IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Londyńskie przed-przed-przed-mieścia

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 2:24 pm

- Alfredzie Flynn Jones - odparła staruszka, lustrując go uważnym spojrzeniem. - Nie jesteś przypadkiem tym paskudnym chłopakiem, który napsuł nam wszystkim zdrowia?
- To Ameryka - potwierdził Anglia całkiem zwyczajnie i wyraźnie się skrzywił, kiedy tylko Alfred złapał staruszkę za rękę. - Nie w ten sposób traktuje się damy, Alfred.
Chociaż Anglia widocznie nie miał problemu przed zdradzeniem tej kobiecie swojej tożsamości, tak nazywanie Ameryki Jonesem wyraźnie przychodziło mu z trudem. Ot, dla odmiany.
- Od lat żadna ze mnie dama - powiedziała za to Sally. - Nie przy pięciu wnukach. Ale w takim razie Ameryko - spojrzała na Alfreda jakimś dziwnym, mocnym spojrzeniem do którego zdolne są tylko matki. - Pewnie jesteście głodni. Tacy jak ty dużo jedzą - dodała, jakby nie był środek w nocy, a ona nie została wyrwana prosto ze snu.
Ludzie różnie reagowali, kiedy już mówiło im się, że jest się personifikacjami państwa. Sally Wimbley zaproponowała im kolację. Bywały gorsze reakcje.
- Właściwie... - zaczął Anglia, ale zrezygnował w pół słowa, bo kobieta już zapalała światło w kuchni. Zerknął więc z ukosa na Amerykę, wyglądając na zakłopotanego sytuacją. I było coś jeszcze w jego oczach coś, do czego nie chciał się przyznać. W każdym razie wyglądał teraz starzej niż zwykle. - Nie odmawiaj jej. To dobra kobieta i wspaniale gotuje.
Pierwszy ściągnął buty i wszedł za Sally, już od progu pytając:
- Pięcioro? Kto jest ostatni?
- Mały Charlie - dobiegł głos z kuchni. - Ma już trzy latka. Myśleliśmy, czy nie nazwać go Arthur.
- Charles to dobre imię - odparł cicho Anglia. W jego głosie słychać miękkie nuty. Brzmiał zwyczajnie miło, tak, jak prawie nigdy w towarzystwie innych państw.
- Wiem. Dlatego nie nazywa się Arthur.
Kuchnia była jasna i ciepła, urządzona w odcieniach brązu i żółci. Większość płaskich powierzchni zajmowały niekoniecznie gustowne papiloty.
Sally już podpaliła już ogień przy kuchence i gotowała bliżej nieokreśloną zupę w wielkim garnku.
Anglia stał przy sporym stole i wyglądał bardzo nie na miejscu. Do tego stopnia, że rozluźnił się, gdy tylko Ameryka wszedł do kuchni.
- Siadaj na krześle, panie Ameryko - powiedziała Sally, gdy tylko go zobaczyła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 5:25 pm

Alfred zdumiał się, słysząc tak bezpośrednie pytanie. Zaraz jednak wyraz jego twarzy zmienił się w ironiczny uśmieszek. Miło, że już wiedział, jaki jest w oczach równo wszystkich Brytyjczyków. Uroczo wręcz. Nie, żeby go to poruszyło, podenerwowało czy coś w tym stylu. Wiedział, jak jest; znał fakty i bezsensem byłoby irytować się o nie. Tak więc absolutnie - absolutnie! - nie zrobiło mu się nawet odrobinkę przykro, gdy to usłyszał.
Ani nic w tym rodzaju.
Zastanowił się za to, kim jest ta kobieta. W porządku, wiedziała o państwowości Arthura, więc pewnie znali się dłuższy czas. Alfred nie znał się na ludziach z rządu brytyjskiego na tyle, by stwierdzić, czy była tam jakaś Sally Wimbley. A jeśli nie, to pewnie jakaś przypadkiem spotkana na ulicy kobieta, która z tego czy innego powodu jakoś pomogła Arthurowi. Pozwoliła mu wyżalić się, jaki to Alfred na spółkę z Francisem jest okropny czy coś w ten deseń.
Nic szczególnie interesującego.
- W porządku, przyzwyczaiłem się nawet do jedzenia niedobrego żarcia - oznajmił na tyle cicho, by kobieta nie mogła usłyszeć; naturalnie po opuszczeniu przez nią korytarza. - Długo dla mnie gotowałeś. - To powiedziawszy, Alfred uśmiechnął się minimalnie i dorzucił głośniej: - Mnie też się podoba Charles. Jak Lindbergh. - Słowa były szczere, Alfred naprawdę nie miał nic do tego imienia. Przecież nie powiedziałby czegoś w tym rodzaju z uprzejmości, bo i po co?
Następnie poszedł za Sally i siadł tam, gdzie mu nakazała. W tym samym momencie stwierdził, że faktycznie czuje się dość głodny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 5:48 pm

W kuchni, pomimo później pory, rozniósł się przyjemny zapach gotowanego gulaszu.
- Lindbergh? Który to? - zapytała Sally bez zainteresowania. - Nasz Charlie ma imię jak Charlie Chaplin, Mark stwierdził, że może też będzie aktorem.
Anglia uśmiechnął się pod nosem, ale nie odezwał się ani słowem. Wydawał się jednocześnie spokojny i przygaszony, jakby towarzystwo gospodyni przyprawiało go o smutek i melancholię.
- Ale, ah, takie istoty jak wy pewnie nie mają czasu myśleć o takich drobiazgach - dodała jednak Sally, zapełniając w ten sposób ciszę. - Nasze małe, ludzkie sprawy. Przekonałam się o tym, kiedy chciałam wyjść za Arthura. To byłaby dopiero zabawa, co?
- Nie miałabyś wtedy dzieci - odparł Anglia tym samym tonem, co poprzednio, chociaż wyraźnie się spiął i drgnął nerwowo, unikając wzrokiem Ameryki.
- Nie miałabym - potwierdziła Sally, rozlewając gulasz do dwóch głębokich talerzy. - Ale powiedz to zakochanej dziewczynie. To byłby mój największy błąd.
I tak chciałaś to zrobić, pomyślał ponuro Anglia. Ludzie bywali czasami naprawdę okropni z tym, że byli tak wspaniali.
Dwa talerze gulaszu wylądowały na stole, a staruszka obdarzyła ich uśmiechem.
- Smacznego - powiedziała. - Wrócę za chwilę, pójdę przygotować wam pokój.
Wyszła z kuchni, w której zapanowała cisza. Anglia nie miał zamiaru odezwać się jeszcze przez dłuższą chwilę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 6:03 pm

- Charles Lindbergh to lotnik! - wyjaśnił Alfred, oburzony, jak można go nie znać. - To ten, co w dwudziestym siódmym leciał nad Atlantykiem! - Spojrzał po niekojarzących minach obecnych i skrzywił się. - Sam wasz król go przyjął. W Buckingham Palace. - To oznajmiwszy, zabrał się do jedzenia. Zaraz jednak, przełknąwszy, dodał: - Kiedyś też zamierzam tak polecieć. Żeby nie spać sześdziesiąt godzin! - Potrząsnął głową z niedowierzaniem. - Osobiście go poznałem. - A potem już jadł, nic nie mówiąc.
Zaraz jednak jego uszu dobiegły słowa Sally i aż zakrztusił się gulaszem.
Wyjść za Arthura?!
W jednej chwili dotarło do niego, kim jest ta kobiecina i czemu tak wylewnie przywitała Arthura. Swoją drogą, wydawała się jednak mieć do niego ten drobny żal za to, że koniec końców się nie hajtnęli, ale chyba równocześnie zdążyła się z tym pogodzić.
Alfred jadł, starając się nie podnosić wzroku znad talerza, jego spojrzenie automatycznie jednak leciało w stronę Kirklanda
Kochałeś ją, Anglio?
Pokochać człowieka - najgorsze, co może się przytrafić personifikacji państwa. Zwłaszcza młodej. Sam Alfred doskonale pamiętał George'a - to, jak chował twarz w jego płaszcz i jak ten mężczyzna głaskał go i ściskał, automatycznie wyczuwając, kiedy jego personifikacja najbardziej tego potrzebuje. Ta równoczesna powaga, z jaką traktował demokrację.
A potem to, jak zamknął oczy, by więcej ich nie otworzyć. Jego ciało w trumnie.
Boże. Alfred skrzywił się. Jestem kretynem, że myślę tutaj, teraz, o takich rzeczach. Dla Arthura pewnie to był podryw i przygodny seks, nic więcej. Nie... gdyby tak było, to nie przetrwałoby tyle lat. Cholera.
Amerykanin jadł dalej w milczeniu, a gdy Sally opuściła pokój, po raz pierwszy od przybycia do Anglii nie miał ochoty powiedzieć Arthurowi niczego niemiłego.
Było to pewne novum.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 6:28 pm

Gdyby Sally miała szansę odpowiedzieć na wspomnienie o lotniku, to pewnie byłaby w stanie mętnie przypomnieć sobie lotnika, o którym mówili w wiadomościach. W innym przypadku nigdy nie interesowały jej sprawy państwa.
Ale wyszła i zostali sami, Anglia, Ameryka i dwa talerze angielskiego gulaszu. Gorący i smaczny, nawet w środku nocy był w sam raz do zjedzenia. Arthur wziął trochę to ust, ale nie mógł się przekonać do tego, że jest głodny. Żołądek miał ściśnięty, na policzkach pojawiło się coś, co wyglądało na blady rumieniec, a on sam czuł się jeszcze gorzej niż do tej pory. Od dawna nie miał za sobą tak okropnego wieczoru.
Zerknął ukradkiem na Amerykę, ale szybko wrócił do wpatrywania się w gulasz.
- O nic nie zapytasz? - zapytał w końcu niechętnie, przekonany, że Ameryka, mimo wszystko, będzie chciał wiedzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 6:34 pm

Alfred wzruszył ramionami.
- A miałbyś ochotę mówić? - zapytał czysto retorycznie. - Opowiadać o tym pierwszemu lepszemu utrapieniu? - Amerykanin roześmiał się i nawet dosyć szczerze. Nagle wszystko, cała sytuacja, w jakiej się znalazł, wydała mu się tak głupia i irytująca, że niemalże zabawna.
Jadł chwilę w milczeniu, ale różne słowa faktycznie cisnęły mu się do głowy. Pytania, które mógłby zadać Arthurowi. Ale po co? Żeby znowu mu dopiec, na nowo go wściec, teraz, kiedy oboje się już względnie uspokoili? Alfred, na wspomnienie niedawnych wydarzeń, musnął palcami swój nos.
I naraz wypalił:
- Czy ty możesz się pogodzić z tym, że odchodzą? - I, wzruszywszy ramionami, dorzucił: - To znaczy, nie chciałbyś czasem być niedługowieczny? Na przykład wtedy, kiedy ktoś dla ciebie ważny... no wiesz, odchodzi? - Alfred milczał przez chwilę. Na usta cisnęły mu się jeszcze ze dwa pytania o Sally, ale powstrzymał je. Po takim gruncie wolał się nie czołgać. Jeśli to właśnie nie był tylko romans dla zabawy, Arthurowi mogło dokuczać rozmawianie o tym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 7:17 pm

Nie jesteś pierwszym lepszym utrapieniem. Masz specjalne miejsce na mojej liście.
- Odpowiem, jeśli zapytasz - odparł prosto, chociaż za jego słowami czaiło się wiele emocji. To były delikatne sprawy, nic, o czym miałoby się ochotę mówić z osobą, która godzinę wcześniej potraktowała go jako absolutnego śmiecia, a wszystkie jego słowa zmieszała z błotem. Anglia próbował uzewnętrznić się i został zraniony, jak diabli. Ale teraz... Teraz to było coś innego. Neutralny temat.
Pewnie znowu zostanie wyśmiany.
Wbił zmęczone spojrzenie w gulasz, ale wtedy właśnie padło pytanie. Zadane nagle, bez zastanowienia i żadnej złośliwości; sprawiło, że Arthur uniósł głowę i spojrzał na Amerykę z zaskoczeniem. Dawno temu zastanawiał się, kiedy jego młoda kolonia zada w końcu te pytania. Nie doczekał tych czasów, Ameryka prędzej wypowiedział mu niepodległość niż odczuł ciężar długowieczności. Dlatego Arthur nie spodziewał się, że kiedykolwiek o tym porozmawiają i na samą myśl przeszedł go dreszcz.
- Wszystko przemija - oznajmił powoli, zaskakując sam siebie. - To najważniejsza zasada, którą najtrudniej zaakceptować. Ci wszyscy ludzie... Było ich zbyt wielu.
Zacisnął mocniej dłoń na łyżce, a jego wzrok bezwiednie powędrował do jednego ze zdjęć wiszących na ścianie. Sally Wimbley przeżyła jedno małżeństwo, a potem wyszła za amerykańskiego żołnierza, którego poznała podczas Wielkiej Wojny. Miała dobre, zwyczajne życia. Anglia nawet nie zauważył, kiedy minęło.
- Możesz próbować ich kochać, ale wiesz, że i tak odejdą - mruknął. - Mogą żyć obok nas, albo dla nas, ale kiedy zaczynasz chcieć, żeby żyli z nami... - Westchnął cicho. Naprawdę, nie powinien był zaczynać tego tematu. - Bywa, że sam o tym zapominam, Ameryko. Czasami chciałbym być po prostu Arthurem Kirklandem, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Posłał mu uśmiech, ale nie było w nim nic z wesołości.
Być Arthurem Kirklandem, urodzić się na marne siedemdziesiąt lat, z tego tylko czterdzieści nadających się do życia. Przez te czterdzieści lat uczyć się, pracować, zakochać i rozmnożyć, a potem umrzeć u boku tej osoby. Z jakiegoś powodu Anglii przypomniał się Francja, on i jego przeklęta miłość do tamtej dziewczyny. Wyglądało na to, że Francis do tej pory kupuje jej kwiaty. To było żałosne. Anglia nie robiłby takich głupot. On po prostu wspominał.
- Tęsknisz do swoich prezydentów, mylę się? - zapytał nagle. - Czy był ktoś jeszcze?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Sob Wrz 29, 2012 7:32 pm

Alfred skończył jeść i odłożył widelec na pusty talerz, po czym nie spuszczał z niego wzroku nawet na chwilę, słuchając słów Arthura. No tak, on przecież miał tyle lat, musiał się z tym pogodzić. Alfredowi było trudniej - znacznie trudniej.
- Ja... - zaczął powoli. Szczera rozmowa? Będzie szczera rozmowa. Amerykanin postanowił chwilowo mieć wylane na to, że teoretycznie nienawidzi osoby, z którą rozmawia... cholera, dlaczego pomyślał, że teoretycznie, przecież nie teoretycznie, tylko ogólnie... ach. - Nigdy tak naprawdę nie miałem bliższych kontaktów z innymi personifikacjami... poza tobą i moim bratem. - Zastanowił się chwilę. - I Francją. Sądzę, że... - Jezu Chryste, co ja wygaduję. - ...potrzebowałem, zwłaszcza tuż po... - Alfred zamilkł na chwilę. - ...po wojnie o niepodległość, miłości. George był moim ojcem. - I nagle, zupełnie niespodziewanie, poczuł się w obowiązku dodać: - Drugim ojcem. - I domyśl się, debilu, kto był pierwszym. - Wszyscy następni prezydenci byli, wiesz, tacy sami. Chcieli dla mnie jak najlepiej i nawet w pewnym momencie próbowałem oduczyć się ich kochać, ale... - Alfred westchnął, wzruszył ramionami, oparł brodę na dłoni, a łokieć na stole.
- Twój błąd - podjął nagle - popełniłem tylko raz. Poznałem ją podczas wojny secesyjnej i potem, gdy zrozumiałem, co robię, nigdy więcej jej nie zobaczyłem, bo nie chciałem, próbowałem jej nie widzieć i mi się udało. - To wszystko wyrzucił jednym tchem, po czym potrząsnął głową i wybuchł śmiechem, nerwowym, nieco rozkojarzonym, chowając twarz w dłoniach. Ramiona mu zadrżały i można by było pomyśleć, że płacze; wewnątrz siebie praktycznie prawie płakał, ale Alfred nie przywykł płakać na zewnątrz. Śmiech i uśmiech mogły u niego znaczyć wszystko - zarówno radość, złość, jak i rozpacz. W tym przypadku było to to trzecie - jednak to nadal był śmiech. - Oczywiście, byli też inni. Zaledwie sto sześćdziesiąt lat... I tak, wiem, co masz na myśli. Fajnie byłoby być normalnym. Myślą, że to takie proste, być nami.
Nami, jakie śmieszne określenie. Nie Anglią, nie Ameryką, tylko nimi. Bardzo ogólnie. To był ten jeden punkt, w którym wszystkie personifikacje były takie same.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 8:18 am

...poza Francją. Anglia drgnął prawie niezauważalnie, siłą woli zachowując ten sam wyraz twarzy. Wystarczy, czasy, kiedy był chorobliwie zazdrosny o to, że ten przeklęty żabojad ma jakiekolwiek relacje z jego kolonią dobiegły końca. W przeszłości starał się chronić Amerykę od reszty tego zepsutego kontynentu, ale Francja jak zawsze musiał zrobić wszystko, by go zranić. Dlatego ukradł Amerykę. Dzisiaj Anglia poczuł już tylko lekki nieprzyjemny uścisk w żołądku, chociaż jeszcze półtora wieku wcześniej musiał walczyć z chęcią, by naprawdę porządnie kogoś zranić. Ale zemścił się za to.
Teraz zmusił się, by pominąć tą kwestię i skupić się na słowach Ameryki. Nawet nie musiał specjalnie się starać. Czegoś takiego nie słyszał z jego ust nigdy wcześniej.
Drugim ojcem? I co mam ci na to odpowiedzieć, kretynie?
To było coś zupełnie innego i - za czym Arthur nie przepadał - niespodziewanego. Jeśli Ameryka naprawdę tak uważał, dlaczego, do cholery, zachowywał się w ten sposób? Teraz nie było w tym chłopcu nienawiści i nagle wydał się Anglii aż do obrzydzenia inny od osoby, którą uderzył na wzgórzu.
Ameryka ciągle miał krew na twarzy. Dobrze, że Sally zawsze była taktowna jak prawdziwa Angielka.
- C-cóż - zmusił się w końcu do mówienia i zdał sobie sprawę, że ani jego głos ani spojrzenie wygląda nie tak, jak powinno. Przywołał na twarz maskę obojętności, odchrząknął i dokończył. - Nie musisz przestawać kochać ludzi, Ameryko. Wystarczy, że będziesz ich pamiętać. Przetrwanie w naszych wspomnieniach to najlepsze, co możemy im podarować.
Zabawne, że nic nie wspomniał ani o wojnie o niepodległość ani o niczym innym, na co zwrócił uwagę Ameryka. Nie było chyba lepszego momentu, by poruszyć ten temat, ale mimo to Anglia powiedział coś zupełnie innego. Zabawne, może przy okazji zdradził trochę za dużo.
- Mój błąd? - powtórzył, ściągając brwi, ale od razu uświadomił sobie, o czym mówi Ameryka. Patrzył się jeszcze na niego przez dłuższą chwilę, przeklinając się za nagłą chęć, by jakoś go pocieszyć. Drgnął nawet, jakby miał zamiar pochylić się nad stołem i poklepać go po ramieniu, ale szybko zrezygnował z tej myśli.
To żałosne, pomyślał. Cokolwiek dzieje się w tym momencie, nic nie zmieni w świecie na zewnątrz.
- Widzisz - powiedział za to spokojnie. - Być może dobrze zrobiłeś. Wycofać się raz a dobrze... Ja popełniłem ten błąd, że obiecałem ją odwiedzać.
I odwiedzał, raz na rok czy raz na pięć lat. Za każdym razem miał do zapamiętania coraz więcej imion, coraz więcej zdjęć wisiało na ścianach. Ściany w domu Arthura nadal były tak samo puste, okraszone obrazami bitew i ważnych postaci. To były jego osobiste wspomnienia.
- Jej mąż został kaleką wojennym - oświadczył nagle, odwracając wzrok na okno. - Cóż... Nazwij to ofiarą konieczną, a później spójrz jej w oczy. To był pierwszy raz od setek lat, kiedy było mi wstyd za to, kim jestem.
Pomimo własnych słów Anglia uśmiechnął się, miękko i smutno, dziwnie naturalnie. Nawet nad sobą nie panował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 9:32 am

Alfred słuchał Arthura dość uważnie, pierwszy raz od dawna znowu traktując go faktycznie jak starszą nację. Wtedy, gdy był dzieckiem, to, że to Anglia jest tym mądrym, wszystkowiedzącym narodem było normalne, ale potem, gdy ich stosunki uległy, można to tak nazwać, gwałtownej zmianie, Alfred stracił do niego prawdopodobnie cały szacunek, o podziwie w ogóle nie wspominając. W miarę, jak USA wzbijało się na wyżyny i zostawało potęgą, a Wielka Brytania, można powiedzieć, "starzała się", Alfred uznał się za lepszego i jakby zapomniał, kto w ich relacjach jest starszym państwem, które przeżyło więcej. Teraz sobie przypominał - Arthur zdążył doświadczyć wielu rzeczy z rodzaju tych, które Amerykanina jeszcze czekały i udało mu się pogodzić z tymi, których Alfred w dalszym ciągu próbował unikać. Na przykład po Waszyngtonie starał się zerwać wszelkie kontakty z prezydenturą, wiedząc, że każdy kolejny szef skończy tak, jak Waszyngton - w grobie. Nieważne, jak wybitny by był.
Tego, że izolowanie się od własnych ludzi Alfredowi nie wyszło w ogóle, wspominać chyba nie trzeba.
- Czasami... to za mało - mruknął cicho, choć wiedział, że tak naprawdę Arthur mówi logicznie. Nic więcej zrobić nie mogli. Wskrzeszanie i te wszystkie bzdury były... cóż, bzdurami, właśnie. - Czasami po prostu... - Alfred nie wiedział już, co mógłby dodać. Milczał, przypominając sobie ludzi, których stracił. I nagle uśmiechnął się ironicznie. - Wiesz, co jest najgorsze? Pamiętam, jak zabili Lincolna. Nie rozumiałem, jak mój Amerykanin mógł zabić człowieka, którego kochałem. Przecież... to jest kompletnie nielogiczne. Tak nie powinno być, nie sądzisz? - Alfred potrząsnął głową, poirytowany, że nie tylko za bardzo otwiera się przed Arthurem, ale jeszcze gada bzdury, na które Anglia nawet nie umie mu odpowiedzieć, bo i co miałby rzec? - Z resztą, nieważne.
- Wiem, że dobrze zrobiłem - westchnął. - Ale zdaję sobie sprawę, że po moim odejściu była smutna.
Czułem się jak idiota.
Usłyszawszy następne słowa Arthura, Alfred milczał dość długo.
- Ma się wrażenie, że skazuje się ludzi, którzy i tak mają swoje może siedemdziesiąt lat życia, na cierpienie lub śmierć, prawda? - mruknął cicho. - Świat nie był by inny, gdybyśmy my nie istnieli. Ale, istniejąc, czujemy się, jakbyśmy ponosili winę za to, co boli naszych ludzi. - Podsumowawszy fakt, odchylił się do tyłu na krześle i spojrzał w okno. - To jest... takie głupie. - Alfred zaśmiał się, ale jego śmiech znowu był przesycony ironią i nawet bólem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 10:10 am

Być może wykrzyczenie sobie tamtych okropieństw i coś na kształt bójki rzeczywiście zrobiło im dobrze. Rozwalenie Ameryce nosa nie było odpowiednią zemstą za wszystkie krzywdy, ale odrobinę mu pomogło. I teraz... Teraz mogli porozmawiać normalnie. Dla Anglii ciągle było to niesamowicie dziwne uczucie, ale nawet nie próbował się nad tym zastanawiać. Pomyśli, gdy będzie miał czas.
- Wiem - odpowiedział pocieszająco, bo naprawdę wiedział. - Czasami, mimo wszystko, trudno to znieść. Nic na to nie poradzimy. Strata to... Cóż, ważna część naszego istnienia.
Wbrew pozorom Anglia nie brzmiał już ani na smutnego ani na przybitego. To były te rzeczy, to cało cholerne przemijanie, do których zdążył się przyzwyczaić. Śmierć była dla niego jak dobry znajomy z tym, że nieważne w jaką grę grali ludzie, on zawsze stał poza zasadami. Rola obserwatora... Na dłuższą metę nie było chyba nic paskudniejszego.
Ale mimo to życie biegło dalej. Dobre chwile i złe chwile, nic więcej i chociaż wszystko w końcu stawało się przeszłością, to najpierw należało dbać o przyszłość.
- Wojny domowe też nie są logiczne - odparł. - Jeśli się zastanowić, żadna wojna nie jest. Po tych wszystkich latach, Ameryko, zaczynam mieć tego dość. Tych wszystkich cholernych ludzi, którzy wiecznie popełniają te same błędy. Nikt nie potrafi namieszać bardziej, niż oni.
Uśmiechnął się, gdy Alfred ponownie wspomniał o tamtej dziewczynie.
- Sally też była. Ale to ludzie, Ameryko. Mają mniej czasu, więc szybciej zapominają.
Anglia żałował, że zamiast gulaszu nie dostali po filiżance herbaty. Nic go bardziej nie uspokajało, a teraz potrzebował przynajmniej kilku beczek, żeby poczuć się lepiej. W efekcie westchnął i spróbował doprowadzić się do porządku najprostszą metodą: ignorując wszystkie nieprzyjemne uczucia.
- Masz rację. Nic by się nie zmieniło. Może nie jesteś taki głupi, za jakiego cię brałem - powiedział i tego wieczoru był to największy komplement, na jaki było stać Anglię. Jednocześnie utkwił w Ameryce spokojne spojrzenie i zaryzykował poruszenie tematu, który mógłby zniszczyć wszystko. - Dlatego nie chcę... Nie chcę doprowadzić do kolejnej wojny. Gdyby istniał jakikolwiek sposób, by powstrzymać Niemcy, zanim rozpęta kolejne piekło, wykorzystałbym go. Dzięki temu dzieci Sally ani ktokolwiek inny nie musiałby ginąć w okopach za... - zamilkł na chwilę i prychnął z rozbawieniem. - Za Boga i moje prawo. Masz rację, Ameryko, ten świat jest głupi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 10:34 am

W takich chwilach tak trudno było szukać pozytywów. Jestem potęgą, ale mogę przestać nią być. Jestem zjednoczony, ale mogę mieć kolejną wojnę secesyjną. Jestem niepodległy, ale mogą mnie opanować.
...nie opanują.
Alfred starał się uspokoić. Rozmowa z Anglią była zbyt dziwna, by umiał całkiem logicznie myśleć. Bez podnoszenia głosu, bez wytykania sobie błędów, smutne uznawanie pewnych faktów i najzwyczajniejsza w świecie rozmowa o nich.
Rozmowa dwóch cholernych sentymentalistów, pomyślał o tym ironicznie Amerykanin. Stwierdził, że naprawdę potrzebuje się napić, może nawet wody. I umyć, żeby zmyć z siebie te wszystkie wydarzenia pełnego paradoksów dnia. A najlepiej w ogóle zasnąć i o tym wszystkim zapomnieć.
Ale nawet nie wstał z krzesła.
- Jasne, że tak. Po co walczyć o różne przekonania, zabijając nawzajem ludzi, których powinno się uważać za swoją rodzinę, kiedy można załatwić rzecz pokojowo? I myślą, że to takie proste dla nas, opowiedzieć się po którejś ze stron w takiej wojnie. A, proszę, wcale nie jest. - Powstrzymał kolejny nerwowy śmiech, uniósł srebrny widelec i zaczął się nim bawić, obracając go między palcami. Naprawdę chętnie napiłby się jakiejś wody, ale nie miał teraz siły prosić. To znaczy, nie chciał. Ryzykowałby, że Arthur nie wie, gdzie stoi jakiś dzbanek i zawołałby tamtą Sally, a wtedy spokojny nastrój prysłby jak bańka mydlana. Zbyt trudno byłoby wrócić do takiej rozmowy.
- Mam nadzieję - powiedział, wpatrując się dalej w widelec. Słowa Anglii sprawiły mu jednak pewną ulgę, czego raczej po sobie nie pokazał.
Przysłuchując się kolejnym słowom Arthura, przebiegło mu przez myśl, że może to być sugestia do jego domniemanego egoizmu, ale uznał siebie za zbyt podejrzliwego. To normalna rozmowa, a temat wojny jest jak każdy inny temat.
- Niemcy jest idiotą, jeśli sądzi, że może pokonać cały Zachód - oznamił spokojnie. - Raz się nie udało, dlaczego miałoby udać się drugi? Teoretycznie do trzech razy sztuka, ale... - Alfred drgnął, uświadomiwszy sobie, że próbuje jakby usprawiedliwić swoją neutralną pozycję w tej sytuacji. Poruszył więc temat od innej strony: - Sądzę, że jedynym, co mogłoby zapobiec atakowi Niemiec, byłoby uprzedzenie tego i zaatakowanie go, ale... Ale to tak nie działa. To by nic nie dało na dłuższą metę. - Stany westchnął, czując ciężkość tego tematu. - Ludzie giną za swoje państwa, bo kochają je, wierzą w nie i w siebie. Można się usprawiedliwiać, że to my dajemy im to, co kochają praktycznie najbardziej na świecie, ale... przecież to nie my im to dajemy. - Alfred zaśmiał się cicho. - Gdyby wszystkie personifikacje patrzyły na to w ten sposób, świat byłby zdecydowanie prostszy. Ale świat jest pełen egoistycznych szaleńców, takich, jak Ludwig czy... - Amerykanin zdusił w sobie "Ivan". Na razie problemem była Trzecia Rzesza i wolał nie objeżdżać potencjalnych przyszłych sojuszników Wielkiej Brytanii przy nim samym.
Och, musiał się napić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 12:26 pm

- Proszę - mruknął Anglia sarkastycznie. - Co za pacyfiści z nas wychodzą.
Kiedyś miał dość siły i dość energii, by walczyć, walczyć, walczyć. Jedna bitwa pociągała za sobą kolejną, a to prowadziło do wielkich wojen. Każde działanie wywoływało jakieś problemy i konflikty rodziły się na nowo. Ten świat był jedną wielką prowizorką, wiecznym łataniem dziur, gdy jedna była załatana, ktoś postanowił wystąpić przed szereg i wszystko zataczało koło. Dlatego Anglia postanowił stworzyć coś silnego, potężnego, czego jeszcze nikt inny nie widział. Nie zwyczajne imperium, które upadnie. Nie coś, co miał przed nim Mongolia, Rosja czy Rzym. Anglia postanowił stworzyć coś ponad to, coś, czego nikt nie śmiałby atakować.
W pewnym sensie mu się udało. Wspaniałe imperium nigdy niezachodzącego słońca. Ćwierć świata należąca tylko do niego.
Oczywiście, że zdobył to bezkrwawo.
A teraz siedział tutaj, on, Imperium Brytyjskie, zależny od obsesji Hitlera i kaprysu swojej byłej kolonii. Cholernej kolonii, która już dawno zaczęła go przerastać.
- My jesteśmy stronami tej wojny - powiedział stanowczo. - My jesteśmy wojną.
Słowa Ameryki na temat Niemiec zabrzmiały dla Anglii głupio i naiwnie. Chłopiec, który nie chce mieć nic wspólnego z kontynentem myśli, że zna sytuację. Że skoro Niemcy jest tylko jednym krajem, a Europy jest dużo, to nie da rady pokonać wszystkich.
Zabawne. Ciekawe, czy Ameryka zdawał sobie sprawę, jak mógłby dzisiaj wyglądać świat, gdyby nie pomógł im wtedy w Wielkiej Wojnie. Anglia może by mu to uświadomił, gdyby nie to, że chciał zatrzymać swoją dumę. I tak zmieszał się dzisiaj z błotem, poza tym czuł, że nie chce poruszać tematu sojuszu z Ameryką. Nie o to chodziło w tej rozmowie, poza tym miał wrażenie, że złamałby tym samym jakąś niewidzialną umowę.
- Niemcy ma Oś, która rośnie w siłę - wytłumaczył pocierając przy tym skronie. - Reszta Europy nie chce się jednoczyć. Nie wyczuwają zagrożenia i po prostu... Widzisz, to niesamowicie głupie, ale wydaje mi się, że dla części krajów ważniejsze są osobiste sympatie.
Spojrzał na Amerykę uważniej i uśmiechnął cię.
- Jak Ludwig czy Iwan - podpowiedział gładko. - Nie wiem, którego z nich nienawidzę bardziej. Obu muszę ulegać, jeśli chcę powstrzymać tą wojnę chociaż na kilka lat. Masz szczęście Ameryko - dodał nagle. - Że jesteś tak daleko. Jeszcze przez jakiś czas będziesz mógł chronić swoich ludzi przed nimi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 1:40 pm

Alfred nigdy nie lubił wojen. Kwestią tego była chyba pierwsza, którą przeżył naprawdę i to w dość młodym wieku. Od tamtego czasu kojarzyły mu się one z czymś, co więcej odbiera, niż daje. O ile o swoją niepodległość umiał jeszcze walczyć, to nie cierpiał niepotrzebnych konfliktów, które przynosiły jego ludziom wyłącznie śmierć. Dlatego nie mógł znieść nawet myśli o wojnie secesyjnej, a i inne nie sprawiały mu przyjemności. Gdy wysyłał swoich chłopców do udziału w Wielkiej Wojnie, miał wyrzuty sumienia, że pozwala im umierać za coś, co tak naprawdę nawet nie jest Ameryką.
Nie chciał robić tego po raz drugi i pierwszy raz przyszło mu do głowy, że Anglia powinien to rozumieć. Ale, wiadomo, każde państwo myśli przede wszystkim o swoich ludziach. Taki naturalny egoizm. Alfred nie mógł czynić za to wyrzutów rozmówcy, skoro sam myślałby w podobny sposób, gdyby to jego państwo leżało w Europie.
- Nieprawda - zaprotestował słabo Jones. - Dopóki to ktoś inny wywołuje wojnę, to on jest przyczyną śmierci tych wszystkich ludzi, także naszych. Dopóty, dopóki się bronimy, a nie atakujemy, nie jesteśmy wojną. Oni są.
Oś. Japonia. Słaba. Włochy. Czy w ostatniej wojnie nie zmieniły stron? Niemcy. To Niemcy były tutaj głównym problemem.
- Są państwa, z którymi sojusz mógłby... w jakiś sposób demoralizować moich ludzi albo ich oburzać, wiesz? I tu nie chodzi o sympatię, to się po prostu nakłada z moimi sympatiami. - Milczał przez chwilę. - Moi ludzie nie są zbyt zdesperowani i uważają, że ten konflikt nie jest ich konfliktem. - Zastanowił się chwilę. - To nawet nie jest mój kontynent.
Alfred przełknął ślinę.
- Czy ty się boisz Osi, Arthurze?
Nie wiedział, co bardziej go zdziwiło - to, że w ogóle zadał tak głupie pytanie, mimo, że w sumie zna odpowiedź, czy to, że użył imienia Brytyjczyka, mimo, że poiwnien wręcz powiedzieć "Anglio". Ale chyba jednak najbardziej zdumiewające było to, że znając odpowiedź, naprawdę nie miał pojęcia, co usłyszy.
Alfred odpowiedział uśmiechem i potakującym skinięciem, gdy Arthur wypowiedział imię Związku Sowieckiego. Odczuł w pewien sposób ulgę, że Anglia nie ma pozytywnego podejścia do tego komunistycznego państwa. Przez twarz Amerykanina przemknął jednak cień, gdy usłyszał "przez jakiś czas".
- Sądzisz, że oni naprawdę odważyliby się na mnie wyprawić? Zakładając, że, co mało prawdopodobne - Alfred nadal się przy tym upierał - podbiją całą Europę?
Co prawda Anglia wyraził już swoje zdanie na ten temat podczas ich kłótni - zadziwiające, była tak niedawno - ale mówił to w złości. Teraz Stany chciał usłyszeć normalną, zrównoważoną wypowiedź.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 2:52 pm

- Widzisz, Ameryko - westchnął słabo Arthur. - Lepiej zostaw swoje słowa dla propagandy. Między nami, nie ma sensu wypierać się żadnej wojny. Wszyscy będziemy mordować się nawzajem, gdy do tego dojdzie. To bez znaczenia, kto zacznie, liczy się, kto wygra.
Anglia lepiej niż ktokolwiek wiedział, że to wygrani piszą historię. Wszystko, co przeżył i ludzie których poznał: niektórzy ścięto, chociaż byli po jego stronie, inni rządzili krajem, chociaż zależało im tylko na sobie. Życie na dworze króla wystarczało, by przestać widzieć świat w czarno-białych kolorach. Bycie krajem wykluczało to od samego początku.
Ale Ameryka był naiwny. Chciał wierzyć w to, że istnieje sprawiedliwość. Anglii prawie było mu go żal.
- Nie mówiłem o tobie - odparł cicho i poważnie, ale bez typowego dla niego zacięcia i irytacji. Często odzywał się w sposób, który sugerował, że świat powinien być mu bezwzględnie posłusznie. Dzisiaj było całkiem inaczej. - Doskonale rozumiem powody, dla których nie planujesz mieszać się w sprawy Europy. I widzisz - uśmiechnął się przelotnie. - Europa nie jest też moim kontynentem.
Anglia był wyspą, nie należał do nikogo. Był wolny od urodzenia i pozostał wolny przez większość swojego życia. Ale teraz, kiedy Wielka Wojna objęła pół świata, to czym będzie cholerny Kanał Angielski?
- S-słucham? - drgnął, gdy usłyszał to pytanie, podnosząc głos i nie ukrywając emocji na swojej twarzy. Patrzył na Amerykę przez dłuższą chwilę, dopóki nie odwrócił spojrzenia w bok. - Nazwałeś mnie po imieniu. To... N-nie myślałem, że je jeszcze znasz - oświadczył nerwowo, próbując obrócić to w rodzaj żartu.
Dlaczego Anglia miał wrażenie, że coś się zmieniło, chociaż nie miało prawa się zmienić? Czuł narastającą złość do Ameryki za to, że chłopak daje mu taką nadzieję.
- Widzisz - podjął szybko, a puste miejsce na imię Ameryki było aż nadto widoczne w jego słowach. - Gdybym czuł się pewnie, nie zamierzałbym prosić cię o pomoc.
Czyli tak. Bał się. Był Imperium Brytyjskim, miał najpotężniejszą flotę i planował walczyć aż do wygranej, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, jakim narodem są Niemcy. Bał się wojny. Bał się tego, że jego Imperium upadnie.
- Czy odważyliby? - zapytał retorycznie, kręcąc głową. - Kiedy Niemcy odważą się podbić całą Europę, dlaczego mieliby na tym pozostać? Oczywiście, że cię zaatakują, Ameryko. Pomijając fakt, że nie mam zamiaru dopuścić do takiej sytuacji. O-oczywiście, chodzi mi o to, że prędzej pokonam Rzeszę niż pozwolę mu przejąć Europę.
Nie wiedząc co zrobić z rękami, położył je na stole i zaczął bezgłośnie bębnić palcami o blat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 3:15 pm

- Jeśli atakowana osoba ma do wyboru jedynie poddać się lub walczyć, wiadomo, że będzie walczyć. Wówczas nie jest niczemu winna. Broni siebie. - Alfred święcie wierzył w prawdziwość własnych słów. Zawsze starał się być szczery i wychodziło mu tak doskonale, że zazwyczaj nie było trudno poznać, kiedy kłamał; często nawet nie próbował, mówiąc prosto z mostu to, co przyszło mu do głowy. - To nie jest propaganda.
Propaganda to rzecz faszyzmu i komunizmu, czyli dwóch ustrojów opierających się na kłamstwie. Alfred był państwem demokratycznym - nie miał prawa być kłamcą.
- Jak to? Przecież zawsze byłeś... Starym Kontynentem. - Amerykanin przyglądał się ze zdumieniem Arthurowi. Czyli tak widział to Anglia? Dla niego Europa nie była jego? Cóż, dla Alfreda Ameryka Północna była praktycznie w całości jego. No i Matthew. Byli rodziną. Ale Europa, jak sam stwierdził, stanowiła przykład typowej, od wieków skłóconej ekipy krajów, które różniły poglądy, wyznanie, ustroje i pragnienia. Czy więc naprawdę powinno go aż tak dziwić, że Arthur nie czuje się Europejczykiem? - A może nie - dodał więc Alfred, wzruszywszy ramionami bez przekonania. - Może jesteś po prostu Brytyjczykiem.
Reakcja Anglii na usłyszenie własnego imienia wręcz spłoszyła Stany, a przynajmniej na pewno bardzo go zaskoczyła. Zaraz jednak przywołał na twarz konieczny uśmiech.
- Jasne, że pamiętam - powiedział spokojnie. - Arthur, Arthur. A ja jestem Alfred, jakby co. - Zaśmiał się nieco sztucznie.
Doskonale zrozumiał następne słowa Anglii. Nadal jednak to do niego jakoś nie docierało - Arthur się bał. Naprawdę. To straszliwie do niego nie pasowało i Alfred nie umiał tego skomentować, więc tylko pokiwał głową.
- Bo Niemcy - odpowiedział na następne słowa. - Musieliby wykorzystać na mój kraj mnóstwo swojej potęgi militarnej, a... zakładając, całkowicie zakładając, że podbiliby Europę, niewątpliwie znacząco by ich to wykończyło.
Zastanowił się. Czy Amerykanie byliby gotowi podpisać jakiś pakt z taką Utopią Europejską pod przewodnictwem faszyzmu? Nie wyobrażał sobie tego. Ale, jeśli miałoby to w jakiś sposób uratować jego ludzi, pewnie byłby gotów się do tego zniżyć. W tej chwili jednak taka perspektywa wydawała się zbyt odległa i nierealna, żeby ją roztrząsać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 3:47 pm

- To właśnie będziemy mówić - potwierdził Anglia, rzecz jasna, nieprzekonany. Mógł słuchać wielu pozornie rozsądnych argumentów, ale swojego zdania i tak nie zmienić. - Zabijając ludzi Osi, w tym niewinnych cywilów. Tworząc nowe rodzaje broni. To będzie wygodne, jeśli Ludwig zaatakuje nas pierwszy.
Wojna była wojną i rządziła się innymi warunkami. Anglia chętnie uniknąłby rozlewu krwi, ale jeśli to będzie konieczne, będzie walczył jak lew. Zrobi wszystko, żeby pokonać Rzeszę, doskonale zdając sobie sprawę, że nie uda mu się tego dokonać humanitarnie. Zresztą, wojny nie były humanitarne.
- Dla ciebie jestem częścią Europy - uśmiechnął się. - Ale jestem też wyspą, Ameryko, zawsze się od nich różniłem. Tolerowałem Europę, ale dzieliła nas przepaść. Jeśli chciałem, nie musiałem mieszać się w ich sprawy. Teraz jest inaczej. - Zadziwiało go, że Ameryka w ogóle chce go słuchać. Że pyta. - Być może jestem Brytyjczykiem, ale nie jestem Szkotem czy Walijczykiem. Mam wrażenie, że jestem po prostu sobą.
Po prostu Anglią. Anglią, który kochał swoich ludzi taktownie i po cichu, Anglią, który praktycznie nie miał pieśni patriotycznych i który na widok rozmachu, z jakim Amerykanie traktowali swoją flagę, reagował jedynie zmarszczeniem brwi. Anglikiem, który zamiast patriotyzmu miał rozsądek, ale który był w stanie umrzeć za Imperium. Nie za Europę, nigdy nie lubili Europy, ani nie za Szkotów, których trzymali, bo wybicie wszystkich byłoby kłopotliwe i zabrałoby im wolne popołudnie. Zamiast tego woleli wypić herbatę.
- Przestań.
To było za dużo tego jednego wieczora. Arthur i Alfred. Nie. To nie mogło wrócić, te imiona nie mogły pojawić się tak nagle - to by oznaczało, że Ameryka ma swoje uczucia, że Ameryka też ma w sobie człowieka. Nie tylko narodową nienawiść do Brytyjczyków, ale też jakieś uczucia należące do Alfreda.
Ale to było zbyt szybko jak dla Anglii. Nie był w stanie w coś takiego uwierzyć i nie podejrzewał, że Ameryka zdaje sobie sprawę, co wynika z zwykłęgo faktu... Posiadania imion i używania ich. Dlatego miał zduszony głos i dlatego z przerażaniem zdał sobie sprawę, że to, co ściska go w gardle jednocześnie wciska do oczu łzy. Zaklął w duchu i jak najszybciej zmusił się do utrzymania neutralnego wyrazu twarzy. Nie rozpłacze się przez taką głupotę.
- Nie brzmij, jakbyś... Jakbyś brał mnie za człowieka, Ameryko - warknął jednak, w dalszym ciągu unikając patrzenia na niego. - Nie po to przez ostatnie dwa dni i sto sześćdziesiąt dwa lata udowadniasz na każdym kroku, jak cholernie mnie nienawidzisz i... Dlaczego teraz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 3:57 pm

- Nie. Nie będziecie tak mówić, ale będziecie myśleć - odrzekł spokojnie Alfred. - Jeśli Niemcy atakują, to oni są tymi, którzy zabijają ludzi. Swoich, bo ich narażają w imię czegoś tak idiotycznego, jak faszyzm, i innych, bo mordują ich w imię tego. Nie ma w tym winy tego, kto nigdy nie chciał atakować.
Świat tak nie działał. Nie można było powiedzieć, że składał się on z dobrych i złych, bo byłoby to niezgodne z prawdą - dla Alfreda Amerykanie byli dobrzy, a ci, którzy dokonywali zamachu na prezydenta, źli, więc byli to dobrzy Amerykanie i źli zamachowcy, a to już samo w sobie wykluczało podział na dobro i zło. Ale w kwestii wojny wyglądało to jasno i wyraźnie: szaleniec zbiera swoich ludzi i wciskając im na usta jakieś słowa propagandowe, które ci będą potem bezmyślnie powtarzali podczas kolejnych bitew, wysyła ich na wojnę - czyli na rzeź. By zabijali innych, to znaczy dokonywali rzezi, i sami byli mordowani. Tylko jedna strona była w takich sytuacjach winna.
Dlaczego Arthur uważał inaczej?
- Sobą, to ładnie brzmi - stwierdził Alfred. On też często lubił być po prostu sobą i udało mu się wyjątkowo w pełni pojąć słowa tak dziwnego rozmówcy, jakim był Anglia. Powiedziałby teraz: "Sobą, czyli Arthurem Kirklandem", ale zaobserwował już dziwne reakcje Arthura na słyszenie swojego imienia w ustach Alfreda i wolał tego nie dodawać. Uśmiechnął się więc tylko, wyjątkowo spokojnie.
Zaśmiał się krótko, ale słowa Anglii ten sztuczny wybuch rozbawienia przerwały momentalnie. Alfred czuł jakiś dziwny uścisk w brzuchu, gdy Arthur wypowiadał kolejne słowa. Nie chciał szukać wymówki na to pytanie.
- Nie wiem - odpowiedział więc całkowicie szczerze, po czym, wpatrzywszy się w okno - byle nie patrzeć na twarz Anglii - dodał: - Chyba mam tego pecha, że pamiętam, że istniał kiedyś jakiś Arthur, który nie był Anglią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 4:20 pm

- Jesteś taki naiwny - odpowiedział w końcu Anglia, rozbawiony, jednak w nie ten złośliwy sposób. - To musi być miłe... Widzieć świat w tak optymistycznych barwach.
Anglia przywykł już do tego, jak bardzo szary jest świat. I choćby Ameryka próbował go wyczyścić przez sto lat, to nic się nie zmieni. Ludzie zawsze pozostaną ludźmi, którzy dzielili się na tych, którzy kraj by zniszczyli i tych, którzy oddadzą za niego życia. Bardzo często obie grupy stały w dwóch zupełnie niepasujących miejscach.
Ale potem całą dotychczasowa rozmowa zeszła na dalszy plan. Powiedzieli sobie dzisiaj wiele ważnych rzeczy: tych, które trzeba było powiedzieć od dawna, ale jednocześnie żadna z nich nie dotyczyła najważniejszego. Ich wspólnej przeszłości. Tego, kim dla siebie są. Tego, że w końcu obaj tak cholernie się nienawidzili.
Przecież do tej pory go nienawidziłem, pomyślał pusto Anglia, Jestem uprzejmy tylko dlatego, bo chcę wyciągnąć od niego pomoc, prawda? Cholera, kogo ja próbuję oszukać?
Nikt inny nie potrafił sprawić, że Anglia naprawdę miał ochotę płakać. Przecież to nie zdarzało się praktycznie nigdy, zawsze tylko ten cholerny Ameryka.
- Ach - odpowiedział po dłuższej chwili. - I... Rozumiem, że bardzo starałeś się go nienawidzić przez te wszystkie lata. Więc... Jestem taki, jak próbowałeś sobie wyobrazić?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 4:30 pm

To pytanie zawisło w powietrzu między nimi, wypełniając całe pomieszczenie sobą do tego stopnia, że Alfred poczuł się jakoś pomiędzy "jest mi niedobrze" a "brak mi tchu". Nie spuszczał wzroku z widelca, tak, jakby ujrzał na nim coś zniewalająco ciekawego i śledził to wzrokiem przez cały czas, ale tak naprawdę to był zwyczajny, srebrny sztuciec.
Alfredowi znowu przypomniało się, że potrzebuje się napić. Przełknął ślinę, chcąc trochę zwilżyć gardło, i oblizał wargi.
Do cholery, co chcesz usłyszeć? Co mam ci powiedzieć?
Naraz zaatakowały go dwa zupełnie odmienne odczucia. Jedno było niesamowitym pragnieniem, by wypalić, że jednak coś w nim, niestety, jest z tego dawnego Arthura; drugie reprezentowało złość i żal na siebie, że Alfred nie zdjął wtedy tych kluczyków z maski i nie odjechał. Może i wówczas wyszedłby na idiotę, który dał się złapać na zepsuty samochód, ale pewnie uniknąłby tej rozmowy.
Czy nie możemy jeszcze porozmawiać o Osi?
Alfred podniósł wzrok na okno, zerknął na lekko zachmurzone, ciemne niebo, aż w końcu spojrzał na Arthura. Czy zdawało mu się, czy naprawdę oczy Anglii błyszczały tak dziwnie, nienaturalnie, jakby zakręciły się w nich łzy?
Przez sekundę, może dwie, Alfred miał ochotę podsumować to wybuchem śmiechu. Zamiast tego wypalił:
- Jedna rzecz na pewno się zgadza. On nienawidzi mnie.
Zadziwiające, spędził z Arthurem niecałe dwa dni, a tyle razy się w ciągu nich zdziwił własnymi słowami, że to po prostu przekraczało ludzkie pojęcie. Tą wypowiedzią przebił jednak sam siebie. Nie wiedział, dlaczego to powiedział i nie miał pojęcia, czy tylko wydawało mu się, czy naprawdę usłyszał w tych kretyńskich słowach nutkę goryczy.
Hm, łatwiej było, jak nazywałeś mnie psem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 4:39 pm

Anglia może czuł, że, gdyby chciał, mógłby zacząć płakać, ale był na to zbyt dumny i zbyt męski. Po prostu. Do czegoś takiego nie miało nigdy dojść, po prostu te cholerne uczucia, nad którymi nigdy nie potrafił panować tak bardzo, jak chciał, teraz dawały o sobie znać
Zwłaszcza, że Ameryka nie wyglądał, jakby miał znowu powiedzieć coś okropnego. Właściwie, Ameryka zachowywał się prawie, jakby...
Jak Alfred.
Być może ta myśl sprawiła, że Anglia postanowił powiedzieć coś, do czego w innych okolicznościach nigdy nie próbowałby się przyznać. Nawet przed sobą samym.
- Ja... - przełknął ślinę. - Nigdy nie potrafiłem nienawidzić cię należycie.
Oczywiście. Był zazdrosny o Amerykę, był wściekły o każdy jego ruch, każde aroganckie zdanie, paskudny uśmiech i jego ignorancję. Nie cierpiał w Alfredzie wielu rzeczy, do tego stopnia, że często naprawdę go nienawidził. Ale to nie była porządna nienawiść. Nie taka, która mogła doprowadzić do prawdziwej walki, do życzenia komuś śmierci. Bo za tym wszystkim zawsze czaił się ten mały, przeklęty chłopiec, który dał Anglii więcej radości, niż jakakolwiek inna kolonia. Być może więcej, niż ktokolwiek inny.
- Za to ty niesamowicie mocno próbujesz nienawidzić mnie - dodał rzeczowo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 4:49 pm

Alfred obrócił głowę ku Arthurowi i ich oczy spotkały się. Amerykanin nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Najchętniej wstałby, odkręcił ten kran, który był tak niedaleko, wsadził pod zimną wodę głowę i obudził się. A gdyby się okazało, że to nie jest jednak sen, to zawsze mógł uciec z kuchni, oznajmić Sally, że jest bardzo zmęczony, skulić się w jakimś kąciku i zasnąć.
Tak, chciał uciec. Można powiedzieć, że dziko tego pragnął. Bał się tej rozmowy dużo bardziej niż czegokolwiek innego. A teraz, gdy do niej dotarł, uświadomił sobie, że strach ten odczuwał na długo przed tym, gdy zrozumiał, że może ona w ogóle zaistnieć.
Podświadomy strach, obawa przed tym, że Alfred mógłby znowu zaakceptować Arthura. Nie Anglię, a Arthura.
- Dotąd szło mi dobrze - oznajmił. - Ale jak zwykle musiałeś wszystko spieprzyć.
Westchnął. Ludzka część bycia personifikacją okazała się być równie irytująca, jak ta państwowa. Zwłaszcza, gdy próbowało się je uzależnić od siebie nawzajem, jak to Alfred wytrwale robił. W tej chwili właśnie uczucia Alfreda i podejście Stanów stopniowo rozdzielały się i było to trudne i denerwujące. A zarazem w jakiś sposób sprawiające ulgę.
Niestety.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Nie Wrz 30, 2012 7:31 pm

Wcześniej tego samego wieczoru Anglia odwrócił wzrok od Ameryki, ganiany złością i wstydem z powodu własnej słabości. Jednak, gdy ich oczy spotkały się tym razem, odpowiedział Alfredowi zupełnie innym, niezwykle mocnym spojrzeniem. W jego oczach więcej było starości i inteligencji niż pretensji do świata. Zresztą, Anglia już dawno postanowił oduczyć się pretensji do czegokolwiek. Zamiast narzekać na własny los, zwyczajnie podwijał rękawy i brał się do roboty. Tak było najprościej, schować uczucia do kieszeni, przynajmniej dopóki nie zrobi się tego, co zrobić trzeba. Zrobił tak z większością swoich kolonii, z rozpadem Imperium. Kiedy to zaczęło się dziać Anglia nie rozpaczał. Można powiedzieć, że spakował walizki, uśmiechnął się na pożegnanie i wrócił do domu, gdzie nie trzeźwiał przez następny tydzień.
Oczywiście, z Ameryką było inaczej. Choćby ta cholernie poniżające wojna w 1812.
Jakby się zastanowić, Alfred zawsze był w pewien sposób - Anglia pogardzał tym słowem - specjalny. Nawet nie w pozytywnym sensie, chociaż w negatywnym też nie. W gruncie rzeczy był jedynym krajem, z którego Anglia nie potrafił zrezygnować tak po prostu.
- Spieprzyć? - powtórzył za nim powoli. Wobec tego wszystkiego, wobec tej całej nienawiści, którą Ameryka mu prezentował z wzajemnością, myśl, że jedna noc mogła tak po prostu wszystko spieprzyć, była zwyczajnie niewyobrażalna. - C-cóż... Wygląda na to, że mnie masz - uśmiechnął się dziwacznie i odchrząknął.
Co, jeśli Ameryka naprawdę go nie nienawidzi?
- Nie mam pojęcia, co mógłbym powiedzieć - wyjaśnił, odwracając wzrok. Nie dlatego, że nie chciał dłużej patrzyć mu w oczy, ale dlatego, że Ameryka nie był całym cholernym światem. Sally miała całkiem ładny obraz ze słonecznikami na ścianie. - Nigdy... Nigdy nie przypuszczałem, że usłyszę takie słowa akurat od ciebie. Ze wszystkich ludzi...
Znowu ścisnęło go w gardle. Chyba zbyt trudno było mu się pogodzić z tym, że w jednej sekundzie cały jego światopogląd runął do góry nogami.
Cholera. Dlaczego nie potrafię udawać, że mnie to nie obchodzi? pomyślał desperacko, ale jakaś inna, zdradliwie chłodna i racjonalna część jego umysłu dodała: A po co miałbym udawać?
- T-to poważne, Ameryko - dodał jednak, ponieważ był Anglią. - Zdajesz sobie w ogóle sprawę, ile zeżarłeś mi nerwów przez te wszystkie lata? Jeśli teraz ze mnie kpisz, musisz wiedzieć, że nigdy ci nie wybaczę. Jeśli nie - zamilkł na krótki moment. - To chyba za wcześnie, żeby stwierdzić, co wtedy.
Czuł się okropnie z tym, że musiał powiedzieć te wszystkie rzeczy na głos. Rozmowy o uczuciach nie były jego mocną stroną.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone Ameryki
To tylko słowa...
avatar

Male Liczba postów : 315

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Czw Paź 04, 2012 2:03 pm

Alfred patrzył, jak Anglia szamocze się jakby sam ze sobą, odwraca wzrok, obserwując wiszący na ścianie obraz, i znowu spogląda na niego. Na jego twarzy zatańczył w pewnym momencie uśmieszek, może nie całkiem sarkastyczny, ale na pewno w większości. Czuł się, mimo wszystko, dość pewnie, choć równocześnie irytacją przejmowała go myśl, że powiedział za dużo, za bardzo się przy tym otwierając. Wszystkie plany - najpierw ten, że będzie się tylko uśmiechał, a potem taktyka milczenia - wzięły w łeb i teraz pozostawała Alfredowi tylko improwizacja; a u niego wiązała się niestety, w większości, ze zniewalającą na kolana szczerością.
Mimo wszystko, to był Arthur. Ten sam, który go oszukał, wmawiając mu, że go kocha. Dał Alfredowi coś i odebrał mu wszystko - nigdy nie był sprawiedliwy. Można nawet powiedzieć, że jego uczucie do Amerykanina zaczęło się od obojętności, a potem było tylko gorzej, niezależnie, czy przykrywał to czystą nienawiścią, czy rzekomą troską i miłością.
Tego zakłamania Alfred postanowił sobie nigdy mu nie darować.
A dalej Arthur mówił - lekko zacinając się - i Amerykanin nie wiedział, jak do tego podejść. Czuł, że mimo, że to Anglia plącze się w swoich słowach, tak naprawdę oboje są zaplątani tak samo, i to była kolejna rzecz, która go denerwowała.
- Ja tobie? Niemal wszystkie moje problemy wiążą się z tobą - odpowiedział Alfred. Tak, oczywiście, bo on kiedykolwiek był głównym zmartwieniem Anglii. Przecież właśnie zawsze był na drugim planie, za kłótniami z Francją, wojnami toczonymi w Europie i całą resztą tego brytyjskiego bagna. Nawet teraz siedział tu wyłącznie dlatego, bo nad Europą wisiała groźba wojny. Jakby o tym nie wiedział.
Słysząc resztę wypowiedzi Arthura, roześmiał się jakby z rozgoryczeniem.
- To i tak już nie ma znaczenia - odrzekł Alfred spokojnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia
Krzyk Historii
avatar

Female Liczba postów : 878

PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   Czw Paź 04, 2012 2:32 pm

- Ja mam za to o wiele więcej problemów niż ty - odparł szczerze Anglia, tylko w połowie szczerze i dodał z pomieszanym, ironicznym uśmiechem. - Ale miło słyszeć, że ciągle zajmuję jakieś miejsce w twoim życiu.
W gruncie rzeczy, naprawdę była to całkiem miła odmiana. Ameryka od lat nie zachowywał się, jakby Anglia w jakikolwiek sposób go obchodził. To, jakby okazało się, że przyjaciel z przeszłości, który odciął się i znalazł całkiem nowych znajomych i przyjaciół, jednak nie zapomniał tak do końca. Niewiele to zmieniało w fakcie, że po tym całym czasie nadal byli dla siebie obcy, ale... Ale jednak coś zmieniało.
- Nie ma znaczenia? To ma ogromne znaczenie - powiedział twardo, chyba po raz pierwszy zbierając się w sobie i powracając do swojego nieustępliwego charakteru. Ten dzień zbyt rozbił ich obu, żeby mieli natychmiast się pozbierać. - Powiedz, Ameryko. Jeśli moja propozycja spotkania nie wynikała wyłącznie z... Problemów państwowych, a zahaczała także o tematy... C-cóż, nas jako częściowo odrębnych osobowości, to... Twoja reakcja z początku byłaby chociaż trochę inna?
Pomieszane z poplątanym i pytanie zadane po owinięciu w grubą na milę bawełnę, ale jednak. Anglia nie bardzo potrafił inaczej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Londyńskie przed-przed-przed-mieścia   

Powrót do góry Go down
 
Londyńskie przed-przed-przed-mieścia
Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Wielka Brytania-
Skocz do: