wars, because all men are brothers.'
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Chiny 1931-1937 i wybuch wojny.   

Powrót do góry Go down
 
Chiny 1931-1937 i wybuch wojny.
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Wojna Chińsko-Japońska-
Skocz do: